Phyto Winter Essentials czyli słów kilka o pielęgnacji włosów zimą.

Witajcie Kochani!!!

Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją 3 gagatków które udało mi się zakupić jeszcze przed świętami. Mowa o szamponie, masce oraz relaksującym balsamie do włosów z firmy Phyto. Wszystkie te 3 produkty mają za zadanie chronić nasze włosy zimą przed puszeniem, elektryzowaniem oraz niesfornymi kosmykami. Czy wszystkie zdały egzamin? Zapraszam do recenzji.


Na wstępie jeszcze dodam, że cały zestaw był opakowany w granatowe pudełko. Wszystkie trzy produkty były oddzielone od siebie. Całość prezentowała się bardzo elegancko a samo pudełko śmiało mogło zastąpić ozdobne opakowanie.
Moje włosy nie mają problemu z elektryzowaniem czy niesfornością. Tzn. wokół linii czoła czy przy skroniach ciągle rosną "baby hair", przy czy moje włosy w tych miejscach wiecznie odstają, kręcą się nie chcą się poddać nawet najmocniejszemu lakierowi do włosów. Osobiście daję im "wolną rękę";) niech robią co chcą byle by tylko nie wypadały. Z resztą zawsze sobie jakoś poradzę:)


Przejdźmy jednak do samych produktów.
Zacznę może od produktu który sprawdził się u mnie najmniej.


Botanical Hair Relaxing Balm czyli nic innego jak balsam do włosów, który konsystencją balsamu wcale nie przypomina, wręcz przeciwnie. 
Konsystencja jest przezroczysta z lekko perłowym refleksem. Zapach całej linii jest niby taki sam ale poszczególne kosmetyki różnią się zapachowo.
Opakowanie to metalowa tubka i jak same możecie zobaczyć wgniata się pod każdym naciskiem. Na szczęście opakowanie ma płaską zatyczkę więc może stać "do góry nogami" dzięki czemu wydobycie samego produktu nie stanowi większego problemu. Poza tym konsystencja jest tak rzadka, że sama z tego opakowania się wylewa.


Co jednak w nim mi nie pasuje? Powiem szczerze, że sama nie wiem czego mam się spodziewać po tym produkcie. Ma za zadanie wygładzać i nawilżyć nasze włosy aby się nie puszyły. Po zastosowaniu szamponu i maski, tak na prawdę, użycie tego balsamu jest zbędne bo maska robi całą robotę.
Stosowałam się jednak do zaleceń producenta i postępowałam zgodnie z jego wskazówkami.
Mianowicie:


Niestety z samą aplikacją można łatwo przesadzić a kiedy na drugi dzień (po wyschnięciu)  rozczesywałam włosy swoim TT na ząbkach szczotki mogłam zobaczyć biały nalot. Wtedy wiedziałam że nałożyłam zbyt dużo produktu. Ręce na początku aplikacji odrobinę się kleiły (mokre włosy nie miały z tym problemu) ale po kilku sekundach lepkość znikała. Kiedy jednak już opanowałam aplikację efekty były na prawdę marne. Podczas szczotkowania nadal widziałam biały nalot, włosy owszem były wygładzone ale przy tym "oklapnięte" (chociaż balsamu używałam jedynie od długości łopatek po pupę) i matowe, zupełnie "bez życia". Nie zauważyłam również żadnych efektów nawilżających. 

Jestem rozczarowana tym produktem i na dzień dzisiejszy nie mam zamiaru dłużej go stosować. Może faktycznie ja coś robię nie tak albo po prostu moje włosy nie potrzebują takiego wspomagacza. Balsam na dzień dzisiejszy czeka na nowego właściciela. Może u kogoś innego lepiej się spisze.

Cena: około 12-16 funtów
Pojemność: 100 ml
Termin przydatności: 6 miesięcy

Drugi w kolejce czeka już szampon.
Perfect Smoothing Shampoo.


