Projekt denko - kwiecień

Witajcie Kochani!!!

Przed nami maj. Jeden z piękniejszych miesięcy w roku. Spieszę więc z podsumowaniem minionego miesiąca- kwietnia.


Tym razem zacznę od włosów:

Batiste każdy zna i większość lubi. U mnie pojawia się w praktycznie każdym denku. Uwielbiam go i zawsze jakaś buteleczka gości na mojej półce.

Oblepikha Siberica szampon dodający objętości który faktycznie robił to do czego był przeznaczony. Włosy oczywiście nie wyglądały uniesione jak po tapirowaniu ale zauważalna objętość była. Jak do tej pory jedyny szampon który nadawał moim włosom jakąkolwiek objętość. Poza tym miał żółte zabarwienie, gęsty, wydajny jedynie zapach nie do końca mi odpowiadał ale to mu wybaczam;) Serdecznie polecam.

Odżywka do włosów wzmacniająca Planet Organica z pompką. Bardzo przyjemna odżywka którą dobrze mi się stosowało ale nie do tego stopnia że bym musiała ją ściągać z PL. W przyszłości pewnie skuszę się na nią ponownie.

Pantene Pro-V odżywka do włosów cienkich. Jest to moja ulubiona odżywka z Pantene do której chętnie wracam. Tutaj zużyłam aż 750 ml. I tak jak obiecuje producent nie obciąża ona moich włosów, świetnie się po niej rozczesują, ładnie pachnie. Czego chcieć więcej od drogeryjnej odżywki;)


O kremowych olejkach pod prysznic, żelach i peelingu z EcoLab pisałam oddzielny post. Klik EcoLab.

Soap&Glory Scrub'em and Leave'em to moje "n-te" opakowanie tego peelingu. Gruboziarnisty, pięknie pachnie, nie pozostawia tłustej warstwy idealnie ściera martwy naskórek. Tym którzy jeszcze go nie mieli okazji używać serdecznie polecam;)


Gilette pianka-żel do golenia. Tu też nie będę się za dużo rozpisywać. Ulubieniec od wielu wielu lat.

Ecolab żel pod prysznic o zapachu zielonej herbaty. O nim więcej dowiecie się tutaj KLIK.

Żel pod prysznic z Lush Yuzu and Coca to bubel jakich mało. Śmierdział, była mega niewydajny (100g raczej na długo nam nie starczy) średnio się pienił i ogólnie był fujjjjj. Nie polecam.

Kremowe mydełko do rąk Cashmere Moments z Nivea fajnie się sprawdzało. Nie wysuszało, było kremowe tylko ten zapach nie do końca mi odpowiadał;/

Sally Hansen zmywacz do paznokci- różowy to mój ulubieniec i chętnie do niego wracam;) Radzi sobie z wszystkimi lakierami i na szczęście nie wysusza nam paznokci.


Ziaja oczyszczanie pasta do głębokiego oczyszczania liście manuka to dla jednych hit dla drugich kit. Ja zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy i tą pastę bardzo sobie chwalę. Świadczą o tym niezliczone puste opakowania. U mnie się sprawdza. Ładnie oczyszcza, nie podrażnia delikatnie peelinguje i jest bardzo tania.

Nivea płyn micelarny który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Świetnie radził sobie z makijażem nawet oczu. Domywał wszystko przy czym nie podrażniał. 

Peeling do twarzy od babci Agafii żeńszeniowy do skóry tłustej na bazie soli który po nałożeniu delikatnie nam buzię rozgrzewał. Świetny. Trzeba jednak było uważać bo drobinki soli lubiły migrować nam na język;) Buzia po nim była czysta, gładka, oczyszczona ale nie wysuszona. Z pewnością skuszę się jeszcze na jakiś peeling z tej firmy.

Kiehl's Ultra Facial Cream o nim pisałam oddzielny post KLIK.

O nawilżającym żelu z EcoLab też już pisałam i tam Was odsyłam po pełną recenzję KLIK.

La Roche Posay Effaclar Duo to mój przyjaciel w walce z niedoskonałościami. Pomaga mi kiedy mam nieproszonych gości, delikatnie wybiela mi istniejące blizny. Bardzo go lubię i zawsze w zapasie mam jego egzemplarz.


