Największe denko na moim blogu

Witajcie Kochani!!!

Jak widzicie zapewne po tytule dziś będzie denko. Denko ale nie byle jakie. W grudniu takiego posta nie publikowałam gdyż przez sprawy osobiste i całkowity brak czas najnormalniej w świecie nie miałam czasu aby nawet zrobić zdjęcia zużytych już produktów.
Tak więc denko które dziś zobaczycie jest ponad 2 miesięczne a w dzisiejszym poście zobaczycie jedynie pielęgnację. W następnym kolorówkę gdyż i w tej kategorii poszło mi całkiem nieźle. 
Postanowiłam że wezmę się w garść i po zużywam wszystkie otwarte już kosmetyki. Poszło mi całkiem nieźle. 
Zapraszam....


Jednym z lepszych kremów do rąk jakie miałam przyjemność do tej pory używać jest Hand Dream Number 1 Formula Super Cream z Soap& Glory. Hand Food może się przy nim schować. Świetnie nawilża, szybko się wchłania i co najważniejsze nie pozostawia tłustej warstwy na dłoniach. Jednym słowem jest po prostu fantastyczny.

Masełko Z The Body Shop o zapachu zielonej herbaty to mój ulubieniec w kwestii pielęgnacji ciała. Cudowanie pachnie, tak świeżo, fantastycznie nawilża, wchłania się całkiem dobrze, i ma fajna kremową (nie zbitą jak większość maseł z TBS) konsystencję. Zdecydowanie skuszę się na pełnowymiarowe opakowanie jak tylko zużyję swoje zapasy.
Jak wiecie (lub nie) balsamowanie się to moja pięta Achillesowa i jak już cokolwiek zużyję w tej dziedzinie sama biję przed sobą pokłony:D
A tu taka niespodzianka i oprócz masełka z TBS udało mi się jeszcze zużyć oliwkę dla mam i balsam o tej samej nucie zapachowej, którą bardzo lubię. Marka Babydream bardzo dobrze się u mnie sprawdza a w szczególności produkty strikte dla mam:)


Do porannego mycia buzi wykańczałam emulsję micelarną do skóry wrażliwej i delikatnej od Anidy. Bardzo fajna, tania i wydajna emulsja która delikatnie oczyszczała buzię po nocy. Nie wykluczam ponownego zakupu.

Coś co już tak delikatne nie było a buzia po jego zastosowaniu aż piszczała to nic innego jak Rinse Off Foaming Cleanser od Clinique. Kiedy dostał się do oczu chciał je wypalić ale mimo wszystko 2-3 razy w tygodniu lubiłam go używać kiedy moja buzia potrzebowała mocnego oczyszczenia. Pełnowymiarowej wersji na pewno nie zakupię gdyż takie próbki bardzo często można dorwać choćby na eBay za niewielkie pieniążki a są one mega wydajne.

O żelu z Soap& Glory więcej możecie przeczytać tutaj KLIK. Nadal podtrzymuję zdanie na jego temat że jest to jeden z lepszych czyścicieli jakich używałam.

Natomiast żel nawilżający z ECOLAB to moje małe odkrycie 2015 a pełną jego recenzję znajdziecie tutaj KLIK.


Płyn micelarny z Garniera to mój ulubieniec więc nie będę znów się rozwodzić na jego temat. Jest po prostu świetny i kolejna buteleczka już czeka w zapasach:)

Do usuwania makijażu oczu używałam produktu z marki Simple Kind to Eyes, który w tym celu nie sprawdził się w ogóle i zmuszona byłam używać go do demakijażu twarzy. Z twarzą radził sobie średnio, ale zużyć go zużyłam i na pewno do niego nie powrócę.

Mała 100 ml buteleczka płynu micelarnego do skóry suchej z Dermedic nie radziła sobie z oczami wcale a wcale a ze skórą twarzy też jakoś wybitnie nie. Poza tym nie wiem co się dzieje z tymi firmami ale perfumują swoje kosmetykami zapachami ogórka (to samo jest z kremem Estee Lauder Day Wear) a on działa na mnie odpychajaco. O ile ogórki uwielbiam tak ich zapach w kosmetykach po prostu mi przeszkadza. Zdecydowanie bardziej wolałabym aby kosmetyki były bezzapachowe.

