Celia Nude czyli to co kokosy kochaja najbardziej:)

Kochane dziewczyny.
W ten niedzielny zimny wieczór kusiło mnie aby opowiedzieć Wam o moim nowym (dla mnie jest to nowe) odkryciu a mianowicie dzisiaj chce Wam przedstawić moją nową pomadkę z serii Celia Nude o numerze 606.
Pomadkę tą a raczej pomadko- błyszczyk dostałam od Hoshi777, która była tak dobra i zdobyła ją dla mnie. Dziekuję:*
O samej firmie słyszałam jeszcze jak byłam mała. Używała jej moja mama a dokładniej pamiętam, że miała jedną szminkę od nich. Od tamtego czasu firma zmieniła się moim zdaniem na lepsze. Nie dość, że opakowania są bardziej eleganckie to i więcej kosmetyków jest do wyboru. Dla Celii wielki plus.
O tej pomadce usłyszałam własnie od Was i zapragnełam ją mieć. Udało się i pędze z jej recenzją.


Nawet opakowanie przyciaga oko.



Powyżej skład.

Pomadka ma złote opakowanie. Przy zapykaniu słyszymy charakterystyczny "klik" więc mamy pewność, że pomadka jest zamknięta i nic się jej nie stanie np. w torebce.
Na regulowanej części znajduje się logo firmy.


Na opakowaniu znajdują się podstawowe informacje:
- półtransparentny efekt
- cielisty kolor
- właściwości nawilżające
- apetyczny winogronowy zapach


Pomadko błyszczyk pięknie pachnie winogronami. Efekt na ustach jest faktycznie półtransparentny co mnie osobiście wogóle nie przeszkadza. Uwielbiam takie pomadki, które nie dają mocnego kolorku. Pomadka zawiera również wosk pszczeli co dodatkowo te usta będzie nam nawilżać. Stopień nawilżenia oceniam na 3 z plusem. Na ustach wygląda to tak jakbyśmy na pomadke nałożyły błyszczyk. Niestety szybko z ust schodzi ale na to przymykam oko:) Z tego co sprawdzałam jest aż 6 odcieni. Ja wybrałam sobie 606. Jest to delikatny ciepły brązik wpadający w brzoskwinke.
Odkąd ją dostałam używam jej codziennie. Mój makijaż do pracy dopełniam właśnie tą pomadką. Koleżanki już się na nią łasiły ale nie dałam się i broniłam jej przed ich pożądliwymi spojrzeniami. Przyznam, że pomadka jest bardzo wydajna i nie muszę patrzeć się nawet w lusterko aby ją sobie nałożyć.
Starałam się uchwycić jej kolor najlepiej jak to tylko potrafiłam.



A tutaj w świetle sztucznym.


Z tego miejsca chce Was wszystkie serdecznie zachęcić do wypróbowania tego cacuszka. Dla mnie jest to jedna z moich ulubionych pomadek na dzień dzisiejszy.
Z tego co się wyczytałam wiem, że niestety dostępność firmy Celia jest bardzo ograniczona dlatego tym bardziej się cieszę, że ja ją mam. Koszt pomadki to około 10 zł więc za taką cenę pomadka jest naprawde warta choćby nawet przetestowania.
Już teraz wiem, że będę "dręczyła" kogoś o inne kolorki (za co z góry przepraszam)

ps. Dostaje od Was wiadomości z prośbą o pokazywanie pomadek na ustach.
Moje Drogie. Jak tylko uda mi się zdobyć lepszy aparat, który nie będzie aż tak bardzo przekłamywał zdjęć to obiecuję, że postaram się takie zdjęcia dodawać. Dodatkowo motywuje mnie to do poćwiczenia nad moimi umiejętnościami (które nie są za dobre;/) fotograficznymi.

niedziela, 20 maja 2012

Czytaj dalej » 43

Moja mini kolekcja Lip Butter Colourburst z Revlona.

Sagi o pomadkach ciąg dalszy:)
Dzisiaj będzie o sławnych już Lip Butter z Revlona. Pomadka a bardziej masełko do ust brzmi jak dla mnie bardzo ciekawie. Długo na nie czekaliśmy ale się doczekaliśmy. Wybór kolorystyczny jest tak duży, że ciężko jest wybrać. Ja skusiłam się na 2 pomadki (niestety w regularnej cenie) a trzecią odkupiłam od miłej osobki.

Słowami wstępu powiem tylko, że opakowania są bardzo stylowe a kolory opakowań odpowiadają kolorom pomadek.

