John Frieda Luxurious Volume

Witajcie Kochani!!!


Ze swojej półki z zapasami kosmetycznymi wygrzebałam zestaw- szampon i odżywka od Johna Frieda mający za zadanie nadawać przede wszystkim naszym włosom objętość. Produkty już się skończyły (pojawią się w denku) więc najwyższa pora opisać swoje spostrzeżenia.



Standardowo zacznę od opakowań które od razu przykuły moją uwagę ze względu na swój piękny niebiesko- zielony kolor (bardzo lubię takie kolory) oraz na opis producenta który nam mówi że zarówno szampon jak i odżywka mają za zadnie powiększyć objętość naszych włosów, a moje tego ostatnio bardzo potrzebują.
Tubki są wygodne, wykonane z miękkiego plastiku i łatwo wycisnąć z nich produkt bez zbędnego męczenia się. Jedynie pod koniec możemy mieć małe trudności w przypadku odżywki, jednak opakowania są tak miękkie że z łatwością je rozetniemy.



Oba produkty mają taką samą linię zapachową i pachną ładnie.
Szampon jest przezroczysty (bardzo lubię taką formułe w szamponach) i dość gęsty.
Odżywka kremowa, średniej gęstości ale podczas aplikacji nie ścieka nam z dłoni.


Głównym zadaniem obu kosmetyków jest nadanie naszym włosom dużej objętości.
Dzięki temu że szampon ma przezroczystą konsystencję nie obciąża nam włosów. Już mała ilość wystarczy na umycie włosów. Szampon dobrze się pieni i bardzo dobrze oczyszcza skórę głowy jak i same włosy. Nie podrażnia jej przy tym ani nie przesusza. Ale co najważniejsze w jego działaniu to fakt iż faktycznie te włosy "zwiększa". Aby uzyskać jeszcze lepszy efekt świeżej i bujnej czupryny polecałabym włosy umyć dwukrotnie. Oczywiście nie jest to efekt jak po wyjściu od fryzjera ale na moich włosach jest zauważalny co mnie bardzo cieszy gdyż rzadko który szampon jest w stanie choć odrobinę sprawić aby nie wyglądały jak "ulizane". Tak gdyby człowiek się uparł już po jego użyciu nie trzeba by było używać nawet odżywki. Jednak moje włosy bardzo lubią się kudłacić w ciągu dnia więc odżywka jest jak najbardziej wskanaza przy każdym myciu.


Co do odżywki Luxurious Volume mam jednak mieszane odczucia. Łatwo się aplikowała, bardzo ładnie pachniała, ułatwiała rozczesywanie ale były takie dni kiedy włosy po jej użyciu były "nie swoje" tzn. kudłaciły się, ciężko było je rozczesać a po wysuszeniu zamiast bujnej fryzury miałam jedno wielkie siano na głowie na które żadne spraye, odżywki bez spłukiwania czy nawet olejki nie mogły sobie poradzić. Niestety nie wiem co było tego przyczyną i po zużyciu nawet całego opakowania sprawa tych kilku "wyskoków" nie została przeze mnie wyjaśniona;) Takie sytuacje zdarzyły się tylko kilka razy ale mimo wszystko warto o nich wspomnieć.


Oba produkty były wydajne a już w szczególności szampon. Odżywka skończyła się oczywiście wcześniej gdyż z wiadomych względów (bardzo długie włosy) musiałam nakładać jej więcej.
Szampon z serii Luxurious Volume bardzo przypadł mi do gustu i nie wykluczone że w przyszłości jeszcze po niego sięgnę. Po odzywke już raczej nie. Oba prudukty są ogólno dostępne i możecie je dostać za około 35 zł każdy. Polecam polowac na promocje bo ja za oba produkty zapłaciłam 30 zł.



A czy Wy miałyście okazję używać tego duetu? Jakie są Wasze ulubione szampony i odżywki nadające objętość naszym puklom?