Moroccanoil to olejek na końcówki. To już moje drugie opakowanie i zapewne nie ostatnie. Końcówek niestety mi nie scalił (to zadaniem moim zdaniem jedynie nożyczek) ale nawilżał je, powodował że włosy się nie puszyły, były lśniące i gładkie.

Nyx HD Finishing Powder to moja jedyna rzecz z kolorówki którą udało mi się zużyć. Dla mnie w połączeniu z podkładem Born This Way tworzył duet nie do zdarcia przez wiele godzin przez co wyglądał naturalnie. Nie bielił, matowił na 5-6 h. Po tym czasie trzeba było sobie nieco przypudrować nosem ale i bez tego wyglądał nieźle. Niestety dość szybko się skończył ale na milion % do niego wrócę bo jest wart każdej złotówki.

Denko wcale nie takie małe;)

A jak Wasze zużycia? Pochwalcie się?

Ściskam i życzę wspaniałej majówki:) Ja niestety spędzę ją w pracy;/

Justyna

poniedziałek, 2 maja 2016

Czytaj dalej » 21

Kiehl's | Ultra Facial Cream | Creamy Eye Treatment with avocado

Witajcie Kochani!!!

Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją dwóch produktów pielęgnacyjnych marki Kiehl's a mowa będzie o Ultra Facial Cream czyli kremie do twarzy oraz Creamy Eye Treatment with avocado czyli kremie pod oczy z awokado. 



I od maluszka pod oczy zacznę.

Maluszek bo opakowanie mieści w sobie 14 g (czyli standardowo). Jest wykonane z mocnego plastiku a sam krem zabezpieczony jest dodatkowo ochronną nakładką. Sam design kremu bardzo mi się podoba. Prosty, klasyczny czyli to co lubię. Od otwarcia termin przydatności wynosi 6 miesięcy więc trzeba regularnie go stosować bo on sam jest bardzo wydajny. Cena regularna za 14 g to 20 Ł (około 100 zł). Obecnie dostępna jest jeszcze większa pojemność 28 ml a jej koszt to około 34 Ł.



Konsystencja jak wiele osób ją ocenia jest "maściowa". Gęsta, zbita, koloru awokado. Oczywiście po nałożeniu zielonkawy kolor zanika. Zapachu brak co w przypadku tego typu kosmetyków bardzo sobie cenię. Koniecznie trzeba krem nakładać na suchą skórę gdyż w przeciwnym razie krem będzie się nam "ślizgać" na skórze pod oczami. 





Jeżeli chodzi o działanie jestem pod wielkim wrażeniem i nie żałuję ani jednego funta wydanego na ten krem. Niesamowicie nawilża delikatną skórę pod oczami przy czym jej nie podrażnia a na to kładę wielki nacisk ponieważ moje oczy od pewnego czasu są bardzo wrażliwe i działają alergicznie praktycznie na wszystko.

Krem stosuję dwa razy dziennie. Pod makijaż wystarczy niewielka ilość- mała kropka pod każde oka. Trzeba jednak chwilkę odczekać aby krem porządnie się wchłonął gdyż w przeciwnym razie korektor nałożony pod oczy może nam się zbierać w załamaniach czy zmarszczkach. W ciągu dnia daje uczucie komfortu i nawet najcięższy korektor nie jest nam straszny.

Na noc nie żałuję sobie i nakładam grubszą warstwę zarówno pod oczy jak i na powieki i delikatnie go wklepuję. Rano skóra jest wypoczęta, nawilżona, gładka, a skóra pod oczami delikatna i sprężysta.


Aqua / Water / Eau, Butyrospermum Parkii Butter / Shea Butter, Butylene Glycol, Tridecyl Stearate, Isodecyl Salicylate, Peg-30 Dipolyhydroxystearate, Tridecyl Trimellitate, Persea Gratissima Oil / Avocado Oil, Isocetyl Stearoyl Stearate, Propylene Glycol, Dipentaerythrityl Hexacaprylate/Hexacaprate, Sorbitan Sesquioleate, Magnesium Sulfate, Phenoxyethanol, Hydrogenated Castor Oil, Sodium Pca, Ozokerite, Methylparaben, Tocopheryl Acetate, Isopropyl Palmitate, Disodium Edta, Copper Pca, Butylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Zea Mays Oil / Corn Oil, Beta-Carotene.