Tonik odmładzający z ECOLAB moim zdaniem każda dziewczyna powinna choćby przetestować. A więcej o nim dowiedzie się tutaj KLIK.


Olejek Jojoba marki Therapeutic Grade kupiłam w TkMaxx w celu stosowania go jako nawilżacz na moją skórę. Niestety olejek sam w sobie jest dość gęsty, nie nawilżał skóry, dziwnie pachniał. Zużyłam go więc do demakijażu ale prawdę powiedziawszy i z tym radził sobie średnio.

Clinique Takie The Day Off Cleansing Balm mieliście okazję poznać w poprzednim poście i tam odsyłam Was po jego pełną recenzję KLIK.


Yoskine Szafirowy peeling przeciwzmarszczkowy firmy Dax Cosmetic o nim więcej możecie przeczytać tutaj KLIK.

Naturalny olejek z nasion malin ze strony Zrób sobie krem spowodował że zaczęłam inaczej postrzegać tego typu produkty. Tego też gagatka spróbowałam użyć pod makijaż i spisał się rewelacyjnie. Dogłębnie nawilżał, pielęgnował moją skórę, delikatnie ją rozjaśniał i wybielał przebarwienia. 30 ml starczyło mi na ponad miesiąc używania 2 razy dziennie z tym że na noc nie żałowałam go sobie;) Teraz w zapasie czeka jeszcze olejek z pestek malin i czarnej porzeczki ale do tego z pewnością wrócę.

A wraz z olejkiem pod makijaż używałam żelu hialuronowego z Indeed Lab, który świetnie współgrał z olejkiem i dodatkowo nawilżał skórę ale w takim tempie w jakim się skończył (miesiąc) stosowany raz dziennie pod makijaż nie jest wart tych 16 Ł. Dlatego też poszukuję dobrego zamiennika. Jeżeli któraś z Was może mi coś polecić będę wdzięczna.

Krem pod oczy z ECOLAB to jak do tej pory jedyny kosmetyk który się u mnie nie sprawdził i jak możecie zobaczyć wyrzucam go prawie całego.

Natomiast krem pod oczy który spisał się bardzo dobrze i faktycznie nawilżał oraz rozjaśniał skórę pod oczami (miał brzoskwiniowy kolor i drobinki, nie brokat, które pięknie rozjaśniały skórę) to krem z Soap& Glory Make Yourself Youthful. Choć nie miał idealnego składu całkiem nieźle radził sobie z powiekami, natomiast póki co nie wrócę do niego gdyż testuję inny krem.

Bardzo fajnym odkryciem okazały się też kosmetyki z TBS z witaminą E. Nawilżający krem z witaminą E oraz olejek/serum też z tą witaminką. Krem bardzo fajnie spisuje się pod makijaż jak i solo. Szybko się wchłaniał i dawał uczucie nawilżenia natomiast olejek to była istna bomba witaminowa. Rano po jego zastosowaniu skóra była tak niesamowicie sprężysta i miękka że chciałby się jej cały czas dotykać. O całej witaminowej serii planuję oddzielny wpis który ukaże się już niebawem.


W sekcji pianki i żele do golenia znalazło się aż 3 gagatków. Zarówno Gilette (żel) jak i Nivea Men (pianka) świetnie się u mnie (i u mojego narzeczonego) sprawdziły i już mam kolejne ich opakowania, natomiast żel z Cien był zwykłym średniakiem i na domiar złego jeszcze opakowanie tzn. pompka w połowie się zepsuła;/

Kolejne podejście do Carmex-u okazało się kolejną porażką. Dziwny smak, miętowy/chłodzący posmak na ustach, mazistość. Nie nie i już nigdy więcej nie;/