Szampon ma za zadanie wygładzać nam włosy i jak każdy szampon je oczyszczać.
Zacznę jednak od części technicznej:)
Szampon zamknięty jest w metalowej tubie z ogromnym otworem, przez który nie mamy możliwości kontrolowania dozowania. Przy kilku pierwszych aplikacjach wylewałam o wiele za dużo produkty, który po prostu się marnował. Potem było już tylko lepiej.
Szampon ma gęstą, kremową konsystencję. Świetnie się pieni. Wystarczy doprawdy ilość ziarna grochu aby umyć całe włosy. Po spłukaniu włosy są świetnie oczyszczone i aż "skrzypią". Zapach nieco mnie drażnił ale z czasem się przyzwyczaiłam. 
Szampon nie podrażnił ani nie uczulił mojej skóry głowy. Nie spowodował również łupieżu.
Jedyne co mogę mu zarzucić to, to okropne opakowanie ale poza tym szampon spisał się na 5. Gdyby nie jego dość wysoka cena regularna (około 10 funtów) pewnie bym do niego wróciła. Na razie zużywam swoje ogromne zapasy;)



Pojemność: 200 ml
Termin przydatności od otwarcia: 12 miesięcy
Cena: około 10 funtów

A na sam koniec zostawiłam maskę, która wymiata wszystkie pozostałe kosmetyki:)
Phytolisse Express Smoothing Mask.



Maska zamknięta jest w najlepszym pudełku z całego zestawu. Miękkie, praktyczne, plastikowe pudełeczko. Dodatkowo zabezpieczona była folią ochronną, której już zdążyłam się pozbyć. Konsystencja maski jest jednak czymś "dziwnym". Z taką konsystencja w tego typu produktach jeszcze się nie spotkałam i tak na prawdę trudno mi ją opisać (spójrzcie na zdjęcia). Mi przypomina troszkę masę perłową. Jest niezwykle gumowata i rozciągliwa. Do mokrych włosów dosłownie się "przykleja". Maskę pozostawiam wg. zaleceń producenta na 2-3 minuty i wykonuję resztę zabiegów pielęgnacyjnych. Maska jest gęsta przez co niezwykle wydajna. Wystarczy mała porcja na pokrycie całych włosów. Maskę stosuję od połowy ucha na całą długość włosa. Mimo swojej nietypowej konsystencji świetnie się spłukuje pozostawiając włosy gładkie, miękkie, lśniące i pachnące. Nie ma mowy o żadnym obciążeniu. Włosy są sprężyste i świetnie się układają.
Stosuję ją z różnymi szamponami i z każdym dobrze współgra. 




Podsumowując; z maski jestem najbardziej zadowolona. Choć termin przydatności to jedynie 6 miesięcy myślę, że bez problemu ją wykończę. Osobiście gorąco polecam.

Cena: około 17-20 f
Pojemność: 200 ml
Termin przydatności: 6 miesięcy od otwarcia

Cały zestaw oceniam na 4. Jeden stopień odejmuję za ten balsam, który okazał się bublem. Mimo wszystko jestem z zestawu zadowolona a i cena (16 funtów) była bardzo okazyjna więc tym bardziej się cieszę.
Nie wiem jednak czy do nich wrócę ponieważ moje obecne zapasy na to nie pozwalają. Gdyby jednak znów nadarzyła się tak okazyjna promocja to kto wie...;)

A czy Wy miałyście może okazję używać któregoś z powyższych produktów?
Jeśli tak napiszcie jak się u Was sprawdził/y?

Kokos

niedziela, 26 stycznia 2014

Czytaj dalej » 11

Nowości styczniowe w mojej kosmetyczce.

Witajcie Kochane!!!

Styczeń obfitował w masę nowości i wspaniałości jakie udało mi się upolować na ciągle trwających promocjach. Jest tego dość sporo więc od razu przejdę do rzeczy. 
Zaczynajmy:


Marka The Body Shop w tym roku miała (i ma nadal) niesamowite promocje. Szkoda było nie skorzystać. Podczas mojej pierwszej wyprzedarzowej wizyty zakupiłam 2 peelingi (vanilla bliss i peeling z kawałkami orzecha brazilijskiego) oraz żel pod prysznic również z orzeszkiem na te nadal chłodne miesiące. Żel ma bardzo "ciepły i otulający" zapach więc na zimę jest jak znalazł.