Czy mogę go polecić? Z czystym sumieniem tak i zdecydowanie zagości w mojej kosmetyczce na dłużej. Na dzień dzisiejszy przyznaję śmiało że jest to najlepszy krem silnie nawilżający jaki miałam przyjemność stosować.

Pora na jego brata czyli krem Ultra Nawilżający 24 h.



Podobnie jak opakowanie kremu pod oczy tak i krem do twarzy zamknięty jest w solidnym, plastikowym słoiczku o pojemności 50 ml. Za takie opakowanie musimy zapłacić 24 Ł tj. około 130 zł. Możliwość jest również zakupu większej pojemności 125 ml za cenę około 215 zł. 

Krem ma białą barwę i nie posiada zapachu. Ma delikatną konsystencję i bardzo łatwo i przyjemnie rozprowadza się na skórze.





Co obiecuje producent?

"24-godzinne nawilżanie pozostawia na skórze uczucie komfortu i przywraca jej równowagę nawet w trudnych warunkach pogodowych. Formuła kremu zawiera Antarcticine - glikoproteinę syntetyzowaną przez mikroorganizmy pozyskiwane z morskich lodowców, składnik niezwykle cenny ze względu na działanie ochronne w niskich temperaturach, jak również wyciąg z imperaty cylindrycznej, rośliny porastającej australijską pustynię, który posiada doskonałe właściwości zatrzymywania wody w skrajnie suchych warunkach".

Zaciekawiona pozytywnymi opiniami skusiłam się na Ultra Facial Cream w jego mniejszej pojemności 50 ml. Stosowałam go codziennie od dnia zakupu przeważnie pod makijaż ale także solo i w wieczornej pielęgnacji.
Pod makijaż był idealnym kompanem. Pozostawiał na buzi delikatny film- nie było to nic tłustego ani nieprzyjemnego ale jednak dało się wyczuć taką delikatna powłoczkę i o ile pod makijaż taka " powłoczka" zupełnie mi nie przeszkadzała tak krem noszony solo bez makijażu już mi przeszkadzał. Dlaczego? A to dlatego że jako posiadaczka cery tłustej/mieszanej nie lubiłam tego nadmiernego błyszczenia już po 2 h. Ponadto w cieplejsze dni (takowe też występują w Anglii ;)) noszony solo podczas wysiłku fizycznego sprawiał że miałam wrażenie jakby moja buzia "pociła się" pod nim.Tak więc pod makijaż tak- solo nie.


Nawilżenie jakie obiecuje nam producent nie powiedziałabym żeby było 24 godzinne. Oceniłabym je na 3 a i o długotrwałym nawilżeniu nie mogło być mowy. 

Kolejnym minusem jaki zauważyłam jest jego wydajność. Skończył się w praktycznie 1.5 miesiąca a nie nadużywałam go jakość specjalnie. 

Myślę że Ultra Facial Cream świetnie sprawdził by się w okresie jesienno zimowym gdyż faktycznie chronił by tą buzię przed warunkami atmosferycznymi natomiast na lato szczególnie skórom tłustym raczej bym go odradzała.



Czy do niego wrócę? Gdyby był bardziej wydajny myślę że kiedyś może bym się na niego powtórnie skusiła jednak na chwile obecną mam już w głowie inne kosmetyki które z chęcią bym przetestowała.

Mimo iż krem Ultra Facial Cream nie spisał się u mnie tak jak tego oczekiwałam nie zrażam się do marki. W przyszłości mam w planach zakup i osławionego olejku to twarzy. Po paru próbkach jestem nim oczarowana i na pewno skuszę się na pełnowymiarowe opakowanie.

A czy Wy miałyście okazję używać któregoś z tych produktów? Dajcie koniecznie znać jakie są Wasze ulubione kremy pod makijaż i nie tylko?

Ściskam

Justyna

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Czytaj dalej » 12

Denko marca

Witajcie Kochani!!!

Co miesięczne podsumowanie zużytych opakowań czas najwyższy podsumować...