Pierwsza pomadką jest numerek 045 Cotton Candy. Delikatny róż z złotymi drobinkami. Kolor naprawde piękny. Na ustach wygląda bardzo subtelnie. Bardzo długo utrzymuję się na ustach. Oczywiście podczas jedzenia i picia nie utrzymuje się zbyt długo. Bardzo dobrze nawilża usta i je pielęgnuje. Nie podkreśla suchych skórek. Ostatnimi czasami wyskoczyła mi niemiła niespodzianka na górnej wardze i to masełko pomogło mi ja podgoić. Do moich uszów dotarła też nowinka, że właśnie ta pomadka i Creme Brule są najlepiej sprzedającymi się odcieniami. Czy to prawda nie wiem ale wiem, że naprawdę ciężko na ie trafić więc ziarenko prawdy pewnie w tym jest;)






Niestety na tym zdjęciu nie widać jego prawdziwego kolorku ale na poniższych zdjęciach będzie już lepiej;)
Kolejnymi w mojej mini kolekcji są:(w środku) 095 Creme Brule- mój faworyt i jeden z najpiękniejszych kolorków oraz 090 Sweet Tart. Niestety nie jest to trafiony kolor. Niezadobrze czuję się w takich odcieniach.




Zaczne może od Creme Brule. Na ten kolor najbardziej się napaliłam bo uwielbiam takie kolorki. Niestety zostały tylko same testery więc musiałam obejść się smakiem. Na szczęście będąc tydzień później mój faworyt już był i nie mogłam się mu oprzeć. Moim skromnym zdaniem jest to idealny kolor dla dziewczyn, które lubią naturalnie wyglądać. Nadaje się do każdego makijażu i ma takie same właściwości jak wyżej wymieniony Cotton Candy. Cieszę się że "odkryłam" tak wspaniały kolor i pomadkę (masełko). Już teraz wiem, że będę polowała na promocje 3 za 2 żeby dokupić sobie zapas. Ma zatopione w sobie mega zmielone drobobinki, które na ustach dają lustrzany efekt. Koniecznie trzeba go zobaczyć na żywo.


Powyższe zdjęcie najlepiej oddaję prawdziwe kolorki. Udało mi się uchwycić kolor nie przekłamując go. (niestety nadal nie mam dobrego aparatu a i moja amatorszczyzna daje o sobie znać).
Na koniec zostawiłam kolorek, który niestety nie przypadł mi zupełnie do gustu pod względem koloru. Udało mi się go odkupić od bardzo miłej kobiety (która zapewne nie chciała mnie wprowadzić w błąd ale niestety tak się stało) która zawsze ma dla mnie coś ciekawego w bardzo promocyjnych cenach. Tak też było i tym razem bo za ostatnią pomadkę Sweet Tart zapłaciłam tylko 3 funty co w porównaniu z ceną regularną jest naprawdę niewiele. Niestety pani stwierdziła, że pomadka jest nowa a był ewidentnie na niej widoczny "odcisk" ale nie ust. Podejrzewam, że ktoś poprostu przeciągnął ją sobie po dłoni. O tym fakcie dowiedziałam się dopiero w domu kiedy ja otworzyłam. Cała pomadka (jak podejrzewam, bo nie używałam jej) ma takie same właściwości jak jej wyżej wymienione siostry;) Jedyne co ją różni od poprzedniczek to fakt, że nie posiada w sobie żadnych drobinek. Na ustach daje efekt pomadki na którą został położony błyszczyk.
Kolor jest naprawdę piękny, taki typowy na lato jednak nie mój. Nie mogę się przekonać do takich "odważnych" jak dla mnie kolorów. Źle się w nich czuję i unikam ich na ustach. Jednak myślę, że pomadka się nie zmarnuje:)
Na poniższych zdjęciach zrobiłam swatche w świetle dziennym i sztucznym (od lewej) 045 Cotton Candy, 095 Creme Brule, 090 Sweet Tart.