"Zarzekała się żaba błota" stare dobre powiedzenie, które w tym przypadku sprawdza się u mnie jak ulał. Dlaczego? Wiele razy podkreślałam fakt iż nienawidzę peelingów które pozostawiają na skórze tłustą warstwę a tutaj proszę... Postanowiłam jednak jakoś się przekonać i zakupiłam słynny już scrub z Soap&Glory. Na razie czeka na swoją kolej. Może dzięki nie mu zmieni się moje zdanie na temat tego typu produktów.


Krem do twarzy z Elizabeth Arden do skóry tłustej. Już używam i jedyne co mogę o nim powiedzieć to faktycznie dobrze matuje, nie klei się i strasznie śmierdzi alkoholem. Więcej o nim na pewno napiszę jak troszkę dłużej go poużywam.
Druga nowość to żel oczyszczający do mycia buzi z NIP + FAB, który zakupiłam w TKMaxx za całe 3 funty. Podobnie jak w przypadku kremu nie mam zbyt wiele do powiedzenia na jego temat. Jedyne co mogę powiedzieć na dzień dzisiejszy to to, że ma dziwny zapach, jest mało wydajny i bardzo ładnie oczyszcza buzię.


Do kompletu;) Nie mogłam sobie odmówić kolejnego masełka z Revlon tym razem w odcieniu Provocative. Więcej o nim i o zielonym bracie już wkrótce.
Druga pomadka to wymarzona Maybelline Color Whisper w odcieniu 220 Lust for Blush. W końcu ją mam i ogromnie się cieszę a wszystko to za sprawą mojej siostry, której jeszcze raz serdecznie dziękuję. Teraz kiedy już wiem jaka ta pomadka jest wspaniała mam ochotę na więcej. Przy najbliższej okazji na pewno zakupię inne jej odcienie.



Zestaw z Philosophy, który udało mi się wygrać na eBay za niewielkie pieniążki. Opakowanie jak zwykle cudne. W zestawie mamy żel pod prysznic (który możemy również stosować jako płyn do kąpieli lub szampon), balsam (tych kosmetyków mam w nadmiarze więc podejrzewam, że ten będę musiała komuś oddać bo nie jestem w stanie zużyć "na raz" tylu kosmetyków pielęgnacyjnych) oraz błyszczyk, zupełnie nie moja bajka. Kolor całkiem ok ale zapach i forma aplikacji u mnie w ogóle nie zdają egzaminu więc ten "pan" zapewne znajdzie miejsce u innej osoby.


Nowe tary z Yankee Candle z wiosennej kolekcji Q1. Jako pierwszy do kominka poszedł Pink Hibiscus, który okazał się średnio intensywnym zapachem, za to mocno słodkim. Reszta czaka na swoją kolej:)


Kolejna wizyta w TBS i kolejne zakupy. Na swoje usprawiedliwienia mam gigantyczne wyprzedaże plus moje osobiste 60% zniżki na już i tak przecenione produkty. 
Na zdjęciu:
- żel pod prysznic w mega wielkim opakowaniu 750 ml o moim ukochanym zapachu różowego grejpfruta
- peeling do ciała z żurawiną i miodem (pięknie pachnie, jednak jego działanie pozostawia dużo do życzenia)
- balsam Chocomania, który dostałam za darmo:)
- kolejne opakowanie peelingu z orzechem brazylijskim 
- żel o tym samym zapachu
- i dwa masła, różowy grejpfrut i vanilla bliss


Zatęskniłam za "starymi" dobrymi żelami z Dove więc wróciłam do moich ulubionych zapachów. Choć ten bordowy jest do skóry dojrzałej na mojej spisuje się rewelacyjnie i przyznaję się bez bicia, że po nim nie muszę już używać żadnego balsamu. Mój faworyt.
Skusiłam się również na żel w formie wyciskanej pianki z zapachu limonki i grejpfruta i bardzo żałuję. Zapach jest tak chemiczny że coś okropnego. Szkoda jest mi go jednak wyrzucać więc zużyję go po prostu do mycia rąk.