Le Petit Marseiliais kremowy żel 2 w 1 o zapachu moreli i orzecha laskowego umilał mi codzienna pielęgnację. Jeden z lepszych żeli jakie miałam przyjemność używać. Nie wysuszał, delikatnie mył i cudownie pachniał. Serdecznie polecam.

Natomiast żel z Palmolive z masującymi granulkami okazał się bublem. W ekspresowym tempie się skończył, w ogóle nie peelingował i na dodatek niezbyt ładnie pachniał. Nie polecam.


Szampon do włosów Schauma Fresh it up do włosów przetłuszczających się u nasady i suchych na końcach w większym stopniu zużył mój narzeczony choć przyznam że od czasu do czasu podkradłam mu kilka razy i niestety po tych kilku razach szampon nie zachował się w mojej pamięci- oprócz zapachu który był świetny. Jego zdanie do temat tego szamponu- "OK"- cała recenzja faceta;D

Babydream Szampon strikte dla dzieci ale osobiście bardzo go lubię i to już moje "n-te" opakowanie. Bardzo dobrze oczyszcza przy czym jest delikatny dla skóry głowy. Po jego użyciu konieczna jest odżywka. 

Seboradin Maska Kuracja stymulująca odrost włosów. Niestety nie zauważyłam aby moje włosy w jakiś magiczny sposób zaczęły się zagęszczać ale na pewno pomogła mi w tym aby przestały wypadać w tak dużym stopniu. Baby hair również kilka się pojawiło ale myślę że to zasługa wielu czynników a nie jedynie tej maski. Niemniej jednak bardzo dobrze mi służyła i kiedyś nie wykluczam ponownego jej zakupu.


Soap&Glory płyn micelarny marki który ostatnio stał się bardzo sławny. Przyznam szczerze że mimo wszystko wolę Garniera choć i ten płyn radził sobie całkiem nieźle. Przeszkadzał mi jedynie ten ogórkowy zapach którego w kosmetykach wręcz nie znoszę;/

The Ultimelt z Soap&Glory to nic innego jak bardzo gęsta pasta do oczyszczania twarzy metodą z gorącą ściereczką muślinową. Ja ściereczki nie stosowałam a i tak pasta bardzo fajnie się u mnie sprawdziła. Oczyszczała twarz z makijażu, nie podrażniała i była tak delikatna że nawet mogłam nią zmyć makijaż oczu. Pachniała mocno lawendowo więc przeciwniczki tego zapachu nie będą zadowolone. Dodatkowo nie pozostawiała tłustej warstwy. Jednym słowem bardzo przyjemny produkt godny polecenia.

Tonik z Ecolab tym razem w wersji nawilżającej spisywał się równie dobrze jak ten w wersji odmładzającej. Świetny produkt za niskie pieniążki i stosowany jako maseczka tonikowa łagodzi i tonizuje skórę.

Sculpt Serum z witaminą C to dziwny produkt do tego stopnia że sama nie wiem co mam na jego temat napisać. Stosowałam jako serum pod krem i był ok. Nie zauważyłam ani plusów ani minusów...Powrotu nie planuje.

Babcia Agafia tym razem dwie maseczki:odświeżająca i tonizująca. Więcej o całej gromadce możecie poczytać tutaj KLIK.


Carex mydełko do rąk moisture plus to jedna z moich ulubionych wersji. Kto zna te mydła na pewno wie że są po prostu dobre.

Woda perfumowana Rihanna Nude to już moje drugie opakowanie ale nie dlatego że tak bardzo mi się spodobały. Zapach słodki, kobiecy, dziewczęcy utrzymywał się na mnie bardzo krótko. Jeżeli kiedyś jeszcze znajdę je w okazyjnej cenie (za to opakowanie zapłaciłam 1Ł) na pewno się skuszę choćby nawet dla odświeżenia w ciągu dnia ale jeżeli liczycie na długotrwały zapach niestety się zawiedziecie.

Rexona to też już klasyk. Ten zapach niestety średnio mi przypasował ale sam dezodorant spisał się jak zwykłe na piątkę z plusem.


Maroccanoil Olejek na końcówki Bardzo dobrze zabezpieczał je przez co nie były tak sianowate. Trzeba jednak uważać z ilością jaką nakładamy gdyż łatwo z nim przesadzić.

