Dior Addict Lip Maximizer

Witajcie Kochani!!!

Czy jestem pomadko/błyszczykomaniaczką posiadając obecnie w swoich zbiorach 3 błyszczyki i 9 pomadek???!!! Dobre pytanie bo dla każdej z nas maniactwo to kwestia bardzo indywidualna. Jeżeli chodzi o dobór produktów do ust jestem bardzo wymagająca. Wiele rzeczy najczęściej mi nie odpowiada a znalezienie odcienia w którym będę czuła się dobrze praktycznie graniczy z cudem. Krzykliwe kolory, które obecnie zalewają kosmetyczne rynki zupełnie nie są dla mnie.

Dior Addict Lip Maximizer to produkt stworzony dla mnie. 


Opakowanie jak przystało na Diora- klasyk. Błyszczące, eleganckie i zarazem proste czyli to co lubię najbardziej. 



Kolor delikatnego różu bez tandetnych drobinek. Pięknie mieni się w słońcu. Odcień 001 PINK.





Aplikator w formie gąbeczki. Nawet bez lusterka jesteśmy w stanie zaaplikować go na usta bez większych wpadek;)


Opis producenta:

Błyszczyk z aktywnym kolagenem daje natychmiastowy efekt wypełniający (globulki wiążące wodę i globulki hialuronowe zagęszczają substancję międzykomórkową i zwiększają objętość, a żywica poprawia ukrwienie ust). Daje również długotrwały efekt wypełniający (cząsteczka lipoaminokwasu stymuluje syntezę kolagenu i chroni elastynę) i doznanie świeżości bez nieprzyjemnego pieczenia (baza mentolu z dodatkiem mięty i wanilii).-(źródło wizaz.pl)

Jeżeli chodzi o działanie to Lip Maximizer spełnia wszystkie moje wymagania. Jednak na wstępie dodam że o ustach Angeliny Jolie możemy zapomnieć. On na pewno nam ich nie zrobi;) Błyszczyk ma za zadanie wypełniać i powiększyć nam usta. O takim efekcie nawet nie myślałam bo jestem zdania że kosmetyki tego typu nie są w stanie po prostu "napompować" nam ust.
Po nałożeniu czujemy delikatne mrowienie/chłodzenie które nie każdemu może odpowiadać ale wszystko jest kwestią przyzwyczajenia. Uwielbiam używać go do delikatnych makijaży jak i na specjalne wyjścia, kiedy nie wiem co mam nałożyć na usta, kiedy wychodzę jedynie "do sklepu" lub kiedy mam bardzo przesuszone usta. Dlaczego? Nie wiem jak on to robi ale kiedy moje usta aż wołają o jakąkolwiek dawkę nawilżenia on nałożony od razu je uspokaja.

Nie klei się, nie waży, nie zbiera w załamaniach. Schodzi równomiernie nie pozostawiając nalotu. Trwałość określiłabym na 3. Nie przetrwa jedzenia czy picia ale też nie jest to produkt długotrwały więc nie można mu zarzucić braku trwałości.

Nałożony solo jak i na np. jasne pomadki tworzy za każdym razem inny i bardzo oryginalny odcień.

Co można mu zarzucić. Jak w przypadku marek luksusowych oczywiście cenę która waha się 130-170 zł w zależności gdzie go kupimy. Dla jednych 6 ml produktu za taką cenę może być ceną zawrotną i zgadzam się i z taką opinią. Ja za swój egzemplarz zapłaciłam całe 5Ł gdyż miałam uzbierane dość punktów na swojej karcie lojalnościowej aby móc je wymienić na dowolny produkt. I w taki oto sposób stałam się szczęśliwą posiadaczką mojego małego hitu i odkrycia 2015/2016 roku. Bardzo mocno zastanawiam się również czy nie nałożyć go w dzień swojego ślubu (który już niebawem:D).


Podsumowując. Mój numer 1 jeżeli chodzi o błyszczyki (pomadkowego hitu nadal szukam). Jestem już w połowie opakowania i jestem pewna że jak tylko mi się skończy kolejne opakowanie na pewno zagości w mojej kosmetyczce. Gorąco polecam!!!

A jakie są Wasze ulubione błyszczyki? Jakie kolory najczęściej wybieracie?

Ściskam

Justyna

piątek, 17 lutego 2017

Czytaj dalej » 9

Desert Essence Coconut Shampoo

Witajcie Kochani!!!

Przychodzę dziś z postem dla miłośniczek kokosowych zapachów oraz włosomaniaczek. Jak wiecie lub nie od kilku lat oglądam filmiki na Youtube Agi z Nowego Jorku. W jednym z filmów polecała szampon oraz odżywkę marki Desert Essence kokosową - nawilżającą do włosów suchych. Ja włosów suchych zdecydowanie nie mam (jedynie końce są suche ale je staram się ratować olejkami) ale jako miłośnicza kokosu musiałam wypróbować ten duet.