Ściskam
Justyna

czwartek, 29 października 2015

Czytaj dalej » 38

Bumble & Bumble Hairdresser's Invisible Oil Primer

Witajcie Kochani!!!

Włosy to mój "konik". Tak mogłabym rzec w jednym zdaniu. Od kiedy dowiedziałam się o bijącym coraz większą popularność produkcie marki Bumble & Bumble Hairdresser's Invisible Oil Primer, nie mogłam przestać o nim myśleć:) Nadarzyła się znakomita okazja aby wymienić swoje punkty na dowolny produkt, na karcie z Boots. Długo się nie zastanawiając, wymieniłam je na produkt o którym dzisiaj napiszę kilka słów więcej.

Hairdresser's Invisible Oil Primer



Jak same możecie zauważyć opakowanie bardzo przykuwa oko. Niby zwykłe i proste a jednak. Pojemność 250 ml zakończona atomizerem, który w moim egzemplarzu działa bez zarzutu i aplikuje bardzo delikatną mgiełkę.

Konsystencja przypomina rozrzedzoną odżywkę do włosów. Gęsta a zarazem rzadka, koloru białego, pachnie dość przyjemnie choć na początku bardzo się męczyłam z tym zapachem. Na chwilę obecną już mi nie przeszkadza.
Do czego stworzony jest nasz niewidzialny olejek.


Według producenta Hairdresser's Invisible Oil ma za zadanie pomóc nam w rozczesywaniu włosów, chronić przed szkodliwym działaniem promieni UV, pomagać w stylizacji, zapobiegać puszeniu się i elektryzowaniu oraz chronić nasze włosy termicznie czyli tzw. termoochrona.
A jak się sprawy mają w rzeczywistości. Olejku można używać zarówno na mokre jak i suche włosy. Oczywiście przetestowałam oba sposoby i już na wstępie mogę powiedzieć że aplikacja na mokre włosy o wiele lepiej działa. Dziewczyny z włosami długimi i cienkimi, powinne uważać przy aplikacji na sucho.
Ale może po kolei. Przeważnie olejku używałam na mokre włosy zaraz po kąpieli. Faktycznie pomagał w ich rozczesaniu, ale tutaj też trzeba uważać na ilość dozowania. Na moje długie włosy wystarczą 4-5 psiknięcia na całą ich długość. Po rozczesaniu i wyschnięciu włosy były miękkie, gładkie, pięknie pachniały i były błyszczące. Takie efekty uzyskamy jeżeli z głową będziemy aplikować produkt. Wiele dziewczyn pisało również że olejek powoduje że włosy szybciej schnął. Czegoś takiego w swoim przypadku nie zauważyłam więc się nie wypowiem.
Aplikacja na sucho oczywiście też jest możliwa ale tutaj trzeba jeszcze większej precyzji w dozowaniu. Zdarzyło mi się parę razy że napsikałam sobie olejku na włosy za dużo i efekt był odwrotny od zamierzonego. Włosy były matowe, posklejane, obciążone, zaczęły się kudłacić i plątać i ogólnie rzecz ujmując wyglądały jak brudne. O błysku nie można było nawet pomyśleć a z rozczesaniem tego kołtuna który się pojawiał nawet Tangle Teezer miał niekiedy problem;/
Podsumowując tą kwestię; polecam osobiście aplikację na mokro i z głową.


Producent nazwał produkt niewidzialnym olejkiem. Ja póki co nadal uważam go za odżywkę bez spłukiwania. Może dlatego że konsystencja jest taka kremowa;)


Mimo wszystko Hairdresser's Invisible Oil uważam za udany produkt ale szczerze powiedziawszy niczym szczególnym mnie nie zaskoczył. Spodziewałam się po nim "cudów" a tak na prawdę okazał się fajnym produktem pomagającym w pielęgnacji włosów i tyle. Na chwilę obecną raczej do niego nie wrócę tym bardziej że cena jaką musimy zapłacić za 250 ml produktu (wydajność oceniam na poziomie dobrym) trzeba zapłacić 19 Ł czyli dużo. 