O eyelinerze z L'oreal Super Liner Superstar więcej możecie poczytać tutaj KLIK.

Jajeczka EOS też doczekały się oddzielnej recenzji KLIK.

I na sam koniec krem do rąk Cztery Pory Roku który był najzwyklejszym w świecie przeciętniakiem i na pewno do niego nie wrócę.

Marcowe denko poszło mi całkiem nieźle. Jak zauważyłyście w denku nie znalazły się "miliony" opakowań po żelach pod prysznic a i żadnej odżywki do włosów nie było. W denku kwietniowym podejrzewam że to się zmieni;)

A jak Wasze denka? Co Wam udało się zużyć?

Ściskam

Justyna

czwartek, 7 kwietnia 2016

Czytaj dalej » 9

Pod prysznicem z Ecolab

Witajcie Kochani!!!

Dziś chciałabym przedstawić Wam kosmetyki Ecolab do pielęgnacji a raczej mycia ciała i jego złuszczania. Mowa będzie o dwóch żelach pod prysznic, olejku również pod prysznic oraz o liftingującym scrubie do ciała i od niego może też zacznę.

Scrub o właściwościach liftingujących zawiera 99,2% składników pochodzenia naturalnego.



Jest bardzo gęsty i ma zbitą konsystencję. Zapach niestety nie należy do przyjemnych i pokusiłabym się nawet o stwierdzenie że troszkę śmierdzi ale na szczęście zapach nie utrzymuje się na skórze.




Wygodne opakowanie mieści 300 ml produktu. Jego koszt to około 6 Ł (w PL podejrzewam że może być nieco tańszy).

Właściwości ścierające ma jednak świetne i o to w takim produkcie głównie chodzi. Jest na bazie soli morskiej więc nie polecałabym używać go zaraz po depilacji lub na skaleczenia- pieczenie gwarantowane. Drobinki ścierające są małe i średniej ostrości ale świetnie peelingują ciało i dodatkowo je masują. Dla wzmocnienia ścierania polecałabym nałożyć go na suchą skórę,ewentualnie lekko zwilżoną. Efektu liftingującego niestety nie zauważyłam (nie za bardzo wierzę w tego typu działanie) ale na wielki plus zasługuje fakt że po zastosowaniu scrubu na ciele nie zostaje tłusta czy nieprzyjemna powłoczka.

Producent zapewnia nas o dodatkowych właściwościach takich jak: nawilżanie, tonizowanie, odżywianie, ujędrnianie oraz działanie antyoksydacyjne.


Niestety i tych efektów w wielkim stopniu nie zauważyłam ale mimo wszystko scrub bardzo przyjemnie mi się stosowało a kiedy już przyzwyczaiłam się do jego zapachu nawet przestał mi on przeszkadzać;)


Czy zakupię go ponownie? Nie wykluczam choć mam ochotę wypróbować inne wersje scrubów z Ecolab.

Kolejnymi umilaczami pod prysznicowymi są dwa żele French Shower Gel oraz Greek Shower Gel.




Oba żele zawierają 95% składników pochodzenia naturalnego i ich działanie jest praktycznie identyczne. Mają głównie myć, oczyszczać naszą skórę oraz jej nie wysuszać.

Różnią się zapachem- to pierwsza różnica która nasuwa mi się na przód. Wersja French pachnie winogronowo i przyznam szczerze, że na początku męczyłam się z tym zapachem gdyż za winogronami w kosmetykach nie przepadam ze względu na (moim zdaniem) chemiczny zapach. Teraz kiedy go już prawie skończyłam podobnie jak w przypadku scrubu przyzwyczaiłam się do zapachu i nie przeszkadza on mi już wcale.

Wersja Greek za to pachnie cudownie i jest to mój faworyt zapachowy EVER:D Zapach przypomina wersję Fuji Green Tea z The Body Shop. Nie ma chyba nic lepszego niż prysznic po ciężkim dniu pracy z takim zapachem w tle;)


Kolejną różnicą jaką jeszcze zauważyłam to konsystencja. Wersja French jest nieco "mętna" i ma lekko różowy kolor natomiast Greek jest przezroczysta i ma lekko zielony kolor.