Odżywkę miałam w wersji podróżnej. Niestety nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak zrobił to szampon dlatego też dzisiejszy post poświęcony będzie tylko szamponowi.


Tradycyjnie zacznę od opakowania. Szampon zamknięty jest w miękkiej tubce z zamykaniem na zatrzask. Każdy kosmetyk marki Desert Essence dodatkowo zabezpieczony jest srebrną folijką dzięki czemu mamy pewność że nikt przed nami go nie otwierał. A ważny to szczegół gdyż szampon ma na prawdę bardzo dobry skład i jest ważny od otwarcia 6 miesięcy.



Pierwszy raz spotykam się z taką konsystencją szamponu. Jak zobaczycie poniżej na zdjęciu szamponem ciężko to nawet nazwać. Jestem przyzwyczajona do lejących konsystencji szamponu a tutaj mamy prawie pastę. Kolor perłowy. I tutaj wspomnę jeszcze o zatyczce. Otworek w zatyczce jest tak maleńki że gdy chcemy wydobyć szampon pod prysznicem musimy niestety troszkę się namęczyć. Do tego woda nam tego nie ułatwia. Ale i to udało mi się obejść:) Po prostu odkręcam zatyczkę. Otwór wtedy jest większy a i szampon łatwiej wychodzi. Na zdjęciu widzicie ilość jaką potrzebuję na jednorazowe umycie swoich sięgających pasa włosów!!! TAK!!! To nie żart. Sama byłam w szoku że taka ilość będzie w stanie umyć moje długie włosy. Podczas kilku pierwszych myć oczywiście nadużywałam produktu ale teraz wiem że takie ziarenko groszku wystarczy.




Zapach kokosowy ale ja bym bardziej skłaniała się do stwierdzenia że to zapach wody kokosowej niż np. olejku kokosowego. Nie mniej jednak zapach jest przyjemny i zwolenniczki kokosowych zapachów będą zadowolone. Niestety nie utrzymuje się zbyt długo na włosach.

Do samego działania nie mam żadnych zastrzeżeń. Dla mnie szampon ma włosy przede wszystkim myć i je oczyszczać z wszelkich zanieczyszczeń. Ten to robi i dodatkowo pięknie pachnie. Jak na taki dobry skład super się pieni. Po zmyciu mamy uczucie czystych ale nie "skrzypiących" włosów i uczucie nawilżenia. Przy moim tłustym skalpie obawiałam się szybszego przetłuszczania, łupieżu a nawet podrażnienia jednak bezpodstawnie. Szampon zaskoczył mnie pod każdym względem. 

Zużyć dla mnie 400 ml szampon w miesiąc to żaden problem (przy codziennym myciu) ale w tym przypadku zastanawiam się czy uda mi się go zużyć w przeciągu 6 miesięcy;) Tak wydajnego szamponu jeszcze nie miałam okazji używać.


Dane dodatkowe:
Nazwa: Desert Essence Coconut Shampoo Nourishing for Dry Hair
Pojemność: 237 ml
Cena: w zależności gdzie go kupimy waha się pomiędzy 4Ł- 10Ł
Dostępność: najtaniej dostaniemy do na stronie iHerb, (tam i ja go zamawiałam, niestety zostało doliczone mi cło więc cena za szampon i inne rzeczy automatycznie wzrosła), eBay, http://www.natureshealthbox.co.uk/

Marka Desert Essence nie testuje na zwierzętach za to wielki plus. 

Tak jak wspomniałam wcześniej odżywka nie zaskoczyła mnie aż tak jak zrobił to szampon. Jestem pod wielkim wrażeniem kosmetyków tej marki i mam ochotę wypróbować więcej z ich asortymentu. W kolejce czeka cytrynowy szampon i odżywka winogronowa. 

Kokosowy szampon mogę Wam z całego serca polecić. Nie tylko fankom kokosowych zapachów:D

Ściskam

Justyna

środa, 15 lutego 2017

Czytaj dalej » 9

The Body Shop Spa of the World African Ximenia Scrub

Witajcie Kochani!!!

Opakowanie mojego jednego z ulubionych peelingów dobiega końca więc jest to najwyższy czas aby co nieco o nim napisać, bo jest o czym.
Mowa dziś będzie o łagodzącym peelingu do ciała marki The Body Shop z serii Spa of the World African Ximenia Scrub.


Serdecznie zapraszam do lektury.

Od producenta:

W Afryce drzewo Ximenia jest znane jako Drzewo Życia, tak silne są właściwości zmiękczające skórę jego olejów. Ten wygładzający peeling do ciała delikatnie złuszcza naskórek, pozostawiając skórę miękką i lśniącą. (opis ze strony producenta)

Duże, solidne opakowanie wykonane z mocnego plastiku. Pojemność 350 ml zdawała mi się nigdy nie kończyć a to zapewne za sprawą konsystencji, która jest niezwykle zbita, gęsta wręcz określiłabym ją mianem pasty ścierającej. Drobinki nie są super ostre ale jest ich dużo.