Dane technieczne: Co uważam za najwiekszy minus? Ich waga a dokładniej. Cała pomadka ma 2.55g. To bardzo mało jak za cenę 7.99 funta. Choć pomadka jest mega wydajna i wystarczy jedno pociągnięcie żeby uzyskać super efekt moim zdaniem i tak cena jest wygórowana;/ Nie wiem czy są dostępne w Polsce. Z najnowszych doniesień wiem, że jeszcze ich nie ma ale w niedługim czasie mają się pojawić. Boję się tylko o ich cenę bo będzie pewnie ogromna.
Czy je polecam. Jak najbardziej tak. Wiem, że cena mimo wszystko może odstraszać ale jak ktoś choć raz ich spróbuje będzie chciał więcej. Wiem bo sama tak mam. Oczywiście nie wszystkie odcienie przypadły mi do gustu. Te co mam są genialne i będe je polecać każdemu.

czwartek, 17 maja 2012

Czytaj dalej » 28

La Roche Posay Anthelios XL 50+.

Wielkimi krokami zbliża się lato więc czas najwyższy jeszcze bardziej zadbać o ochronę przeciwsłoneczną. Tutaj w Anglii chyba lata nie będzie. Przez całą wiosne było może z tydzień słońca a tak to cały czas zimno i pada a na domiar złego wieje bardzo silny wiatr;/
Wstyd się przyznać ale ja osobiście wcześniej nie używałam żadnego filtra przeciwsłonecznego. Jedynie jak jeszcze w Polsce byłam kiedy było naprawdę wielkie i silne słońce wtedy (i to nie zawsze) nakładałam filtr. Teraz moja ochrona troszke się zmieniła bo staram się wybierać kremy na dzień z filtrami lub kiedy krem filtra nie posiada nakładam najpierw filtr a nastepnie jakiś krem. Przyznam szczerze, że nie cierpie takiej formy aplikaci. Czuje sie taka zapchana bo najpierw filtr, który cieżko się wchłania a następnie krem. A fuj. Dlatego częściej sięgam po produkty 2 w 1.


O samym Antheliosie XL z La Roche Posay niestety nie mogę powiedzieć zbyt wielu dobrych rzeczy.


Skusiłam się na niego po dobrych opiniach moich koleżanek. I żałuję bardzo.


Kilka informacji o tym produkcie (www.wizaz.pl) i jego skład:

Anthelios XL Fluide Extreme, dzięki zawartemu filtrowi SPF 50+ daje najsilniejszą ochrona przed oparzeniami słonecznymi. PPD28/SPF 50+ zapewnia ochronę anty-UVA przed długoterminowymi skutkami promieniowania słonecznego (deklarowana ochrona UVA/UVB jest osiągana przy ilości filtra 2 mg/1 cm2 skóry). Dzięki strukturze przepuszczającej powietrze ten wyjątkowo lekki fluid jest odpowiedni dla wszystkich typów skóry, nawet bardzo tłustej. Nie powoduje powstawania zaskórników. Zawiera system filtrujący składający się z opatentowanych filtrów słonecznych: Mexoryl SX i Mexoryl XL.

Skład: aqua, cyclopentasiloxane, isononyl isononanoate, octocrylene, alcohol denat., dicaprylyl carbonate, cyclohexasiloxane, glycerin, titanium dioxide, butyl methoxydibenzoylmethane, bis-ethylhexyloxyphenol, methoxyphenyl triazine, dimethicone, propylene glycol, peg-30 dipolyhydroxystearate, silica, nylon-12, polymethylsilsesquioxane, drometrizole trisiloxane, ethylhexyl triazone, alumina, butylparaben, diphenyl dimethicone, ethylparaben, glycine soja, isobutylparaben, lauryl peg / ppg-18 / 18 methicone, methylparaben, pentasodium ethylenediamine tetramethylene phosphonate, phenoxyethanol, propylparaben, terephthalylidene dicamphor sulfonic acid, tocopherol, triethanolamine.

Sam filtr posiada jeszcze dodatkowe opakowanie kartonowe, które gdzieś mi się zapodziało. Na opakowaniu znajdują się wszystkie niezbędne informację. Dołączona jest również ulotka.



Pare słów mojej opinii. Na stronie wizażu piszę, że ten filtr nadaje się nawet do skóry tłustej (której niestety posiadaczką jestem). Wiem, że istnieje oprócz tej wersji wersja barwiona jak i również typowy filtr do skóry tłustej Anthelios AC tylko jego factor to 30. I teraz mam dylemat. Po tym niewypale o którym napisze poniżej boję się już kupować jakiekolwiek filtry z tej firmy.

Odnośnie samego opakowania nie mogę powiedzieć nic złego. Jest bardzo wygodne a sam dziubek precyzyjnie dozuje odpowiednią ilość produktu.