Poza tym żele spisywały się na prawdę świetnie. Myły, delikatnie oczyszczały, nie podrażniały, nie wysuszały, przyjemnie pachniały. Robiły to co każdy żel robić powinie bez zbędnych nieprzyjemnych niespodzianek i kropka.

Dość średnio się pieniły więc miałam wrażenie że dość szybko się kończą ale to tylko taka moja mała uwaga. Cena za sztukę to 4.00 Ł pojemność 350 ml.
Opakowania były bardzo wygodne a "klips" ułatwiał aplikację.

A na koniec zostawiłam sobie Brazilian Shower Oil czyli olejek pod prysznic który najbardziej mnie intrygował.



Nazwa olejek w nazwie jest nieco mylna bo olejek ma raczej konsystencję kremowego, rozrzedzonego balsamu. Nie pieni się rewelacyjnie wręcz powiedziałabym że wcale się nie pieni. Po obrazku na opakowaniu wnioskowałam że będzie pachniał jak choćby orzechy brazylijskie jednak nic z tego. Mi ten zapach przypomina bardziej migdały i marcepan czyli zapachy których nie znoszę a mimo to takie połączenie "otulała" nasze zmysły i ciało i nawet mi się podoba;)



Produkt przez to że się nie pieni/średnio się pieni zużywał mi się w ekspresowym tempie. Jednak jego działanie rekompensuje wszystko. Moim zdaniem jest to i będzie idealny produkt dla osób takich jak ja które nie lubią się balsamować i podejrzewam że idealnie sprawdzi się na polskie upalne lato gdzie w upały nikt nie myśli o tym aby po kąpieli nakładać na swoje ciało dodatkowe warstwy balsamu/kremu/masła. Dzięki swojej kremowej/olejkowej konsystencji delikatnie myje i oczyszcza naszą skórę. Nie wysusza i pozostawia po sobie skórę miękką, gładką i taką jakby ktoś już nałożył na nią delikatny nawilżający balsam. Niestety osoby z bardzo suchą skórą podejrzewam że niestety będą musiały jednak nałożyć na skórę dodatkową warstwę nawilżenia ale te które mają skórę normalną/delikatnie się przesuszającą będą z tego produktu mega zadowolone.




Tak bardzo spodobał mi się sam zamysł tego produktu że zakupiłam kolejną wersję zapachową- karaibską która działa identycznie ale zapach nie do końca wpisał się w moje gusta. Wersji zapachowych jest jednak kilka i na pewno skuszę się na inne i może wpadnę na "tą jedyną".

Opakowanie olejku pod prysznic jest nieco mniejsze niż żeli 250 ml i niestety troszkę droższe 4.50 Ł mimo wszystko serdecznie go wam polecam choćby nawet dla samego spróbowania nowej konsystencji;)

Miałyście już te kosmetyki? Jeśli tak piszcie jak u Was się sprawdziły:D

Ściskam

Justyna

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Czytaj dalej » 14

Babcia Agafia i jej maseczki

Witajcie Kochani!!!

Maseczeki od babci Agafii szturmem podbiły blogosferę i nie tylko. Wiele z nas je zna i bardzo lubi. Ja sama jestem szczęśliwą posiadaczką aż 7 egzemplarzy ale w dzisiejszym poście przedstawię Wam jedynie 5 z całej gromadki (dwie pozostałe czekają na swoja kolej ale o nich na pewno też jeszcze usłyszycie).


Słowem wstępu: każda maseczka ma 100 ml pojemności i jest zamknięta w bardzo wygodnym opakowaniu z zakręcanym dziubkiem. Maseczek w saszetkach nie znoszę i ich w ogóle nie kupuję właśnie zw względu na ich opakowanie. Natomiast te dodatkowo zdobywają u mnie punkty właśnie za opakowanie. Dostępne są w wielu sklepach internetowych jak i stacjonarnie m.in ich stanowiska widziałam w sklepach Jasmin. Cena waha się od 6 do nawet 15 zł w zależności gdzie je kupujemy. Ja za swoje płacę 3.5Ł na stronie thenaturalskincare.co.uk, którą serdecznie polecam dziewczynom mieszkającym w UK. Fantastyczna obsługa a zamówione kosmetyki przychodzą w 2-3 dni idealnie zapakowanie. Również do każdego zamówienia powyżej 20 Ł maseczki babci dodawane są gratis.