Krem kwiatowy do rąk EOS był bardzo fajnym nawilżaczem, który szybko się wchłaniał i nie pozostawiał tłustej warstwy. Dodatkowo bardzo ładnie pachniał i miał fajne, rzucające się w oczy opakowanie które niestety tak do końca nie jest przemyślane ponieważ pod koniec bardzo ciężko jest wycisnąć z niego krem. Mimo wszystko cieszę się że mogłam go przetestować (dzięki uprzejmości mojej młodszej siostry której jeszcze raz serdecznie dziękuje) i jak będę miała jeszcze kiedyś możliwość jego zakupu na pewno to zrobię:)

Mydełko Nivea w tej standardowej wersji upodobała sobie moja rodzina i zawsze ono gości w naszej łazience, natomiast mydełko L'occitane było dołączone do zestawu i również dobrze się spisywało ale na pewno pełnowymiarowego opakowania za taką cenę nie odkupię.



Kremowe mydełko do rąk Nivea o zapachu miodu i mleka było bardzo fajne i nie wysuszało rąk i z pewnością jeszcze nie raz zagości w naszej łazience ale już nie ta wersja zapachowa. Mydełko z Cien rozmarynowo lawendowe niestety pochodziło z limitowanej edycji, a szkoda bo pachniało cudownie i świetnie rozprawiało się z brudnymi raciczkami. Na pewno odkupię kolejne opakowania jak tylko Lidl wypuści kolejną edycję limitowaną.

Zmywacz do paznokci Sally Hansen (różowy) to mój faworyt i póki co nie zamieniam go na nic innego.



Świeca z Yankee Candle Red Apple Wreath wypaliła się nie za ciekawie ale za to bardzo ładnie i intensywnie pachniała. Woski, sztuk 12, które wyszły na święta kupiłam jedynie w celu wypróbowania zapachów a i tak większość z nich porozdawałam znajomym. Zdecydowanie bardziej wolę świece ale woski są fajną alternatywą na wypróbowanie czy dany zapach będzie nam odpowiadał czy nie.



Umilacze podprysznicowi:)

Żel z Avonu zużyłam jako mydło do rąk. Wydobycie go pod prysznicem graniczyło niekiedy z cudem ale zapach to rekompensował. Mimo wszystko nie mam i nie miałam ochoty bawić się z nieporęcznym opakowaniem więc przelewałam go do dozownika i takim oto sposobem z żelu zrobiłam mydło w płynie które w tej roli równie dobrze się sprawdziło;)

Bath& Body Works żel o zapachu Warm Vanilla Sugar bardzo przyjemnie pachniał i na długo starczył dzięki swojej gęstej konsystencji ale nadal jestem zdania że cena jak za tego typu produkt jest zaporowa. Ja za niego zapłaciłam jedynie 1 Ł ale za cenę wyjściową na pewno się na niego nie skuszę.

Yes to Blueberries niestety okazał się przeciętniakiem i mimo ładnego zapachu kiepsko się spisywał, dlatego też nie mogę go wam polecić.

Dzieckiem co prawda już od dawna nie jestem ale na dzidziusiowy żel raz na jakiś czas się skuszę. Ten z Babydream był bardzo przyjemny, kremowy, dobrze się pienił i delikatnie pachniał. Z chęcią do niego powrócę jak tylko będę miała okazję;)



Soap& Glory robi moim zdaniem jedne z najlepszych peelingów do ciała. Tu The Scrub of Your Life i Sugar Crush. Tyle już o nich na moim blogu że więcej nie będę się już na ich temat rozpisywała. Są świetne i kropka. 



Aż sama byłam w szoku jak zobaczyłam aż 2 żele do higieny intymnej. Nie pytajcie mnie jak to się stało że tak szybko je zużyłam bo sama nie wiem;)
Facelle z aloesem super, natomiast Lirene z rumiankiem był całkiem ok ale Facelle wyprzedza go o mały włosek.



I na koniec sekcja WŁOSY (nie przeraźcie się ilością np. szamponów, w ich wykończeniu pomagał mi mój narzeczony).