Zachwalana przez wszystkich dwufazowa odżywka z Schwarzkopf, musiała być moja. Na sklepowych pólkach znalazłam jedynie tą wersję ale i tak spisuje się u mnie bardzo dobrze.
Do "kompletu" wzięłam również odżywkę z jogurtem i kokosem. Ta jednak musi poczekać na swoją kolej.


W ramach tęsknoty wróciłam również do żelu z La Roche Posay Effaclar. Przepłaciłam jednak za niego i to sporo ale cóż. Człowiek uczy się na błędach. 
Szmatka do buzi z Emma Hardie, która z jednej strony jest muślinowa a z drugiej ma microfibrę. Jeszcze jej nie używałam bo nadal poszukuję kremu do oczyszczania buzi z makijażu Liz Earle. Niestety stacjonarnie go chyba nie dostanę więc pozostaje mi jedynie forma zamówienia internetowego.


Największe okazje w styczniu.
Shiseido Sun Protection Liquid Foundation 2x oraz Benefit Hello Flawless. 
Na ich temat niestety się na razie nie wypowiem ponieważ jeszcze ich nie testowałam. 


Dwa suche szampony z Batiste. Tych zapachów jeszcze nie miałam więc okazja do przetestowania jest:) Kupione na promocji kup jedne a drugi dostaniesz za pół ceny.


Po intensywnych poszukiwaniach w końcu udało mi się zakupić nowość od Garniera. Już nie mogę doczekać się pierwszych testów.
Skusiłam się również na kolejną odżywkę z L'oreal (nowość). Niestety ona również musi poczekać w kolejce ale jeżeli chodzi o odżywki ich zużywanie idzie mi w dobrym tempie więc i na nią kolej przyjdzie już niebawem;)


Żeli antybakteryjnych do rąk nigdy za wiele. 
Gigantyczna 500 ml butla żelu Clean On Me również się przyda;) tym bardziej że żele pod prysznic w naszym domu zużywają się w tempie błyskawicznym.
No i znana już wszystkim maskara z Max Factor 2000 Calorie. Mój ulubieniec od wielu wielu lat.


Moje nowe odkrycie dzięki Kasi z kanału Ciasteczko 25. Są CUDOWNE ale o nich będzie oddzielny post;)


I już na koniec- obiecuję:)
Skarpetki peelingujące z Tony Moly. Wiem wiem. Narzekałam na nie że efekt dziecięcych stópek nie utrzymuje się długo, więc dlaczego kupiłam je ponownie? Przyznam się szczerze. potrzebowałam "czegoś" na "już" więc nie szukałam nic lepszego, kliknęłam i mam. Jutro szykuje się małe SPA dla stóp.
I na sam koniec serum antyoxydacyjne pod oczy z firmy Sukin. O samej firmie wiem niewiele, jedynie, że jest naturalna i dobra. Przetestuję, ocenię i na pewno dam znać;)

Uff...To już koniec. Nazbierało się tego co nie miara. W najbliższym czasie pojawi się jednak projekt denko więc równowaga zachowana będzie:)

Jestem ciekawa jakie jest Wasze zdanie na temat powyższych produktów. Jeżeli już jakieś testowałyście podzielcie się proszę Waszymi odczuciami w komentarzach.

Ja tymczasem uciekam nadrabiać zaległości w blogowym świecie.

Kokos

sobota, 25 stycznia 2014

Czytaj dalej » 27

Philosophy - Snow Angel. Balsam i żel pod prysznic w uroczym opakowaniu.

Witajcie Kochani!!!

Z firmą Philosophy nie miałam wcześniej nic do czynienia. Ba...tak na prawdę nie wiedziałam, że owa firma istnieje. Pierwszy raz o firmie usłyszałam oglądając filmy na YouTube amerykańskiej "guru" Missglamorazzi, która to zachwalała ich żele pod prysznic i nie tylko. Do kosmetyków tej firmy bezpośredniego dostępu nie mam więc nie zadręczałam sobie głowy aby je zdobyć aż tu nagle "same wpadły w moje ręce" więc...czemu by nie spróbować.


Dziś zaprezentuję Wam zestaw dwóch produktów. Balsamu do ciała i żelu pod prysznic, który tak nawiasem mówiąc może nam służyć również jako szampon do włosów i płyn do kąpieli. 
Osobiście używam go jedynie jako żelu. 