(wszystkie pokazane maseczki kupiłam za własne pieniążki lub dostałam jako gratis do zamówienia za które sama zapłaciłam, ze stroną podaną powyżej nie współpracuję, polecam ją bo jest godna polecenia i ma świetny asortyment a dziewczyny mieszkające w UK w końcu mają bezproblemowy dostęp do naturalnych kosmetyków)

Zacznę może od maseczki która tak na prawdę najmniej się u mnie sprawdziła a tak dokładniej po jej użyciu nie widziałam jakichkolwiek rezultatów.
Mowa o daurskiej maseczce tonizującej. Lista rzeczy które ona ma robić wg producenta jest bardzo długa.



Niestety ja nie mam o niej pozytywnego zdania. Zarówno przed nałożeniem jej na twarz jak i po zmyciu skóra była taka sama. Nie zauważyłam ani widocznego nawilżenia ani też napięcia. Nie przywróciła również komfortu skóry i nie wyrównała kolorytu. Na szczęście nie podrażniła mojej skóry ani jej nie uczuliła za to może mały plusik jej dam.
Ot zwykła maska nałożona na kilkanaście minut bez widocznych rezultatów. Jej niestety nie zakupię ponownie. Czy ją polecam? Pamiętajcie że moje zdanie wyrażam na podstawie własnych doświadczeń i to co u mnie się nie sprawdza nie koniecznie nie sprawdzi się u Was. Wybór czy powinniście ją wypróbować pozostawiam więc Wam.

I teraz już z górki bo pozostałe maseczki spisywały się całkiem nieźle.

Kolejna maseczka odświeżająca a dokładniej maska ekspres do twarzy działa na prawdę ekspresowo. 



Dzięki temu że ma ona właściwości chłodzące polecałabym przed jej nałożeniem włożyć ją do lodówki wtedy efekty chłodzące będą jeszcze bardziej wyczuwalne. Maska spisywała i nadal się spisuję (bo dzięki mojemu zamówieniu na stronie thenaturalskincare.co.uk dostałam jeszcze jeden egzemplarz) świetnie. Koi wszelakie zaczerwienienia, podrażnienia. Uwielbiam nakładać ją na twarz kiedy np. miałam przez cały dzień na twarzy bardzo "ciężki" makijaż lub po wysiłku fizycznym. Świetnie też chłodzi i koi buzię po opalaniu. Super nadaje się również po "ciężkiej nocy" aby "obudzić" naszą twarz.Efektów głębokiego nawilżenia niestety nie zauważyłam ale zaraz po jej zmyciu wszelkie oznaki zmęczenia faktycznie były usunięte a buzia była obudzona. Pięknie miętowo pachnie. Ma żelową konsystencję i delikatnie zielony kolor. Usuwa się bezproblemowo. Maski producent zaleza trzymać na twarzy 10-15 minut, ja z kolei trzymam je 20-30 minut na twarzy dla lepszych efektów.
Serdecznie ją polecam.

Kolejna maska ma postać truskawkowego dżemu i ma odwrotne właściwości niż jej siostra powyżej. Zamiast chłodzić delikatnie rozgrzewa. Mowa o fitoaktywnej maseczce witaminowej. 



Jest to chyba jedna z bardziej rozpoznawalnych maseczek. Jest bardzo gęsta, owocowo pachnie i jak wspomniałam wcześniej przypomina dżem truskawkowy z zatopionymi owocami którymi są jagody. Po jej nałożeniu wyglądamy kosmicznie a nasza skóra przez chwilę jest delikatnie rozgrzewana.

Maska jest "napakowana" dobroczynnymi substancjami i to faktycznie czuć po jej zastosowaniu. Skóra jest niesamowicie gładka i miękka wręcz "napompowana". Lubiłam używać jej szczególnie w czasie jesienno zimowym kiedy np. przez bardzo długi czas przebywałam na zimnym powietrzu. Ukoiła wtedy zaróżowione policzki. 
Przez jakiś czas odstawiłam ją na rzecz nowości i kiedy wróciłam do niej zauważyłam że po nałożeniu już nie czuję aby rozgrzewała moją buzię. Nie wiem czym to jest spowodowane. Na pewno nie jest jeszcze przeterminowana. Nie zmieniła również konsystencji ani zapachu. Właściwości pielęgnacyjne zostały ale już bez efektu rozgrzewania.