Batiste czyli coś co pokazuje się prawie w każdym denku. Nic dodać nic ująć. Są świetne i ratują nasze włosy w sytuacjach kryzysowych. Ja zmieniam jedynie ich wersje zapachowe;)

Bumble and Bumble Hairdresser's Invisible Oil Primer to produkt który wywołał u mnie mieszane uczucia. Jego pełną recenzję możecie przeczytać tutaj KLIK.

I tutaj wielkie zaskoczenie bo to aż 2 lakier do włosów jaki udało mi się wykończyć w moim 27 letnim życiu. Hip hip Hurrraaa;) Lakier bardzo przypadł mi do gustu. Ładnie, nienachalnie pachniał, "nie dusił", nie sklejał włosów. Obecnie używam czegoś innego ale w przyszłości na pewno się jeszcze na niego skuszę.



Duet od Johna Frieda Beach Blonde wywołam u mnie mega negatywne wrażenie. Po użyciu szamponu Cool Dip skóra głowy szalała. Swędziała niemiłosiernie, można było się zadrapać;/ Dodatkowo pojawił mi się łupież z którym walczę do tej pory. Odżywka  Smooth Seas miała za zadanie ułatwiać nam rozczesywanie. Owszem troszkę i pomagała ale spektakularnych efektów nie zauważyłam. Dodatkowo duet pachniał brzydko (moim zdaniem). Zapach mnie odrzucał i niestety (w tym przypadku) utrzymywał się na włosach. Wiem że wiele z Was jest z tych produktów zadowolone. Ja niestety nie mogę ich wam polecić.

Olejek do włosów Macadamia pomagał moim kłaczkom w tym aby końce były silne, błyszczące, nawilżone i nie rozdwajały się. Niestety końcom rozdwojonym moim zdaniem pomagają jedynie ostre nożyczki, ale po podcięciu olejek na prawdę stosowany regularnie daje moim końcom to czego potrzebują. Gorąco polecam.



Odżywki i maska.

John Freida Full Repair to mój KWC i kolejne opakowanie odżywki ląduje w koszu. Koniecznie musicie wypróbować tą wersję.

Garnier Fructis Repair & Shine odżywka do włosów zniszczonych i suchych na moich włosach sprawdziła się genialnie do tego stopnia że aż rozcięłam opakowanie gdzie zazwyczaj tego nie robię. Wielki plus że można ją tanio dostać w sklepach typu "Funciak" no i działanie:) Świetne. 

Odżywkę którą widzicie w tle przyznam szczerze nie pamiętam zbyt dobrze. O ile dobrze kojarzę to Babcia Agafia, odżywka wzmacniająca.Wiem, że była rzadka, przez co mało wydajna, dziwnie pachniała i nie robiła nic z włosami. 

I na koniec maska do włosów Isana Professianal Oil Care, która była masakryczna. Śmierdziała, plątała włosy, ciężko wydobywała się z opakowania. Zarówno szampon, odżywka jak i maska z tej serii nie spisały się u mnie i nie powrócę do żadnego egzemplarza.


I na sam już koniec.

Tresemme spray prostujący do włosów z olejkiem arganowym. Przyznam szczerze że nie pamiętam jak on działał. Najwyższy czas nadszedł aby go wyrzucić bo samo opakowanie jedynie stało i się kurzyło;/

Natura Siberica szampon przeciwłupieżowy, który o dziwo działał i po tym co zrobił mi John Frieda Beach Blonde pomógł pozbyć mi się łupieżu. Niestety włosy po jego zastosowaniu były oklapnięte i już na drugi dzień konieczne było ponowne mycie, dlatego też do niego nie wrócę.

Babcia Agafia po raz drugi tym razem z szamponem 3 na łopianowym propolisie. Szampon był na prawdę ok. Ładnie mył,  nie plątał włosów, przyjemnie pachniał. Tą wersję mogę polecić.

Uff...denko pielęgnacyjne (i nie tylko) dobiegło końca. Pozostaje mi jedynie kolorówka o której postaram się wspomnieć w najbliższych dniach.

A jak Wam poszły denka???