Cały zestaw to chyba wersja świąteczna. W opakowaniu ze słodką dziewczynką znajdziemy dwa produkty. Samo pudełko śmiało może posłużyć nam jako choćby nawet pudełko na biżuterię lub inne drobiazgi. Jeżeli natomiast chodzi o opakowania produktów to wołają one o pomstę do nieba. O zgrozo.
Wyciśnięcie z opakowania balsamu graniczy z cudem. Nawet mój chłopak miał z tym problem. Długo się z nim męczyłam aż w końcu wyrzuciłam czarną zatyczkę i "zamontowałam" pompkę z balsamu z TBS, która idealnie pasuje i spełnia swoją rolę. Aplikacja jest dużo łatwiejsza i przyjemniejsza.
Twarde opakowanie jest również w żelu. Ale żel jak to żel. Inna konsystencja bardziej leista, myślałam że w tym przypadku będzie lepiej. Nic jednak bardziej mylnego. Wyciśnięcie żelu pod prysznicem kiedy wszystko jest mokre jest równie zadaniem nieosiągalnym. Tutaj pompki już nie znalazłam. Jedyne co mi pozostaje to odkręcenie czarnego dzióbka i nalewanie na gąbkę z dużego otworu a co za tym idzie, czasami wylewa nam się zbyt dużo produktu i go po prostu marnujemy.
To tyle w kwestii niedogodności. 
Teraz przejdziemy do przyjemniejszej części posta.


Konsystencja obu produktów jest świetna.
Żel jak widać jest dość gęsty i wystarczy dosłownie odrobina aby zrobiła się mega gęsta i duża piana. Dodatkowo kolor i mieniące się drobinki... Sama przyjemność.
Balsam natomiast jest typowym balsamem o lekko żółtawym zabarwieniu.
Zapach obu produktów jest cudowny i niestety bardzo trudny do określenia. Nut zapachowych nie znalazłam.




Na pierwszy ogień pójdzie żel:)
Co o nim mogę powiedzieć.
Kwestię koszmarnego opakowania zostawię już w spokoju. To jedyny minus jaki widzę w tym produkcie. Poza tym same plusy.
Tak jak wspomniałam wcześniej żel ma gęstą konsystencję. Świetnie się pieni i nie wysusza skóry. Po umyciu skóra jest gładka i pokuszę się o stwierdzenie lekko nawilżona. Żel jednak nie pozostawia na skórze żadnej powłoczki a mieniące się drobinki również się spłukują. Choć zamiast słowa drobinki powinnam chyba napisać bardzo dobrze zmielony pyłek, który cieszy oko. Taka dodatkowa przyjemność podczas wieczornej pielęgnacji ciała:)
Żel mnie nie uczulił a to ważne. Mimo że otwór przez który go dozuję jest duży i na początku wylewało mi się o wiele za dużo produktu, to samą wydajność określam na wielką 5. Innych żeli w tym czasie zużyłabym pewnie ze 2 opakowania;)
Dodatkowo zapach...ach coś wspaniałego. Jedynie trudno mi go opisać. Niby świeży z nutką jakiś "drogich perfum". Będę tęskniła za tym produktem ponieważ już pomału mi się kończy a tej wersji zapachowej nie widziała w stałej ofercie firmy.


Balsam.
W tym przypadku kwestię opakowania również pominę ponieważ z tym problemem już sobie poradziłam:)
Balsam ma taką samą nutę zapachową jak żel. Niewielka jego ilość wystarczy na aplikację. Podczas rozsmarowywania nie smuży po skórze i dość szybko się wchłania co uważam za wielką zaletę. Nie nawidzę jak balsam długo się wchłania i pozostawia na skórze tłustą warstwę. Ten tłustej warstwy nie pozostawia jednak kiedy dotkniemy skóry czuć że jest ona czymś posmarowana. Nie jest to nic tłustego ani nie przyjemnego. Jednak obecność balsamu jest wyczuwalna;)
Jeżeli chodzi o nawilżenie to oceniam na 4. Ładnie sobie radzi z suchością jednak do mojego ukochanego masełka z Mythos jednak mu daleko. Mimo wszystko nie narzekam. Myślę że na letnie miesiące będzie idealnym rozwiązaniem. 
Wspomnę jeszcze o jednej ważnej (dla mnie rzeczy). Otóż balsam nie ma tendencji do zapychania. Na ramionach często "lubi mi się" "coś" pojawić. Codzienny peeling ramion to już rzecz obowiązkowa a balsam delikatnie chroni i nawilża dzięki czemu skóra na ramionach nie jest sucha jak wiór. 