Ja cieszę się że mogłam go przetestować za swoje punkty, i że nie wydałam na niego takiej ceny. Gdybym to jednak zrobiła byłabym na siebie najprawdopodobniej bardzo zła;)

A czy Wy używacie tego typu produktów czy wolicie standardową pielęgnację?

Ściskam

Kokos/Justyna;)

wtorek, 20 października 2015

Czytaj dalej » 52

Soap & Glory Puffy Eye Attack czyli...w poszukiwaniu kremu idealnego

Witajcie Kochani!!!

Znalezienie dobrego kremu czy też żelu pod oczy to nie lada zadanie. Od jakiegoś czasu poszukuje swojego ideału w tej dziedzinie. Po raz już drugi sięgnęłam po jeden z kremów/żelów pod oczy marki Soap& Glory Puffy Eye Attack.


Krem a raczej krem-żel bo taką właśnie ma konsystencję zamknięty jest w plastikowym słoiczku o pojemności 14 ml. Dla jednych nie jest to zbyt higieniczne i zgadzam się z tym, ale prawdę powiedziawszy mi to w ogóle nie przeszkadza.



Jest bezzapachowy co bardzo sobie cenię w tego typu produktach. Na jego zużycie mamy jedynie 6 miesięcy więc "trzeba się spieszyć", bo krem jest bardzo wydajny i trzeba niewielkiej ilości na jednorazową aplikację.



Co ma robić nasz krem? 

Krem pod oczy przeznaczony do walki z cieniami pod oczami. Dodatkowo nawilża, zwiększa produkcje kolagenu, pobudza krążenie pod oczami, chłodzi i łagodzi. Stosować rano i wieczorem na skórę pod oczami, koncentrując się w obszarze opuchnięć i cieni  (źródło; wizaz.pl)

W kwestii cieni pod oczami niestety się nie wypowiem bo nie mam z nimi większego z  problemu. Nawilżenie powiedziałabym jest na średnim poziomie. Zawsze mam takie wrażenie, że kremy pod oczy które mają formę żelu nie są w stanie mocno nawilżyć nam skóry. W tym przypadku odnoszę podobne wrażenie.
Większych zmarszczek pod oczami czy też wokół nie mam więc nie wiem czy byłby w stanie poradzić sobie z takim problemem.



W swoim składzie zawiera wyciąg z ogórka który ma za zadanie chłodzić nam okolice oczu, a tym samym pozbywać się opuchnięć. W tym przypadku aby zwiększyć jego możliwości chłodzące, polecałabym trzymać go w lodówce.
Krem świetnie nadaje się pod makijaż. Po aplikacji trzeba chwilkę odczekać aby się wchłonął i możemy nakładać  korektor. Jako baza pod tego typu kosmetyk kolorowy sprawdza się dobrze. Korektor nie roluje się na nim ani nie "ślizga".
Dla mnie jest to podstawowy krem na dzień jak i noc. Nie wykazuje super właściwości ale nie jest to też bubel. Póki co nadal będę go używała a po wykończeniu zacznę szukać kolejnego nastepny.

Na mojej liście znajduje się krem z Resibo. Jeżeli któraś z Was go ma i używa napiszcie proszę swoje wrażenia i odczucia. Czy jest wart zakupu?

Ściskam
Justyna

wtorek, 13 października 2015

Czytaj dalej » 50

Maseczki w formie nasączonych płatów: BioDermic, Foodaholic, Marion, Indeed Labs

Witajcie Kochani!!!