Ściskam

Justyna

sobota, 30 stycznia 2016

Czytaj dalej » 20

Clinique Take The Day Off Cleansing Balm

Witajcie Kochani!!!

Kto z nas nie słyszał o olejkach do demakijażu ręka w górę:D Większość z nas oczywiście słyszała i zapewne sama ich używa. Są ogólnodostępne a i samemu można je zrobić mieszając różne oleje. Ja niestety należę do tych osób które zdecydowane wolą sięgać już po gotowe produkty. Takim też oto sposobem sięgnęłam po olejek w formie zbitej marki Clinique Take the Day Off Cleansing Balm.


Oczyszczający balsam bo tak nazywa go producent zamknięty jest w plastikowym słoiczku o pojemności 125 ml. Aplikacja dla niektórych może wydawać się mało higieniczna jednak mi to nie przeszkadza. Sam pojemnik parę razy upadł mi na podłogę ale na szczęście nic się z nim nie stało. Niestety tego nie można powiedzieć o samych napisach które już pod koniec użytkowania zaczęły się po prostu ścierać. Nie wpływa to oczywiście na sam produkt ale jak za taką cenę (Ł 22, około 120-145 zł) producent powinien przyłożyć się również do wykonania.


Balsam ma formę zbitą, koloru białego i wygląda jak smalec. Na szczęście nie pachnie jak on tylko jest bezzapachowy;) Pod wpływem ciepła naszych dłoni rozpuszcza się do formy oleistej jednak nic z olejem wspólnego nie ma.





Jak ja używałam słynnego już balsamu? 
Po wcześniejszych demakijażu oczu (płynem micelarnym) niewielką ilość balsamu nakładałam na twarz i delikatnie masowałam ją. Następnie mały ręczniczek bawełniany moczyłam w dość ciepłej wodzie i nakładałam na parę minut na twarz. Pod wpływem ciepła ręczniczka balsam miał szansę jeszcze dokładniej pozbyć się wszelkich zanieczyszczeń i resztek makijażu. Następnie czynność powtarzałam dwukrotnie. Po takim "relaksie" zawsze używałam dodatkowo jakiegoś żelu do buzi lub pianki choć nie było to konieczne gdyż balsam nie pozostawiał na naszej skórze żadnego tłustego czy nieprzyjemnego filmu. Jednak jako posiadaczka cery tłustej wolałam mieć tą świadomość że całkowicie moja buzia pozbyła się wszelkich zanieczyszczeń. Kilka też razy spróbowałam balsamem zmyć również makijaż oka. Fakt nie pozostawiał "mgły" na oczach ale też nie zawsze radził sobie z np. bardzo mocnym makijażem, a z racji że moje oczy są mega wrażliwe wolałam niepotrzebnie ich nie trzeć.


Balsam w moim przypadku spisał się na prawdę świetnie. Nie uczulał i nie podrażniał a wieczorny demakijaż z jego udziałem był przyjemnością. Opakowanie które zobaczycie w denku (które nawiasem mówiąc będzie gigantyczne) jest już moim drugim egzemplarzem. Teraz w swoich zapasach mam wiele innych tego typu produktów więc póki co niestety do niego nie wrócę. W przyszłości skuszę się natomiast na wersję w postaci płynnego olejku wraz z pompką która jest równie mocno zachwalana jak wersja w słoiczku.

A czego wy używacie do demakijażu?

Ściskam
Justyna

wtorek, 26 stycznia 2016

Czytaj dalej » 18

EcoLab

Witajcie Kochani!!!

Jakiś czas temu pokazywałam Wam na instagramie moje małe zamówienie ze strony która oferuje naturalne kosmetyki i dziewczyny mieszkające w UK już nie muszą się martwić o zapasy swoich ulubionych kosmetyków. Mowa oczywiście o http://thenaturalskincare.co.uk/. Jedyne czego brakuje mi na tej stronie to marki Resibo ale mam nadzieję że w przyszłości i ona dołączy do grona moich faworytów.