Dodatkowe informacje o produktach:
Cena: W cenie regularnej żel o poj. 250 ml to koszt około 8-10 f w zależności gdzie go kupimy. Polecam szukać na eBay bo często można wygrać zestawy czy pojedyncze kosmetyki w bardzo okazyjnych cenach. Cena balsamu również waha się w tym przedziale cenowym.
Pojemność: 250 ml sztuka
Termin przydatności: 24 miesiące od otwarcia
Dostępność: duże domy handlowe, eBay


Podsumowując:
Oba produkty niezmiernie przypadły mi do gustu i chętnie sięgnę po inne produkty z tej firmy. Apeluję jednak do firmy aby zmieniła opakowania na bardziej przystępne lub aby buteleczki były nieco bardziej miękkie dzięki czemu aplikacja nie będzie taka uciążliwa.

Miałyście może jakieś kosmetyki z tej firmy? Co możecie polecić?

Ściskam
Kokos

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Czytaj dalej » 14

Avene Hydrance Optimale UV Riche - recenzja.

Witajcie Kochane!!!

Ostatnio pisałam Wam o kremie, który stosowałam na noc w celu intensywnego nawilżenia. Dziś chciałabym Wam przedstawić krem, który obecnie używam na dzień, a raczej używałam, bo właśnie dziś wycisnęłam z niego ostatnią kropelkę więc najwyższy czas skrobnąć o nim parę słów.


Krem zamknięty jest w miękkiej tubeczce o pojemności 40 ml. Tubka jest bezproblemowa i z łatwością aplikuje krem nawet tuż przy samej jego końcówce. Aplikator to bardzo mały otwór, dzięki któremu aplikujemy krem w odpowiedniej ilości bez obawy, że wyciśniemy go za dużo. Kremik posiada również papierowy kartonik, na którym są umieszczone wszelkie niezbędne informacje dotyczące produktu. 

Skład:


Konsystencja jak na krem bogaty jest bardzo lekka i łatwo się rozprowadza po buzi. Kolor biały. Zapach delikatny, lekko wyczuwalny, nie drażniący.


Kremu Avene używałam na dzień ze względu na fakt iż posiada filtr przeciwsłoneczny SPF 20. Oczywiście nie jest to wielka ochrona ale zawsze, i dobrze, że producent wziął ten fakt pod uwagę gdyż ochrona przeciwsłoneczna stała się dla mnie bardzo ważna.
Krem idealnie rozprowadzał się po twarzy choć na początku aplikacji nieco bielił buźkę ale to zapewne za sprawą filtru. Po dłuższym "masażu"/ wklepaniu biel znikała. Krem  pozostawia na buzi delikatny "film" jednak nie jest on tłusty ani nie przyjemny. Ciężko mi to określić. Szybkość wchłaniania oceniam na 4. Trzeba nieco odczekać aby dobrze się wchłonął. Po wchłonięciu nie ma efektu matu ale buzia też nie świeci się jak żarówka. Efekt na po granicy delikatnego satynowego wykończenia.
Stosowałam go pod makijaż i w tym celu sprawdzał się świetnie. Makijaż dobrze się na nim utrzymywał, nie rolował. 
Co mogę powiedzieć o właściwościach nawilżających? Powiem szczerze, że na początku stosowania miałam małe obawy odnośnie wersji Riche jaką posiadam ponieważ moja tłusta cera lubi lekkie kremy. Jednak jakie było moje zaskoczenie kiedy po kuracji Avene Triacneal-em (kiedy moja buzia była maksymalnie wysuszona i błagała o porządną dawkę nawilżenia) buzia go pokochała. Pięknie ukoił zaczerwienienia, nawilżył przesuszone placki na buzi i nadał buzi świeżego blasku. Nie podrażnił (już i tak podrażnionej buzi/i w późniejszym czasie dbał o optymalne nawilżenie buzi), nie zapchał, nie uczulił. Czego chcieć więcej?
Krem okazał się być bardzo wydajny i starczył mi na ponad 4 miesiące codziennego stosowania.
Jak widać wersja riche nie taka straszna jakby się mogło wydawać:)