Bardzo lubię maski do twarzy. Zarówno te tradycyjne jak i te do rozrabiania z wodą. W tubkach i w płatach (jak za chwilę przeczytacie). Jedyne czego nie lubię w maskach to forma ich sprzedaży a konkretnie saszetki. Dla mnie są niewygodne i nieporęczne i o wiele częściej wybieraj maski w tubkach czy słoiczkach.
Ale dziś mowa będzie o takich maskach, które są w formie bawełnianego (i nie tylko) płata nasączonego różnymi substancjami.
Zapraszam do dalszej lektury:


Marion SPA Maska kolagenowa- nawilżająca. Zawiera kwas hialuronowy, ekstrakt z alg, beta- glukan i alantoine.



Maska w postaci hydrożelowego płata. Na opakowaniu producent zamieścił informację że maska ma doskonały kształt który dopasowuje się do kształtu twarzy. Nic bardziej mylnego. Maska ma postać grubego, galaretowego płata. W opakowaniu które nie jest dostosowane do tego rodzaju masek, część która miała zakrywać brodę była zgnieciona więc po nałożeniu na twarz odkształcała się od brody (w tym przypadku). Maska nie miała wyciętego otworu na nos a i otwór przeznaczony na usta był nieproporcjonalny. 
Ciężko było ją nałożyć i tak na prawdę jedynie na czole i na policzkach trzymała się twarzy. Jej wykonanie jest mizerne i bardzo nieprzemyślane.
Zatopiona jest w saszetce z bardzo dużą ilością serum. Po otworzeniu (najlepiej róbmy to nad umywalką) należy najpierw chwilkę odczekać aby serum ściekło z maski. W przeciwnym razie całe będziemy mokre. Jak już nam uda się nałożyć ją jako tako na twarz mamy "relaksować" się z nią na twarzy około 15-20 minut. Relaks owszem jest wskazany ale przez jej nie wymiarowość musimy od czasu do czasu dociskać ja do twarzy. Myślę że fajnie sprawdziła by się na upały po ówczesnym włożeniu jej do lodówki.
A jak z działaniem? Producent zapewnia nas, że maska nawilży naszą twarz, zregeneruje ją i napnie. Niestety obietnice producenta nijak się mają z jej działaniem. Skład nie jest najgorszy ale niestety efektów brak. Po ściągnięciu jej z twarzy nadmiar serum powinniśmy wklepać w twarz i pozostawić do wchłonięcia. Zastosowałam się do tych wskazówek ale niestety efekty nadal były mizerne. Skóra ani nie była nawilżona, ani napięta, ani wygładzona. Na dodatek maska/serum pozostawione, zostawiły na twarzy delikatną warstewkę która się lepiła. Bardzo nieprzyjemne uczucie. Zamiast super efektów moja skóra nie otrzymała tak na prawdę nic z obietnic producenta plus nieprzyjemną lepiącą warstwę. Niestety tej maski nie mogę polecić. 



W opakowaniu znajduje się 1 sztuka. Jej cena nie była wysoka około 6-8 zł. Dostępna m.in w Rossmanie lub mniejszych drogeriach typu Jasmin.

Hydraluron Moisture Boosting Mask firmy Indeed Labs.


Swego czasu firma Indeed Labs przeżywała swój wielkim "boom" na swoje kosmetyki a w szczególności na Hydraluron czyli nic innego jak kwas hialuronowy. Brytyjskie blogerki i vlogerki szalały na punkcie tego kosmetyku podobnie jak teraz szaleją za Pepta Bright.
Dziś jednak o masce. Maska to siostra słynnego już kwasu hialuronowego z tej firmy.