Zapach to ten z rodzaju, którego bardzo ciężko opisać. Jak do tej pory nie spotkałam się z podobną nutą zapachową w jakimkolwiek innym kosmetyku. Cała linia kosmetyków Spa of the World ma bardzo ciekawe i charakterystyczne zapachy, które jest na prawdę ciężko opisać. Mi ten zapach kojarzy się z ziemią ale w tym pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zapach ziemi rozgrzanej afrykańskim słońcem, zapach piasku, zapach morza. Dla mnie przyjemny i relaksujący.


Działanie. Spodziewałam się porządnego zdzierania a otrzymałam delikatny peeling aczkolwiek bardzo pobudzający i efektywny. Tak jak wspomniałam drobinki są małe i nie zbyt ostre ale mimo wszystko robią dobrą robotę i po zabiegu skóra jest gładka i miękka w dotyku. Zapach nie utrzymuje się niestety zbyt długo na skórze. Na szczęście po peelingu i spłukaniu go z ciała nie pozostaje żadna tłusta warstwa a mimo to czuć że skóra jest nawilżona i osoby z skórą normalną podejrzewam że nie musiały by użyć dodatkowego balsamu.
Peelingu używałam na dwa sposoby.

Pierwszy: na suchą skórę okrężnymi ruchami rozprowadzałam pastę. Wydawać by się mogło że aplikacja na sucho spowoduje że efekt ścierający będzie lepszy. W moim przypadku tak nie było. Miałam takie samo odczucie jak podczas aplikacji na wilgotne ciało. A ile trzeba było się przy tym nagimnastykować aby peeling rozprowadzić na tej suchej skórze. Dlatego też osobiście polecam używać go na wilgotne ciało.

Drugi sposób: czyli tak jak wspomniałam wcześniej. Dzięki wilgoci na skórze peeling bardzo dobrze "ślizga" się po skórze i łatwo daje się rozprowadzić. Drobinki nie dość że delikatnie ścierają to przy okazji masują nam skórę pobudzając tym samym krążenie. Spłukuje się bardzo dobrze.

Skład:


Cena za 350 ml produktu to około 90-95 zł. Ważny 12 miesięcy od otwarcia. Dostępność salony The Body Shop.

Podsumowując. Jestem bardzo zadowolona z działania, zapachu jak i całości African Ximenia Scub i zdecydowanie jeszcze nie raz do niego powrócę. Wam mogę go z czystym sumieniem polecić.

Ściskam 
Justyna

niedziela, 5 lutego 2017

Czytaj dalej » 37

Denko stycznia

Witajcie Kochani!!!

Projekt denko to jeden z moich ulubionych postów jakie lubię pisać, bo tak na prawdę po zużyciu całego opakowania jesteśmy w stanie wydać rzetelną opinię na temat danego kosmetyku.
Zaczynajmy więc:


W tym miesiącu zaczynam od kolorówki:

Jajeczko EOS to jedno z moich ulubionych mazideł do ust. O nich więcej możecie poczytać tutaj KLIK. Zdania nie zmieniłam. W zapasie mam jeszcze kilka ale jak tylko będę miała okazję na pewno zaopatrzę się w dodatkowe egzemplarze.

Make Up For Ever Step 1 baza matująca pod makijaż. Na szczęście nie była to baza silikonowa. Miała bardzo przyjemny zapach i miałam wrażenie że delikatnie chłodziła moją skórę. Niestety w kwestii matowienia nie spełniła moich oczekiwań i do pełnowymiarowego opakowania nie powrócę. Mimo wszystko myślę że fajnie było przetestować mniejsze opakowanie 15 ml, dzięki czemu nie musiałam wydawać od razu pełnej ceny za opakowanie pełnowymiarowe.

Kredka do brwi Essence. Była bardzo fajna i już zaopatrzyłam się w kolejny egzemplarz. Kredki z Catrice nie pobiła (i jak tylko będę w PL to na pewno zrobię sobie zapas Catrice) ale tu na miejscu i ona jest ok. Jak na moje małe potrzebny 5.

Olejek Comfort Oil Clarins o zapachu/smaku malinowym to prezent od mamy. Wygrzebany do ostatniej kropelki. Bardzo dobry produkt, który ładnie nawilżał i podkreślał usta. Nie sklejał ich i nie przesuszał, no i ten smak. Zdecydowanie jeszcze nie raz zagości w mojej kosmetyczce.

Miniatura żelu do brwi marki Benefit była dodatkiem do jakiejś gazety. Wzięłam z czystej ciekawości aby sprawdzić o co tyle szumu. Żel był bezbarwny i faktycznie świetnie ujarzmiał włoski ale gdy nałożyłyśmy go za dużo był mocno widoczny i bardzo je sklejał. Dla osób które mają bardzo niesforne brwi na pewno będzie świetny. Ja do pełnowymiarowego opakowania nie wrócę.