Dodatkowe dane o produkcie:
Pojemność: 40 ml
Cena: około 50 zł
Dostępność: apteki stacjonarne i internetowe ale na allegro można je dostać chyba najtaniej
Termin przydatności od otwarcia: 12 miesięcy


Podsumowując:
Gorąco polecam krem osobom borykającym się z problemem przesuszenia skóry, ze skórą suchą jak i tłustą.Dzięki niemu buzia stała się bardzo dobrze nawilżona, napięta i odżywiona. Bardzo go sobie chwalę i z pewnością jeszcze do niego wrócę. Polecam jedynie szukać go na allegro gdyż ceny stacjonarne (i ceny angielskie kosmetyków avene, la roche posay, vichy) są niestety bardzo wysokie. 

Miałyście okazję go używać?
Jakie są Wasze ulubione kremy nawilżające i jakie możecie polecić?

Kokos

niedziela, 12 stycznia 2014

Czytaj dalej » 15

Sylveco: Lekki krem brzozowy i łagodzący krem pod oczy.

Witajcie Kochani!!!

Podczas mojego ostatniego pobytu w Polsce zrobiłam małe zamówienie z firmy Sylveco. Wśród mojego trio znalazły się: rumiankowy żel do mycia twarzy KLIK, łagodzący krem pod oczy oraz lekki krem brzozowy.
Krem pod oczy znalazł się w ulubieńcach roku więc już wiecie jakiej recenzji możecie się spodziewać. Natomiast wczoraj wycisnęłam ostatnią kropelkę kremu brzozowego więc to najlepszy czas na wypowiedzenie się na jego temat.


Zacznę może od ulubieńca.
Łagodzący krem pod oczy.



Jedną z wielu rzeczy jakie lubię w tej firmie to forma opakowania czyli air less którą uwielbiam. Higieniczna aplikacja jest wskazana:) Krem ma pojemność 30 ml więc jak na kosmetyk tego typu to moim zdaniem dużo. Oczywiście nie przeszkadza mi to wręcz przeciwnie.
Konsystencja lekka, kremowa. Moim zdaniem kosmetyk jest bezzapachowy choć słyszałam opinię, że niektórzy wyczuwają w nim jakieś nutki zapachowe. 


Sposób użycia oraz skład:


Moje oczy (i skóra wokół nich) są niesamowicie wrażliwe i ulegają podrażnieniom tak często jak to tylko możliwe. Kredka na dolnej powiece, czy linii rzęs nie wchodzi w grę pod żadnym pozorem. Szukałam więc kremu, który będzie dobrze tą skórę nawilżał a dodatkowo jej nie podrażni oraz pomoże w razie gdyby znów pojawiło się jakieś podrażnienie.
Krem stosuję według zaleceń producenta. Używam go dwa razy dziennie od ponad 3 miesięcy i nie jestem pewna czy doszłam nawet do połowy opakowania więc wydajność w tym przypadku jest ogromna. Krem tak jak wspomniałam nie ma zapachu. Ma lekką konsystencję i na początku użytkowania myślałam że nie poradzi sobie z przesuszoną skórą wokół oczu. Nic jednak bardziej mylnego. Poradził sobie i to świetnie. Co więcej. Kiedy znów moja skóra "coś" szwankowała złagodził zaczerwienienia i uspokoił skórę. 
Po nałożeniu szybko się wchłania nie pozostawiając tłustej powłoczki. 
Producent zapewnia że skóra będzie miała większą sprężystość a cienie i obrzęki będą zmniejszone. Skóra faktycznie jest wyraźnie bardziej elastyczna, jednak z cieniami pod oczami sobie nie poradził. Przynajmniej do tej pory nie zauważyłam aby cienie stały się mniej widoczne. 
Nadaje się pod makijaż. Korektor na nim się dobrze trzyma i nie roluje.
Podsumowując. Dzięki tym wszystkim plusom krem znalazł się w ulubieńcach roku. Będę musiała sobie zrobić jego zapas. Mam naturę "testerki" ale w kwestii oczu najnormalniej w świecie boję się testować nowe produkty (tym bardziej że znalazłam już swój ideał, który na prawdę mi pomaga), z którymi tak na prawdę nigdy nic nie wiadomo a moje oczy i skóra wokół nich jak już "coś złapią" bardzo ciężko się tego pozbywa. 