A dziś mowa będzie o 4 kosmetykach marki EcoLab: żel nawilżający do mycia buzi, krem pod oczy, odmładzający tonik do twarzy oraz oczyszczająca pianka do twarzy.


Na pierwszy ogień pójdzie nawilżający żel do skóry suchej i wrażliwej zawierający aż 99% składników pochodzenia naturalnego oraz ekstrakt z oczaru wirginijskiego czyli składnika którego moja buzia wręcz uwielbia. Skóry suchej oczywiście nie mam, wrażliwa ostatnio troszkę się stała ale dzięki oczarowi skusiłam się na ten żel i nie żałuję.




Ma galaretowatą/żelową konsystencję i bardzo przyjemnie pachnie. Nie pieni się praktycznie w ogóle. Pojemność 150 ml ważna 12 miesięcy od otwarcia. Cena to około 4 Ł czyli około 15-20 zł.




Stosowałam go codziennie rano do oczyszczenia buzi po nocy. Dzięki swej delikatności nie podrażniał skóry a nawet oczu. Ładnie i delikatnie oczyszczał buzię bez efektu wysuszenia czy ściągnięcia. Po zmyciu buzia była miękka, delikatna i rozpromieniona. Dziewczyny które lubią delikatne oczyszczanie z rana a np. nie lubiły kremowo/żelowej konsystencji np. Cethapilu będą na pewno zadowolone z tradycyjnej formy żelu.

Żel oczarował mnie tak bardzo że nie wyobrażam już sobie porannej pielęgnacji bez niego i jak tylko wykończę wszystkie obecne żele na pewno zrobię sobie jego zapas do porannej pielęgnacji.

Kolejnym kosmetykiem jest odmładzający tonik do twarzy. I od razu chcę zaznaczyć, że w odmładzanie nie wierzę ale tonik sam w sobie pobił na głowę wszystkie dotychczasowe toniki jakie stosowałam.



Buteleczka ma piękną szatę graficzną. Zamyka się na klips. Pojemność 200 ml ważna od otwarcia. Cena to około 4 Ł czyli 12-16 zł.


Tonik sam w sobie ma delikatnie ziołowy kolor i cudownie pachnie. Nie dość że ma fantastyczne właściwości nawilżające to dodatkowy piękny zapach umila codzienną pielęgnację.



Samego toniku używam w następujący sposób. Nalewam go na bawełnianą pastylkę, która pod wpływem toniku pęcznieje. Po jej rozłożeniu otrzymujemy bawełniany płat nasączony tonikiem tzn. maseczka tonikowa. Oczywiście zdarzyło mi się użyć toniku w tradycyjnej formie czyli nalać na płatek i przetrzeć twarz ale dzięki maseczce tonikowej ma większą szansę zadziałania na naszej skórze. Mogę z czystym sumieniem napisać że ta metoda plus ten tonik zmieniły moją pielęgnację w coś fantastycznego. Twarz za każdym razem kiedy zastosuje ten tonik odwdzięcza się promiennym wyglądem, uelastycznieniem, nawilżeniem i ogólnym wspaniałym wyglądem. 

Tonik dodatkowo koi wszelkie podrażnienia, pieczenia, zaczerwienienia. Nie ma chyba nic przyjemniejszego niż po ciężkim dniu nałożyć sobie taką maseczkę tonikową na oczyszczoną skórę twarzy (po demakijażu). Skóra tak jakby piła każdą kroplę tego toniku. 


Kto jeszcze go nie miał koniecznie musi kupić i przetestować ale w formie o jakiej Wam wspomniałam. Ja oczywiście przetestuje inne toniki marki EcoLab ale do tego z pewnością nie raz wrócę.

Był żel do pielęgnacji porannej więc do pielęgnacji wieczornej wybrałam piankę oczyszczającą. 




Pianka zamknięta jest w białej buteleczce z równie ładną szatą graficzną co pozostałe produkty. Ma pompkę, która działa bez zarzutu i dozuje idealna ilość produktu. Dwie maksymalnie trzy pompki w zupełności wystarczą na umycie całej buzi. 