Baza z Urban Decay Eyeshadow Primer Potion to KWC w mojej kosmetyczce. Na moich tłustych powiekach to must have. Teraz mam w wersji Eden i przyznam że z tej oryginalnej byłam bardziej zadowolona ale to nie zmienia faktu że obie są na medal.


Garnier Ultimate Blends maska do włosów puszących się z masłem kakaowym i kokosowym. To był KOSZMAR!!! Maska tak niesamowicie obciążała włosy, że nawet nałożona w niewielkiej ilości powodowała że te włosy już po kilku godzinach wyglądały na nieświeże. Nie polecam.

Maska od Babci Agafii z łopianem to już inna bajka. Była lekka, ładnie pachniała, ułatwiała rozczesywanie, nabłyszczała i bardzo ładnie wygładzała włosy. Jestem jak najbardziej na tak.

L'oreal szampon dodający objętość zawierający w swoim składzie kwas salicylowy. Jeden z lepszych szamponów profesjonalnych. Miał przezroczystą konsystencję, ładny świeży zapach, jedna pompka wystarczyła na umycie całych włosów i co najważniejsze faktycznie nadawał tym włosom objętość. Dzięki kwasowi skóra głowy była dodatkowo oczyszczana. Nie pojawił się łupież, żadne swędzenie ani podrażnienie. Szampon na 5 z plusem.

Batiste suchy szampon w wersji Fresh. Nic dodać nic ująć. Stały bywalec. UWIELBIAM.

Kolejna maska do włosów od babci Agafii. Niestety nie pamiętam nawet czy działała na moich włosach. Taka pojemność jest dobra jedynie na wyjazd ale do porządnego testowania już niestety nie.


Nivea antyperspirant Protect&Care w wersji o zapachu niebieskiego kremu Nivea. Jeden z moich ulubionych dezodorantów do którego chętnie wracam.

Żel do golenia marki własnej Superdrug to okropny niewypał. Wszytko złe i niedobre co może mieć żel on właśnie miał. Miałam wrażenie że lepiej było golić nogi ez niego niż z nim. Wersji z aloesem niestety nie polecam.

Maska nawilżająca do stóp z funciaka z wyciągiem z drzewka herbacianego i mięty. Maska sama w sobie była na prawdę dobra i dla osób które mają problemy z dbaniem o stopy tak jak ja takie wynalazki są zbawienne. Nie polecałabym jednak tej wersji na zimowe miesiące gdyż niesamowicie chłodzi stopy i nawet po ściągnięciu skarpetek uczucie chłodu trwa do kilku godzin. Na lato będą jak znalazł;)


Nivea kremowy żel pod prysznic. Podobnie jak antyperspirant to mój ulubieniec i wracam do niego cały rok.

Płyn do kąpieli dla mam Babydream którego ja używałam po prostu jako żelu pod prysznic. Uwielbiam za zapach i działanie. To już moje ostatnie opakowanie z zapasów jakie zrobiłam sobie będąc rok temu w Pl i na pewno zrobię sobie jego kolejne zapasy. Mój wielki ulubieniec.

Żel zakupiony w Tesco o zapachu pianek to mój stały element w okresie świątecznym. Uwielbiam jego słodki, cukierkowy zapach, wydajność i to że świetnie myje i nie wysusza. Pół litrowe opakowanie kosztuje w promocji Ł2 więc czego chcieć więcej.

Radox o zapachu pomarańczy i lotosu. Kto czyta mojego bloga wie jak bardzo uwielbiam ten żel właśnie za zapach. To już moje "milionowe" opakowanie.

Carex mydełko do rąk nawilżające. Kto go nie miał i nie wąchał koniecznie musi to zrobić. Jedno z lepszych mydeł jakie możemy dostać w drogeriach. Gorąco polecam.

Eco Lab peeling do ciała tonujący. Jego zapach był niezwykle oryginalny (dla mnie pachniał algami) i nie każdemu może się spodobać ale to jak on świetnie ździerał to marzenie przy czym delikatnie nawilżał . Polecam serdecznie.


I ostatnia już porcja zużytych kosmetyków:

Maska 111Skin w formie nasączonego żelowego płata była fantastyczna. Cudownie nawilżała, napinała skórę a dzięki temu że była w formie żelowego płata świetnie też buzie chłodziła (przed nałożeniem trzymałam ją w lodówce). Fantastyczny produkt. Co mogę jej zarzucić to to, że po jej ściągnięciu i wklepaniu resztek płynu skóra była niesamowicie klejąca ale to większość masek tego typu tak ma.

Tata Harper nawilżająca kwiatowa esencja koiła moją skórę, tonizowała ją i faktycznie nawilżała. Mała pojemność zakupiona wraz z całym zestawem była dość pokaźną próbką. Do pełnego opakowanie nie wrócę gdyż jest nieziemsko droga ale miło było ją przetestować.