Cena kremu to około 20-28 zł w zależności od miejsca.
Dostępność: ja swój zamówiłam na stronie firmy http://sylveco.pl/, widziałam je również na stoiskach w centrum handlowym z naturalnymi kosmetykami.
Pojemność: 30 ml
Termin przydatności od otwarcia: to tylko 6 miesięcy

A teraz kolej na krem do twarzy.




Zanim jednak wypowiem się na jego temat chcę tylko nadmienić, że moja skóra jest tłusta w strefie T i mieszana na policzkach. Większych nieprzyjaciół nie mam (na szczęście). Dodatkowo w okolicach ust i brody mam przebarwienia chorobowe (nie jest to nic wielkiego ale jednak). 
Wskazania do jakiej cery przeznaczony jest krem (niestety troszkę ucięło więc dopiszę całość):
do pielęgnacji skóry odwodnionej,przesuszonej, zmęczonej, narażonej na działanie czynników szkodliwych (słońce, dym tytoniowy).
Czyli tak na marginesie nie dla mnie ale mimo wszystko zużyłam go do końca i żadnej krzywdy mi nie wyrządził czyli dla cer podobnych do moich również jest ok.


W kwestii opakowania mam takie samo zdanie co w przypadku kremu pod oczu. Nic nie mam do zarzucenia. Opakowanie na ogromny plus:)

Krem na początku użytkowania używałam 2 razy dziennie. Pod makijażem sprawdzał się na 5 i ładnie przygotowywał cerę na przyjęcie "tony" make up-u. Jednak solo na buzi pozostawiał delikatna powłoczkę, nie tłustą ale mimo wszystko powłoczkę, którą jak wiecie nie znoszę. Wchłaniał się średnio szybko co w sumie mi nie przeszkadzało ale dla osób cierpiących na brak czasu może to być troszkę kłopotliwe. Konsystencja była jednak kremowa i łatwo rozcierała się na buzi.
Dlatego też po około miesiącu używania stosowałam go już tylko na noc, troszkę grubszą warstwą w celu lepszego nawilżenia. 
Nawilżenie również oceniam na 5. Skóra rano była wypoczęta i czuć było że jest dobrze nawilżona (jednak mimo wszystko warstewka na twarzy po przebudzeniu również była).
Wszelkie drobne zmianki, ranki po nieprzyjaciołach ładnie goił. Nie uczulał i nie podrażniał nawet skóry wokół oczu, bo i tam zdarzyło mi się go użyć. Nie zapychał za to wielki plus.
Zapach nieco dziwny tzn. typowy dla kosmetyków naturalnych ale z czasem przyzwyczaiłam się do niego i nie przeszkadzał mi on wówczas. 
Podobnie jak krem pod oczu był również bardzo wydajny.



Cena to około 22-28 złotych w zależności od miejsca gdzie go kupujemy.
Pojemność: 50 ml
Termin przydatności od otwarcia: 6 miesięcy
Dostępność: patrzy powyżej:)

Krem spisał się dobrze ale nie zachwycił mnie tak bardzo jak kremik pod oczy więc na dzień dzisiejszy nie planuję powrotu do niego.
Z firmy Sylveco kusi mnie jeszcze i to bardzo kuracja do stóp na którą będę polowała.

Miałyście może okazję używać te produkty? Jeśli tak napiszcie jak sprawdziły się u Was?

Życzę Wam spokojnej nocki 
Ściskam
Kokos

niedziela, 5 stycznia 2014

Czytaj dalej » 27