Pianka wydobywająca się z opakowania jest gęsta i puszysta. Ma delikatny i przyjemny zapach. Pojemność 150 ml. Cena to około 13-17 zł.

Pianki używałam do ostatniego etapu oczyszczania swojej buzi. Po wcześniejszym demakijażu myłam nią buzię. Bardzo dobrze rozprawia się z resztkami makijażu przy czym nie podrażnia buzi. Parę razy zdarzyło mi się użyć jej do oczyszczania buzi po nocy i oczywiście też spisała się na piątkę. Dzięki swej konsystencji delikatnie ale skutecznie oczyszcza buzię z wszelkich zanieczyszczeń przy czym jej nie podrażnia ani nie uczula. Jednak mimo wszystko nie polecałabym jej osobom ze skóra suchą czy też bardzo wrażliwą gdyż przy regularnym stosowaniu może odrobinę przesuszać.
Osobiście jestem z niej bardzo zadowolona i mogę polecić ją osobom ze skórą tłustą, mieszaną czy po prostu lubiącym taką formę puszystej pianki w pielęgnacji;)


A na sam koniec zostawiłam sobie kosmetyk o którym mam mieszane uczucia i zastanawiam się czy dalej mam go używać. Mowa o kremie pod oczy który tak nawiasem mówiąc jest raczej żelem/kremem o bardzo delikatnej formule.



Ze wszystkich wymienionych dziś kosmetyków ma najmniej przyjemny zapach który na szczęście nie utrzymuje się zbyt długo. Konsystencja delikatna, łatwo się rozprowadza na skórze i dość szybko wchłania. Zaraz po nałożeniu ma nieprzyjemny alkoholowy zapach choć alkohol w składzie ma na ostatnim miejscu;/


Pompka na początku zacinała się ale teraz działa bez zarzutu. Pół pompki w zupełności wystarczy na obie powieki. Pojemność 30 ml a koszt to 7 Ł. W PL na pewno możecie dostać go taniej.

Szukałam kremu do swoich bardzo wrażliwych miejsc pod oczami który przede wszystkim dobrze je nawilży i co najważniejsze nie podrażni. Niestety tego w tym kremie nie znalazłam. O porządnej dawce nawilżenia niestety nie może być tu mowy. Pod makijaż/ korektor też spisywał się średnio. Korektor pod nim wchodził w każdą zmarszczkę/ załamanie i wyglądało to nieestetycznie nawet po przypudrowaniu. Na noc nakładałam go zarówno na dolną jak i górną powiekę (w tym czasie miałam drobne ranki i przesuszoną skórę na powiekach) po aplikacji był istny ogień. Krem tak palił moje powieki że natychmiast zmyłam go "bratem tonikiem" a następnie przyłożyłam czysty wacik nasączony wodą termalną. Masakra. Odstawiłam go na kilka dni i jak moje powieki już się podgoiły spróbowałam użyć go jeszcze raz. Niestety efekt był podobny. Póki co zamówiłam na szybko inny krem pod oczy a jego używam sporadycznie. Jednak jak tamten tylko do mnie dotrze po prostu go wyrzucę bo nawet nie chcę nikomu go podarować żeby ewentualnie nie powtarzał mojej historii;/


Jestem rozczarowana tym kosmetykiem bo miałam nadzieję że znajdę krem który dotrzyma nawilżenia moim oczom/powiekom przez kilka dobrych miesięcy. Niestety krem powędruje do kosza a ja nie mogę Wam go polecić.

Mimo wszystko nie zrażam się do firmy gdyż trzy pierwsze kosmetyki to moi faworyci a w szczególności żel i tonik. Gorąco Wam je polecam. Są moimi odkryciami 2015 roku i mimo iż nie robiłam zbiorczego podsumowania dostały to zaszczytne miano;D 

ps. Na kosmetyki tej marki narobiłam sobie więcej ochoty i już zrobiłam małe zamówienie uzupełniające aktualne braki w pielęgnacji;)

A czy Wy miałyście okazję używać tych kosmetyków? Jeśli tak napiszcie mi proszę o swoich faworytach.