Maska GlamGlow zielona oczyszczająca. To maleństwo dostałam za darmo a dokładniej wymieniłam swoje punkty na karcie Boots właśnie na ten produkt. Cena jaką musimy zapłacić za taką malutką "próbkę" 15 ml to Ł13-15 czyli sporo już nie mówiąc o pełnowymiarowym opakowaniu. Jednak wracając do maseczki. Już wiem o co tyle szumu bo jest po prostu świetna. Po nałożeniu czułam dość silne pieczenie/mrowienie które do najprzyjemniejszych nie należało ale też szybko minęło. Zapach jak dla mnie ok. Efekty. Czysta, promienna, mega oczyszczona skóra. Do wypróbowania mam jeszcze niebieską i białą i o nich na pewno napiszę coś więcej. Ogólnie polecam bo warto.  

La Roche Posay Serozinc to lider w mojej pielęgnacji twarzy i nie tylko. Pobił wszystkie inne wody termalne nawet tą z Uriage. Koi, nawilża, pomaga w niedoskonałościach, uspokaja skórę, pomaga się jej regenerować. Rewelacja bez dwóch zdań. KWC!!!

Nivea płyn micelarny do skóry normalnej i wrażliwej. Jest o jedno oczko niżej niż mój płyn micelarny z Garniera ale i tak można na niego "liczyć".

Superfacialist by Una Brenan żel do mycia codziennego buzi z peelingiem i witaminą c. Był bardzo delikatny, ładnie pachniał cytrusami jednak te drobinki ścierające ciężko się spłukiwały. Produkt sam w sobie ok ale ja do niego nie wrócę.

Oz Natural to nic innego jak kwas hialuronowy wzbogacony o ekstrakt z rumianku, oczaru i witaminę C. Świetny żel choć teraz znalazłam coś o wiele lepszego w lepszej cenie. 

Sylveco krem brzozowy z betuliną to krem na prawdę fajny ale nie dla mnie. Podczas kiedy "spaliłam" sobie skórę kwasem migdałowym ten krem własnie mnie ratował i świetnie zregenerował moją skórę. Jednak na co dzień do takiego typu cery jak moja mieszana/tłusta zdecydowanie nie.

I na sam koniec dwa maluszki. Słynne serum od Estee Lauder Advance Night Repair po którym po raz kolejny nie widzę żadnych efektów (chyba jestem jeszcze za młoda;)) i cudowny olejek o dziwnym zapachu z L'occitane Youthful Oil. Uwielbiam i polecam.

Dobrnęłam do końca.

Denko stycznia poszło mi całkiem nieźle:D

A jak Wasze projekty. Pochwalcie się co udało Wam się zużyć

Ściskam

Justyna

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Czytaj dalej » 43

Too Faced Better Than Sex

Witajcie Kochani!!!

W dzisiejszym poście chciałabym przedstawić Wam jedną z kultowych już maskar, którą jedni uwielbiają inni nienawidzą. Mowa o Better Than Sex marki Too Faced. Co ja o niej myślę?



Swój egzemplarz zakupiłam podczas Black Friday. Była ona w dość ciekawym zestawie wraz z czarną kredką marki Too Faced Deluxe Perfect Eyes Eyeliner.


Better Than Sex- maskara o bardzo kontrowersyjnej nazwie ma kobiece opakowanie. Kolor pudrowego różu. Samo opakowanie jest ciężkie i bardzo eleganckie. Bardzo podoba mi się że gdy zakręcamy maskarę słyszymy charakterystyczne "kliknięcie" dzięki czemu mamy pewność że dobrze ją dokręciliśmy i że nam za szybko nie wyschnie.
Szczoteczka w kształcie klepsydry ze standardowymi włoskami. Za pojemność 8 ml musimy zapłacić około 90-100 zł. Ważna jest 6 miesięcy od otwarcia.



Przyznam szczerze że z reguły nie kupuje wysoko półkowych maskar gdyż zazwyczaj nie widzę różnicy pomiędzy nimi a np. tymi z L'oreal które na moich rzęsach wypadają ok.
Jednak babska ciekawość wygrała. Po udanym podkładzie Too Faced Born This Way myślałam że i maskara okaże się kolejnym hitem. Niestety.

Maskara od samego początku była gotowa do użytku tzn. nie trzeba było czekać aby zgęstniała czy podeschła. Raz pięknie wydłużała, podkręcała, pogrubiała moje rzęsy a następnego dnia nie dało się wręcz z nią nic zrobić. Sklejała je, praktycznie nie wydłużała już nie wspomnę o tym że musiałam się nie lada namachać aby jakikolwiek efekt na tych rzęsach był widoczny. Na szczęście się nie osypuje.

Ale nie to było najgorsze. Nic nie denerwuje mnie w tuszach tak bardzo jak to że się odbijają zarówno na dolnej jak i na górnej powiece. Koszmar. Próbowałam oczywiście lepiej gruntować korektor pod oczami (wg.wielu opinii właśnie źle zagruntowany korektor był powodem tego że się odbijała). Efekt taki sam. Po paru godzinach miałam pandę pod oczami i chyba nie muszę mówić jak bardzo nieestetycznie to wyglądało. Co ciekawe nie za każdym razem maskara robiła takie psikusy. Co jest więc powodem? Mam ją już ponad 2 miesiące i nadal nie wiem. 
Bardzo żałuję że maskara nie zdała u mnie egzaminu choć zapowiadała się bardzo ciekawie.