Ma za zadnie przede wszystkim silnie nawilżyć nam twarz. To jej główne zadanie. Skład nie należy do super naturalnych a jak z działaniem?
Maska jest w formie nasączonego płata. Płat wykonany z delikatnej bawełny jest idealnie nasączony produktem. Kształt maski jest dobrze wykrojony i będzie pasował większości z nas. Maska jest bezzapachowa. Po nałożeniu na twarz powinniśmy trzymać ją na twarzy przez około 15 minut. Zazwyczaj trzymałam ją 30 a nawet dłużej. Po ściągnięciu podobnie jak w przypadku maski z Marion nadmiar (w tym przypadku kwasu hialuronowego) wmasowujemy w twarz. Skóra faktycznie była ukojona i dobrze nawilżona a nadmiar wmasowany w twarz bardzo dobrze ją nawilżył a sama skóra była gładka, elastyczna i napięta. Maska nie pozostawiała żadnego lepiącego się filmu.
Hydraluron świetnie się spisał i moja skóra bardzo polubiła się z tą maską ale...uwaga...Za 4 saszetki tej maseczki musimy zapłacić w sklepach Boots cenę regularną 20 funtów o_0 !!! o zgrozo!!! Dzięki uprzejmości mojej koleżanki mogłam je przetestować za cenę 4 Ł. Jednak jak dowiedziałam się o jej cenie regularnej doznałam szoku. Maska jest fajna, owszem, ale moim zdaniem 20 Ł za 4 sztuki to gruba przesada. Jeżeli będę miała możliwość kupienia jej taniej pewnie jeszcze kiedyś się skuszę ale nie za cenę jaką proponuje producent.


Maska z BioDermic Aloesowa.


Kolejna paska "płatowa" wykonana z bardzo delikatnej tkaniny. Płat jest bardzo dobrze wycięty i łatwo dopasowuje się do twarzy i szyi. Myślę że ten kształt będzie odpowiadał wielu dziewczynom. Płat jest dobrze nasączony płynem. Ma lekki delikatny zapach.


Maska ma za zadanie dogłębnie oczyścić i zwęrzyć pory, zredukować niedoskonałości oraz nawilżyć i załagodzić podrażnienia. Po części mogę się zgodzić z obietnicami producenta. Faktycznie maska ładnie oczyściła buzię i delikatnie zwęziła pory. Złagodziła również zaczerwienienia i stany zapalne które pojawiły się na mojej buzi. Czy zredukowała niedoskonałości? Tego bym nie powiedziała a poza tym jednorazowa aplikacja myślę, że nie poradziłaby sobie z takim zadaniem. Na redukcję niedoskonałości myślę że potrzebna by była kilkukrotna jej aplikacja a ja już po pierwszym użyciu wiem że do tej maski na pewno nie wrócę;/
 Po około 30 minutach maskę ściągnęłam z twarzy. O nawilżeniu też niestety nie może być mowy. Wręcz przeciwnie. Maska pozostawiła na skórze lepki film który nawet po 2 godzinach nie chciał się wchłonąć. Na domiar złego buzia zaczęła mnie swędzieć. Nie chcąc się po niej drapać od razu poszłam umyć buzię. Zniosłam bym na prawdę wiele ale lepkość na skórze i denerwujące swędzenie przekreśliły u mnie tą maskę na zawsze.
Po tej masce wiele się spodziewałam a zawiodłam się na całej linii. Osobiście jej nie polecam.


Maskę możemy dostać m.in w Hebe. Za swój egzemplarz zapłaciłam 13 zł.

I na sam koniec maska ogórkowa z eBay firmy Foodaholic. 


Maski tej firmy występują w wielu wariantach i pierwotnie zamówiłam maskę z zieloną herbatą gdyż moja cera bardzo lubi ten składnik w kosmetykach a i sama zielona herbata bardzo dobrze na moją skórę działa. Niestety sprzedawca wysłał mi maskę ogórkową zamiast zielonej herbaty. Większego sensu ze zwrotem nie było więc postanowiłam je przetestować. Za 3 maski na eBay płacimy około 2.50 Ł wraz z przesyłką. Cena zachęca a co z działaniem.
Maska ma nam nawilżyć buzię i sprawić aby była gładka i miękka. I przyznam Wam szczerze, że oprócz Hydraluron (ale ta maska niestety ma kosmiczną cenę) ta maska ze wszystkich dzisiaj opisanych spisała się najlepiej i patrząc na jej cenę i działanie zajmuje miejsce numer 1.
Po pierwsze nawilża. Nie jest to mega nawilżenie jakie otrzymamy używając np. olejków ale jest. Po drugie wygładza cerę i uelastycznia ja. Po trzecie nie zostawia żadnego filmu czy lepkiej warstwy. Po czwarte ma bardzo przyjemny zapach, lekko ogórkowy. 