Ściskam

Kokos

piątek, 22 stycznia 2016

Czytaj dalej » 47

Milionowa rodzinka

Witajcie Kochani!!!

Tusze z L'oreala zawsze jakoś omijałam szerokim łukiem ale odkąd przetestowałam Volume Million Lashes So Couture o którym więcej możecie poczytać tutaj KLIK , postanowiłam że wypróbuje ich wszystkie milionowe wersje w które w skład wchodzą: tradycyjna maskara Volume Million Lashes, wersja Excess i najnowsze ich dziecko Feline.




Zacznę może od maskary która najbardziej mi się spodobała i która zajmuje drugie miejsce zaraz po So Couture. So Couture mimo wszystko wygrała ten pojedynek a na miejscu drugim jest...Feline.



Szczoteczka jak wszystkie w wersji Volume Million jest silikonowa i dodatkowo wygięta jest delikatnie dzięki czemu według producenta ma dodatkowo podkręcać nam rzęsy. Włoski szczoteczki są krótkie i delikatne dzięki czemu nie kują moich delikatnych powiek co dla mnie jest bardzo ważne. 


Maskara podobnie jak So Couture potrzebowała około 1 tygodnia aby nieco zgęstnieć i była gotowa do działania. Bardzo ładnie podkreślała nawet najmniejsze i najkrótsze rzęski. Rozdzielała je i rozczesywała. Delikatnie też je podkręcała ale najlepszy efekt podkręcenia moim zdaniem daje jedynie zalotka. Swój egzemplarz miałam w wersji czarnej. Odcień był intensywny. Maskara nie kruszyła się, nie osypywała nie tworzyła w ciągu dnia efektu pandy. Bez problemu dawało się ja zmyć płynem micelarnym. Pachniała tak jak jej starsza siostra czekoladowo.
Jedyne co mogę jej zarzucić to że po około 3 miesiącach zaczęła już gęstnieć i po prostu wyschła gdzie w przypadku So Couture nawet po 4 miesiącach byłam w sanie nadal podkreślać nią rzęsy. 

I na tych dwóch tuszach mogłabym poprzestać bo 2 kolejne wersje totalnie się u mnie nie sprawdziły i tak na prawdę nie powinnam w ogóle ich stawiać na jakimkolwiek miejscu;/





Obie miały silikonowe, proste szczoteczki z długimi, twardymi włoskami, które bardzo kuły moje powieki. Nie pachniały tak jak ich młodsze siostry. Miały też inną formułę. Praktycznie zaraz po odkręceniu można było nimi malować rzęsy i nie potrzebowały czasu na zgęstnienie.  Efekt jaki dawały na moich rzęsach był mizerny. Owszem wydłużały rzęsy i dzięki gęstym włoskom ładnie je rozczesywały ale np. o pogrubieniu już nie było mowy. Nawet dodatkowe warstwy nie dawały zadowalającego efektu. Poza tym obie po paru godzinach zaczynały się kruszyć i odbijać na dolnej powiece dając efekt pandy a tego żadnemu tuszowi nie jestem w stanie wybaczyć.



Jestem nimi bardzo zawiedziona tym bardziej że wiem iż wiele osób bardzo sobie je chwali i jest z nich bardzo zadowolona.

Każda była ważna od otwarcia 6 miesięcy ale też każda miała inną pojemność;)
Tradycyjna 10.5 ml, Excess 9ml, Feline 9.2 ml. Każda kosztuje w granicach około 40-50 zł i są ogólnodostępne. 

Tak więc jak widzicie milionowa rodzinka nie do końca przypadła mi do gustu ale też nie okazała się totalnym niewypałem. Do wersji So Couture już wróciłam i w swoim koszyczku mam kolejny egzemplarz. Do Feline podejrzewam że też kiedyś wrócę natomiast do dwóch pozostałych powrotu nie planuję i niestety nie mogę im Wam polecić...

Ściskam

Justyna

środa, 20 stycznia 2016

Czytaj dalej » 35