O kredce sama nie wiem czy w ogóle jest sens wspominać bo jest tak samo beznadziejna jak tusz. 



Dokładnie robi to samo. Odbija się na górnej powiece i to ją dysklasyfikuje w moich oczach.
Plusem jest oczywiście jej miękkość, ładny czarny kolor i to że ładnie się rozciera. I to wszystko.

Za taką cenę oczekujemy super efektów a tak na prawdę dostajemy misia pandę pod oczami. Ja oczywiście nie ponowie zakupu i niestety nie mogę Wam jej polecić choć wiem że jest wielu jej zwolenników.

A jakie tusze Wy polecacie?

Ściskam 

Justyna

sobota, 28 stycznia 2017

Czytaj dalej » 8

Sylveco, Estee Lauder, Pacifica, GlamGlow - o czyścikach słów kilka

Witajcie Kochani!!!

Po bardzo długiej przerwie dziś wracam do Was z recenzją 5 produktów których używam do oczyszczania swojej skóry. Nie używam ich oczywiście wszystkich na raz. Znajdziemy tu coś tańszego i droższego. Wszystkich zainteresowanych moją opinią zapraszam do lektury.


Na wstępie jednak przypomnę jeszcze jaki mam rodzaj cery abyście mogli mieć jako takie rozeznanie. Cera mieszana w kierunku tłustej z rozszerzonymi naczynkami i porami w ostatnim czasie lubiąca się mocno przesuszać a to za sprawą kwasów jakie wprowadziłam do swojej pielęgnacji. 

Zaczynamy:

Na pierwszy ogień idzie żel do mycia buzi a raczej pianka jak nazwał ten produkt producent marki Pacifica Sea Foam Complete Face Wash. O tej firmie usłyszałam pierwszy raz od Nissiax83. Nie wiedząc co najpierw przetestować sięgnełam po produkt który (nie ukrywam tego) przykuł moje srocze oko swoim opakowaniem. Firma Pacifica jest jedną z tych naturalniejszych firm a sam żel jest w 100% wegański, bez dodatkowych "ulepszaczy". Nie jest również testowany na zwierzętach za co wielki plus. Prosta zwykła tubka z tradycyjnym zamykaniem na klik.


W skład żelu wchodzi woda kokosowa więc jak można się domyślać pachnie kokosowo. Zapach nie utrzymuje się dość długo na twarzy ale miałam takie przypadki że w pośpiechu niezbyt dokładnie opłukałam buzię z nadmiaru żelu i podczas wycierania resztki żelu zostały na moim ręczniczku, który pachniał nawet do 3 dni (co 3 dni piorę w pralce swoje ręczniczki do twarzy.) Wrażliwe nosy mogą więc mieć z tym problem.


Konsystencja przezroczystego żelu. Po kontakcie z wodą pieni się dość dobrze ale nie robi mega piany jaką sobie wyobrażałam po przeczytaniu sea foam. 



Producent obiecuje nam że żel zmyje nam makijaż, oczyści naszą buzię z zanieczyszczeń oraz pozostawi ją rozpromienioną. Makijażu nam nie zmyje. Resztki/pozostałości tak ale samego makijażu niestety nie. Ładnie oczyszcza bez efektu ściągnięcia buzi i faktycznie po jego użyciu buzia jest bardzo miła w dotyku i gładka. Po użyciu całej tubki stwierdzam również że buzia może i faktycznie jest nieco bardziej rozpromieniona ale tą zasługę przypisałabym bardziej całej pozostałej pielęgnacji jaką ostatnio stosuję a nie tylko tej piance choć ona również na pewno jakiś swój wkład w wygląd mojej cery miała. Poza tym żel nie uczulił, nic mnie po nim nie wysypało. Jedynie trzeba uważać na oczy ale to jest oczywiste. Nadaje się do każdego rodzaju buzi w każdym wieku.


Żelu używało mi się z przyjemnością, szczególnie jeżeli chodzi o zapach ale do niego już nie powrócę. Dlaczego? Po pierwsze wydajność. Żel 147 ml starczył mi na 1.5 miesiąca używania raz dziennie a nie wylewałam go w nadmiarze a za cenę 10 Ł spokojnie można znaleźć coś równie fajnego. Po drugie właśnie cena. Jak dla mnie nieco wygórowana. Z dostępnością podejrzewam że również może być problem. Dziewczyny mieszkające w UK mogą go znaleźć w większych Tesco na dziale Beauty. Poza tym znaleźć go możecie na iHerb, na stronie producenta www.pacificabeauty.com oraz na eBay. 