Jednym słowem spełnia obietnice producenta. Jestem z niej bardzo zadowolona i w przyszłości myślę że skuszę się na nie jedną maskę z tej firmy.

A czy Wy miałyście może którąś z wymienianych masek?
Jakie maski są Waszymi ulubionymi?

Ściskam

Justyna

niedziela, 11 października 2015

Czytaj dalej » 34

Gadżety kobiety: Travalo

Witajcie Kochani!!!

Wpadłam na pomysł aby w kilku kolejnych postach przedstawić Wam kobiece gadżety, które sama mam, używam i jestem z nich bardzo zadowolona a one same ułatwiają mi życie i pomagają w codziennej pielęgnacji.

W dzisiejszym "odcinku" będzie mowa o małym ale jakże przydatnym gadżecie jakim jest Travalo. Cóż to takiego? To nic innego jak mała, przenośna perfumetka. Najprostsze i najszybsze wytłumaczenie:)





Mój Travalo jest koloru złotego a cała obudowa jest wykonana z trwałego plastiku. Kolorów małych perfumetek jest od wyboru do koloru. W środkowej części opakowania znajduje się przezroczyste okienko przez które widzimy zawartość i ilość danego perfumu który znajduje się w środku po wcześniejszym napełnieniu. Na plastikowym opakowaniu mamy wszystkie informacje dotyczące Travalo oraz sposób jego działania. Pojemność to 4 ml.


Atomizer dozuje delikatną mgiełkę zapachu i póki co działa bez zarzutu.





Do czego może służyć ów gadżet. Zastosowań ma wiele. M.in. w podróży, i tej naziemnej ale i też lotniczej. Większość z Was zapewne wie, że w bagażu podręcznym nie może być mowy o przewożeniu pełnowymiarowych perfum. Kłopot jest również z tym iż perfumy czy też wody toaletowe/perfumowane zamknięte są w szklanych flakonach często pięknie zdobionych. 
Jedne z piękniejszych flakonów posiada m.in Marc Jacob i to właśnie na przykładzie słynnej już wody perfumowanej Daisy pokażę Wam jak należy przetransportować perfum z flakonika do naszego Travalo.



Z flakonika perfum ściągamy zatyczkę (w tym przypadku kwiaty stokrotki) oraz mały atomizer. 
Po ściągnięciu atomizera z flakona wystaje plastikowy "wętylek" (jak przy oponie:D).


Przykładamy dolną część Travalo do "wentylka" i naciskamy. 


Podczas naciskania, perfum przedostaje się do naszego Travalo. 




Po opróżnieniu Travalo możemy ponownie napełnić  naszym ulubionym perfumem/ wodą toaletową lub napełnić go innym zapachem. Można też mieszać perfumy ale ja osobiście nie należę do osób które lubią takie mieszanki więc z tej opcji nie korzystam.
Taki mały gadżet łatwo mieści się w każdej torebce. Jest idealny do odświeżania się w ciągu dnia a my nie musimy narażać naszych flakonów na ewentualne uszkodzenie.
Travalo możemy kupić m.in na stronie producenta http://www.travalo.com/, czy http://www.feelunique.com/brands/travalo, firma oferuje darmową wysyłkę do Polski przy kwocie zamówienia 10 Ł. Jego koszt to około 10- 12 funtów w zależności gdzie go kupujemy. Na różnych stronach internetowych (allegro, eBay) można kupić tańsze wersje Travalo.


Ogólnie rzecz ujmując Travalo to bardzo przydatny gadżet który bardzo ułatwił mi życie;)

Co o nim sądzicie?

Ściskam
Justyna

niedziela, 4 października 2015

Czytaj dalej » 68