I tyle dobrego na temat tego produktu. Sam filtr strasznie tępo się rozprowadza. Na policzkach i czole jest jeszcze ok ale odnośnie nosa to już koszmar. Zbiera sie na skrzydełkach nosa i nie wchłania się wogóle. Kiedy na niego nie nakładam podkładu minimum co 30 minut muszę zerkać w lusterko i wycierać sobie skrzydełka nosa, które świecą się jak żarówka. Dodatkowo zbieram tez nadmiar produktu, który nie chce się wchłonąć. Kolejnym minusem jest to, że skóra strasznie się po nim świeci. Bieli skórę i to w sposób bardzo widoczny. Koniecznie trzeba go przypudrować, choć i przypudrowanie na długo nie starcza. Ma bardzo charakterystyczny (nieprzyjemny jak dla mnie) zapach. Jest natomiast bardzo wydajny i wodoodporny. Na zdjęciach możecie zobaczyć, że ma bardzo leistą konsystencję co akurat jest na plus.


Na dzień dzisiejszy zużyłam około 1/3 opakowania i powiedziałam sobie dość. Już nie mam siły się z nim męczyć. Opakowanie oddam siostrze lub komuś kto może lepiej będzie tolerował ten produkt.


Cena tego filtra też nie była mała. Za opakowanie 50 ml zapłaciłam około 18 funtów. Na dzień dzisiejszy zostałam z tylko jednym kremem BB, który zawiera filtr 25 więc nie jest jeszcze taki słaby ale cały czas szukam jakiegoś innego zamiennika. Słyszałam wiele dobrego o filtrach z biodermy ale niestety ta firma nie jest dostepna tutaj w UK. Jeżeli któraś z Was używa filtrów z tej firmy bardzo proszę napiszcie mi co o nich sądzicie. Osobiście pozostaje mi jeszcze ten Anthelios Ac do typowo skóry tłustej i filtry z Avene. Rynek angielski jest bardzo ubogi w takie produkty.

                                                 Jakie Wy filtry polecacie?

poniedziałek, 14 maja 2012

Czytaj dalej » 18

Wspaniałe prezenty od cudownej osóbki:)

Dzisiaj post pt: Chwalę się:)
A czym?
Wspaniałymi kosmetykami które dostałam od Hoshi777.
Na wstępie jeszcze raz serdecznie Ci Kochana podziekuję za wszystkie wspaniałości. Wszystkie kosmetyki są wspaniałe i z wyborem trafiłaś w 10.
Tak naprawde Hoshi wyświadczyła mi wielką przysługę. Ja tak naprawdę nigdy nie miałam cieni z inglota. Zdobycie ich było dla mnie nie lada wyzwaniem, bo niestety ale w mojej rodzinnej miejscowości o inglocie czy innych markach (celia, golden rose) mogłam tylko pomarzyć. Hoshi napisała do mnie maila, że jeśli chcę ona może dla mnie kupić kilka wkładów. Ucieszyłam się jak dziecko.
Ktoś kiedyś powiedział, że takich "perełek-osób", które oferują swoją pomoc już nie ma. A ja mam dowód, że są i na dodatek lubią robić wspaniałe niespodzianki.
A teraz przejdźmy do zawartości jakże pięknego pudełeczka, które ma już swoją rolę;)



Liścik wyjaśniający i parę słów od siebie;*


A tak prezentuje się zawartość.


Trzy pomadki. Wkońcu wkońcu moja wymarzona pomadka z Celii Nude w odcieniu 606. O niej więcej będzie innym razem ale już dzisiaj Wam powiem, że jest cudowna, wspaniała i żałuję tylko, że nie mam do niej bezpośredniego dostępu bo w mojej kolekcji już dawno by się pojawiły wszystkie odcienie. Narazie mam tylko tą i będę chyba prosić kogoś o kolejne odcienie:)
Kolejne 2 to pomadki z golden rose o numerkach 117 i 98 i o nich również będzie oddzielny post.


Hoshi udało się też kupić dla mnie znaną i lubianą paletkę do stylizacji brwii z essence. Ja będąc w Polsce przy szafie essence nigdy nie mogłam jej zdobyć. Albo jej nie było, albo wyprzedana, albo jakieś ostatnie, uszkodzone opakowanie było. Tym bardziej się cieszę, że wkońcu ją mam i używam codziennie. Mój makijaż zyskał nowy image;)
Kremu do rzęs nigdy nie miałam ale obiecałam sobie, że się przyłożę i od czerwca codziennie będę nakładać go na swoje rzesy, które ostatnimi czasami troszke podupadły.
Lakieru niestety jeszcze nie miałam okazji mieć na paznokciach a to tylko i wyłącznie ze względu na swoją pracę. Myślę jednak, że będzie to wspaniały kolor na jesień.