W kolejce już czeka produkt iście rewolucyjny i przyznam szczerze pierwszy raz spotykam się z taką formą czyścika do buzi. Produkt w postaci glinki która w kontakcie z woda tworzy nawilżającą piankę. Mowa o firmie która podbija praktycznie wszystkie urodowe kanały i blogsferę GlamGlow a produkt to Thirstycleanse Daily Hydrating Cleanser.



Jedni ją kochają inni nienawidzą. Ja zdecydowanie zaliczam się do tej pierwszej grupy. Firma póki co zaczęła małymi krokami wchodzi do angielskich Boots, jednak w ofercie możemy kupić jedynie maski GlamGlow. Tego maluszka dostałam od Mikołaja wraz z całym zestawem w którego skład wchodziły 2 maski, pędzelek do ich nakładania, który nawiasem mówiąc jest świetny oraz właśnie to błotko jak ja ten produkt nazywam.

Opakowanie typu airless jest fantastycznym rozwiązaniem jeżeli chodzi o wszystkie kosmetyki i również tutaj świetnie się sprawdza. Pompka jednorazowo dozuje niewielką ilość produktu (jak możecie zauważyć na zdjęciu) a sam producent zaleca jedynie 1-2 pompek, które mają nam wystarczyć do umycia całej buzi. I faktycznie tak jest choć ja przez kilka pierwszych razów oczywiście musiałam napsikać 5-7 przy czym po prostu produkt się marnuje. 



Zapach bardzo specyficzny mi przypomina właśnie glinki wraz z domieszką cynamonu. Nie jest on bardzo mocno wyczuwalny ale osoby z wrażliwymi nosami mogą być rozczarowane.
Jak takiego cudaka użyć? To była moja pierwsza myśl. Producent zaleca 1-2 pompki kolistymi ruchami rozprowadzić na suchej buzi, następnie zwilżonymi dłońmi masować buzię aż do powstania pianki, zmyć i osuszać ręcznikiem twarz.
Sama aplikacja tego kosmetyku jest przyjemna i śmiało może uchodzi za mini domowe spa.
Według producenta nasze błotko ma oczyszczać naszą buzię zarówno z makijażu jak i z nieczystości oraz pozostawiać naszą twarz jedwabistą, promienną, świerzą i oczyszczoną. Przeznaczona jest dla kobiet jak i mężczyzn w każdym wieku.
I cóż mogę dodać. Jest świetna. Po prostu świetna. Makijażu nią nie zmywałam bo uważam że jest to za drogi produkt do tego aby zmywać nim makijaż. Natomiast do samego oczyszczania jak najbardziej. Wszystkie obietnice producenta są spełnione. Mini masaż a co za tym idzie mini peeling powodują że buzia jest gładka i promienna. Aby wzmocnić działanie błotka po spienieniu pozostawiam je na chwilke na buzi aby składniki czynnne miały większą szansę na wniknięcie do skóry. Świetnie się zmywa (ciepłą wodą) i nie pozostawia na buzi żadnego tłustego filmu ale mimo wszystko czuć że ta buzia jest nawilżona i nie jest "obdarta" ze swojej powłoki lipidowej. Błotko nie podrażnia ani nie uczula i również nic mi po nim nie wyskoczyło a istniejący już nieprzyjaciele mam wrażenie szybciej się goili. 



Minusem jaki można zarzucić temu czyścikowi jest oczywiście cena i póki co dostępność (w moim przypadku). Cena za opakowanie 150 ml jakie musimy zapłacić to około 30Ł czyli jakieś 150-160 zł czyli dużo ja za produkt do oczyszczania ale ja jednak jestem pewna że w przyszłości na pewno jeszcze nie raz do niej powrócę. Wydajność i działanie rekompensują moim zdaniem tę cenę. 
Cały swój zestaw wraz z maseczkami dostałam od Mikołaja (czyli od siebie dla siebie;)) i za całość zapłaciłam 27Ł (wylicytowałam na eBay) i nie żałuję bo odkryłam fantastyczny produkt do którego z pewnością wrócę. Jeżeli któraś z Was wie gdzie można jeszcze kupić czyściki GlamGlow w UK bardzo proszę aby podzieliła się tą informacją. Maseczki dostępne są już nawet w Boots natomiast czyściki są nadal ciężko dostępne.

Pozostając w temacie czyścików kolej przyszła na dwie miniaturki od Estee Lauder do skóry normalnej i mieszanej Perfectly Clean Splash Away Foaming Cleanser oraz do skóry suchej Soft Clean Moisture Rich Foaming Cleanser.



Oba czyściki są w formie gęstej pasty lub jak kto woli zbitej pianki. Każda 30 ml to próbki które często dodawane są do zakupów marki Estee Lauder jak i mnóstwo możemy znaleźć na eBay czy Allegro w przystępnej cenie. Choć pojemność 30 ml może wydawać się mała uwierzcie mi na słowo że obie pianki są mega wydajne i wystarczy dosłownie ilość groszku aby umyć całą buzię.