I teraz to czego wogóle się nie spodziewałam.
Wybrałam sobie 4 odcienie wkładów. Głównie to typowe brąziki.
A tutaj moja Kochana nie dość, że dołożyła mi 2 kolejne wkładziki to na dodatek kupiła dla mnie całą paletkę na 10 wkładów. Mnie po otwarciu paczuszki poprostu zatkało. Wkońcu mam swoje pierwsze ingloty. Odkąd dostałam paczuszkę swój codzienny makijaż na wyjścia jak i do pracy wykonuję tylko tymi cieniami. Są genialne.
Wszystkie numerki i wykończenia podam Wam w oddzielnym poście bo o każdej z wymienionych rzeczy zamierzam napisać oddzielny post.


Na sam konieć pragne powiedzieć jeszcze raz:     
                                                                  DZIĘKUJĘ.


ps. Ze swej strony mam cichą nadzieję, że kosmetyki które ja wybrałam dla Ciebie Kochana również przypadną Ci do gustu i że będą Ci dobrze służyć tak jak moje służą mnie;)

sobota, 12 maja 2012

Czytaj dalej » 20

Mango Scrub z TBS.

Witajcie Kochani.

Dzisiaj chciałam Wam pokazać i przedstawić scrub do ciała z TBS Mango.

O całym zestawie pisałam już na swoim blogu:
http://88kokosek88.blogspot.co.uk/2012/03/body-shop-czyli-mango-gora.html

W całym zestawie było jeszcze masełko, które czeka na swoją kolej podobnie jak żel pod prysznic. Mydełko już zużyłam i przy okazji powiem Wam, że było wspaniałe. Przepięknie pachniało, fantastycznie myło;) i było poprostu naj naj. Nigdy nie podejrzewałam, że można się tak zachwycać zwykłym mydłem. Serdecznie Wam polecam jeżeli będziecie miały kiedyś okazję wypróbować.


Ale do rzeczy. Dzisiaj będzie o scrubie. Nie jest to taki zwykły peeling jak o nim myślałam na początku. Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne. Po odkręceniu zapach okazał bardzo intensywny co mnie osobiście wogóle nie przeszkadzało bo sam zapach wszystkich mangowskich produktów jest moim zdaniem jednym z najlepszych ich zapachów.
Na wizażu znalażłam dość ubogą recenzję tego produktu ale dodam ją i skład produktu.
Scrub o zapachu owoców mango przeznaczony do skóry bardzo suchej. Zawiera ścierające granulki soli i organicznego cukru. Olej z nasion mango i soji pozostawia skórę cudownie miękką.
 
Skład: Octyl Palmitate, Sucrose, Sodium Chloride (Salt), Helianthus annuus (Sunflower Seed Oil), Silica, Mangifera indica (Mango Seed Oil), Glycine soja (Soybean Oil), Parfum, Benzyl Benzoate, Phenoxyethanol, Ricinus communis (Castor Oil), Hexyl Cinnamal, Prunus dulcis (Sweet Almond Oil), Linalool, Tocopherol, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Amyl Cinnamal, Limonene, Capsicum frutescens (Capsicum Extract), Citral, Eugenol, Amylcinnamyl Alcohol, Benzyl Alcohol, Rosmarinus officinalis (Rosemary Extract), Methyl 2-Octynoate, Propylparaben, Anisyl Alcohol, Farnesol, Geraniol, CI 77891, CI 19140.

Informacje zaczerpnięte ze strony wizaż.pl


Opakowanie tradycyjne i bardzo wygodne w użyciu. Produkt można zużyć do ostatnej "kropelki".




Sam scrub ma bardzo ciekawą formułę. Nie wiem czy zobaczycie to na załączonych zdjęciach ale mi on troszke przypomina coś jak rozgrzaną w dłoniach plastelinę. Oczywiście po rozsmarowaniu jest już całkiem normalny- tak jak każdy inny peeling. Ale co jest w nim takiego niezwykłego? Zawsze byłam zdania, że peeling ma zadanie poprostu złuszczyć nam stary naskórek co spowoduje, że skóra stanie się delikatniejsza w dotyku a i następne zabiegi pielęgnacyjne dadzą lepsze efekty. I tak jest i w tym przypadku jednak co najbardziej mnie w nim zaskoczyło to fakt, że po użyciu skóra nie dość że jest idealnie gładziutka i mięciutka to na dodatek pozostawia na skórze taki delikatny "film". Ja osobiście czuję się tak jakbym nałożyła na ciało masło. Po użyciu tego peelingu przeważnie nie używam już żadnego balsamu ani masła bo uważam to za zbędny zabieg. Sam peeling wystrczająco już tą skórę nawilża. Dodatkowym jak dla mnie plusem jest jeszcze fakt, że po żadnym maśle z TBS zapach nie utrzymuje się tak długo jak po tym scrubie. Jego drobinki są średnio ostre ale dobrze ścierają naskórek.




Produkt jest bardzo wydajny. Wystarczy naprawdę niewielka ilość produktu aby dokładnie złuszczyć naskórek. Staram się go jednak oszczędzać bo koszt jego to około 12 funtów co moim zdaniem jest wysoką ceną. Oczywiście jest mnóstwo promocji na które postaram się polować. Jak do tej pory jest to mój najlepszy peeling jaki kiedykolwiek miałam okazję używać.

Pojemność to 200ml i produkt jest ważny 12 miesięcy od otwarcia.

środa, 9 maja 2012

Czytaj dalej » 19

Real Techniques Blush Brush.

Cziłam się i czaiłam i wkońcu się skusiłam. Ale mi się zrymowało:)
Mowa o osławionych już pędzlach słynnej Samanty Chapman z kanału pixiewoo.com.
Dziś będzie mowa o jednym z pędzli a mianowicie o Blush Brush czyli o pędzlu do różu.



Ostatnio pędzle te weszły do naszego Bootsa i tak naprawdę bardzo ciężko było je uchwycić ponieważ nowa dostawa znikała ze sklepowych półek w tempie ekspresowym. Nie mogłam im się więc dokładniej przyjrzeć aż tu nagle udało mi się trafić na świeżą dostawę gdzie były wszystkie pędzle oraz 2 zestawy.
Nastawiłam się na nie tak bardzo, że nie wiedziałam tak naprawdę które wybrać.
Jeden zestaw kosztuję 21.99 f więc nie jest to tak mało ale jak za 4-5 pędzli w zestawie to nie jest znowu aż tak dużo;)
Wkońcu doszłam do wniosku, że kupię jeden pędzel (tak na wypróbowanie) a jak okaże się dobry to w późniejszym czasie zainwestuję w jakiś zestaw.
Padło na pędzel do różu.




O samym pędzelku.
Zapakowany jest w plastikowe pudełeczko na którym zamieszczone są wszystkie niezbędne informacje.



Pędzelek wykonany jest bardzo solidnie. Trzon wykonany jest z czarnego "gumowatego" (nie wiem jak to mam ująć;)) tworzywa dzięki któremu pędzelek bez problemu możemy postawić w pozycji pionowej. Różowa rączka jest jak najbardzej kobieca i dobrze leży w dłoni. Napisy po ponad miesiącu użytkowania nie starły się co moim zdaniem przemawia jako wielki plus.


Włosie jest niezwykle delikatne i mięciutkie i co najważniejsze. Podczas już kilkakrotnego "prania" nie wyleciał z niego ani jeden nawet najmiejszy włosek. Mimo wszystko moim zdaniem sam pędzel jest o wiele za duży do różu. Lepiej się już sprawdza do brązera choć muszę przyznać że próbowałam nabrać na niego ziemię egipską z ikosa i nic. Wiem, że to wina ziemi bo ona ogólnie ciężko się nabiera na jakimkolwiek pędzel. Z różem i brązerem w tradycyjnej formie radzi sobie świetnie i nabiera odpowiednią ilość produktu choć tak jak już wspomniałam trzeba wypracować sobie aplikację różu, żeby nie narobić sobie plam.




Ogólnie jestem z niego zadowolona choć przyznam, że szukam dla niego innego zastosowania.
Zapłaciłam za niego około 10.99f o ile dobrze pamiętam. Teraz czaję się na starter kit (ten fioletowy). Sam pędzel jest naprawdę świetnie wykonany. Przyznam szczerze, nie sądziłam, że pędzle syntetyczne mogą tak dobrze się spisywać. Szkoda tylko, że jego nazwa niezbyt oddaje jego prawdziwe zastosowanie. Dam tym pędzlom jednak jeszcze jedną szansę i kupię jakiś zestaw. Wtedy się tak naprawdę okaże czy są warte swojej sławy;)

sobota, 5 maja 2012

Czytaj dalej » 23