Przez swoją zbitą konsystencję szczególnie tą różową do skóry suchej ciężko jest wycisnąć z opakowania. W przypadku niebieskiej otwór jest nieco większy a pianka mniej zbita i wydobycie nie sprawia problemu. 


Obie świetnie się pienią. Różowa ma bardzo specyficzny zapach który jest bardzo intensywny i mi osobiście przypomina proszek do prania lub płyn do płukania ubrań. Niebieska również intensywnie pachnie ale jej zapach już tak "nie kręci w nosie".

Różową piankę używam codziennie do porannego oczyszczania buzi ale oczywiście zdarzyło mi się ją użyć do zmycia makijażu twarzy nie oczu gdyż niestety bardzo je podrażnia. W obu przypadkach spisała się świetnie a buzia była świetnie oczyszczona i nie ściągnięta. Natomiast niebieską używam 2-3 razy w tygodniu po demakijażu kiedy mam wrażenie że moja buzia jest niedostatecznie czysta lub gdy po prostu chce ją maksymalnie oczyścić. Po jej użyciu buzia aż "skrzypi". Czytałam ostatnio że nie jest wskazane aż tak mocno "odzierać" naszą buzię ale jestem zdania że w umiarze wszystko dozwolone i raz na jakiś czas jest wręcz wskazane troszkę mocniej ją oczyścić. Moja tłusta buzia czasami jednak płata figle i po użyciu niebieskiej pianki lubiła być ściągnięta tak więc podejrzewam że wersja niebieska będzie idealna dla osób które mają bardzo tłustą buzię.

Niemniej jednak obie bardzo lubię i gdy tylko nadarza się okazja chętnie po obie "panie" sięgam. Niebieską zawsze mam "pod ręką" czytaj. w zapasach aby tak jak wspomniałam wcześniej od czasu do czasu mocniej oczyścić buzię. Czy mogę je polecić? Tak. Takie małe pojemności nawet jak się nie sprawdzą to nie będzie wielkiej szkody. Ich mała pojemność przemawia również na plus w trakcie podróży. Za pełnowymiarowe opakowanie 150 ml musimy zapłacić w granicach 100-120 zł ale warto polować jak zawsze na promocje lub po prostu kupić sobie więcej małych opakowań.

I ostatnim już produktem jest chyba większości już znany i lubiany żel tymiankowy od Sylveco.



O wersji rumiankowej mogliście poczytać tutaj KLIK a dziś pora na jego tymiankowego brata.

Opakowania marki Sylveco podbiły moje serce. Proste, piękna szata graficzna, ciekawe informacje dotyczące produktu, pompka która się nie zacina i opakowanie przez które kontrolujemy ilość produktu. Czego chcieć więcej.



Zapach tymiankowego żelu jak sama nazwa wskazuje jest tymiankowy i podejrzewam że wielu może się nie spodobać ale do każdego zapachu idzie się przyzwyczaić. Osobiście zapach jak dla mnie na plus.


Zadanie żelu to oczywiście oczyszczanie buzi z zanieczyszczeń, rozjaśnienie i wygładzenie skóry dzięki zawartości kwasu jabłkowego oraz łagodzenie podrażnień dzięki tymiankowi.
Rzadko zdarza się tak że obietnice producenta zostają spełnione jednak w tym przypadku wszystko co obiecuje producent jest spełnione. A ja uwielbiam ten żel i gdybym miała wybierać między tymiankowym a rumiankowym miałabym nie mały problem bo oba bardzo lubię.

Żel używam do porannego oczyszczania buzi. Z wieczornym też sobie nieźle radzi, makijażu nam nie usunie ale też nie takie jest jego zadanie. Ładnie łagodzi wszelkie zmiany skórne i delikatnie je goi. Po dłuższym stosowaniu na prawdę widać efekty wygładzenia i rozjaśnienia skóry. Nie jest to może efekt wow ale jest i mi on w zupełności odpowiada. Żel  jest faktycznie bardzo łagodny i ma świetny skład. Nie podrażnia a łagodzi, nie ściąga, nie uczula. Nie mam mu na prawdę nic do zarzucenia.


Cena również jest bardzo atrakcyjna. Za swój egzemplarz zapłaciłam około 5.50 Ł ale w Polsce jest tańszy od 13-20 zł cena w zależności od miejsca zakupu się różni. Za fantastyczny skład i działanie oraz 150 ml produktu myślę że cena jest ok.

Dobrnęłam do końca. Po tak długiej przerwie pisanie sprawiło mi nie małą frajdę ale i zajęło mnóstwo czasu. Mam nadzieję że informacje które Wam przekazałam pomogą w wyborze odpowiedniego czyścika. Za wszelkie niedociągnięcia i nieścisłości przepraszam ale po tak długiej przerwie muszę się "rozkręcić"

Ściskam
Justyna

A jakie są Wasze ulubione czyściki, pianki, żele, balsamy do oczyszczania buzi?
Z chęcią poczytam o Waszych faworytach...

niedziela, 22 stycznia 2017

Czytaj dalej » 16