Mimo wszystko bardzo ją lubię i również mogę polecić. 

Maska odmładzająca na mleku łosia bije rekordy popularności i każdy chce ją mieć. I mi udało się ją dostać;)


Maska ma postać kremowej, bitej śmietany i pachnie (dla mnie) śmietankowym budyniem- obłędnie. Dla nawet samego zapachu warto ją kupić (żart). Sposób użycia standardowy jednak ja ją trzymam zawsze najdłużej aż do wchłonięcia. Dopiero później moczę ręczniczek w ciepłej wodzie i delikatnie ją zmywam.


W efekty odmładzające trudno jest mi zawsze uwierzyć i tym razem takiegoż efektu nie zauważyłam. Co jednak sprawiło że tak bardzo lubię tą maskę? Skóra jaką ona pozostawia. Miękka, delikatna, wypoczęta, sprężysta i elastyczna czyli wszystkie obietnice producenta zostały spełnione.
Na co jednak muszę zwrócić uwagę. Po otworzeniu jest ona ważna 12 miesięcy jednak ja proponuję używać ją bardzo systematycznie i zużyć w przeciągu 3- 4 miesięcy. Dlaczego? Ponieważ pod koniec opakowania (tj. kiedy akurat kończył się właśnie termin przydatności) kiedy nałożyłam maskę na twarz, po jej zmyciu okolice czoła i nosa były podrażnione a skóra zaczerwieniona. To nieprzyjemne uczucie zniknęło bardzo szybko i z pomocą przyszła maska chłodząca- odświeżająca oraz woda termalna, niemniej jednak taki psikus pod koniec opakowania mi zrobiła a ja czuję się w obowiązku o tym napisać. 

Mimo wszystko również jest ona moim ulubieńcem i z pewnością jeszcze nie raz do niej powrócę. Będę jedynie pamiętać aby po otwarciu zużywać ją po prostu regularnie.

Na sam koniec zostawiłam sobie moją wisienkę na torcie czyli maskę oczyszczającą na bazie błękitnej glinki. 


Oczyszczająca maseczka jest bardzo gęsta, ma delikatny niebieski kolor i pachnie jeszcze lepiej niż maska odmładzająca a to za sprawą podejrzewam glinki.


Takiej PETARDY wśród maseczek jeszcze nie miałam. Z pozoru nie zapowiadała się ciekawie. Ot zwykła maseczka z glinką tym razem błękitną a tutaj takie zaskoczenie.

Zapewnienia producenta są jak najbardziej uzasadnione.
Po nałożeniu na twarz maseczka delikatnie zastygała. Aby potrzymać ją dłużej na buzi spryskiwałam ją dodatkowo wodą termalną. Lubiłam też ją przed nałożeniem włożyć na chwilkę do lodówki, wtedy delikatnie też chłodziła. Fantastycznie oczyszcza buzię z wszelkich zanieczyszczeń nawet tych których nie widziałam;) Kiedy pierwszy raz jej użyłam przyznam szczerze z ręką na sercu jeszcze nigdy nie widziałam takich efektów po niepozornej maseczce w tak krótkim czasie. Buzia była dosłownie rozpromieniona, gładka, idealnie oczyszczona, nawilżona mimo iż to maseczka na bazie glinki. Stałam przed lusterkiem i gaiłam się na swoją twarz jakbym widziała ją po raz pierwszy;)
Dla mnie jest to najlepsza maseczka z całej 5 którą kocham miłością wielką. Osoby ze skórą tłustą wręcz "muszą koniecznie" ją wypróbować;)



Słowa dotrzymałam i w końcu zebrałam się aby napisać o nich swoją opinię. 
Maseczki polecam każdemu i na pewno każdy znajdzie coś dla siebie bo wybór jest na prawdę duży a cena wręcz zachęca do kupienia i przetestowania.

Lubicie-znacie maseczki babci Agafii?
Jakie maseczki są Waszymi ulubionymi?

Ściskam 

Justyna

niedziela, 13 marca 2016

Czytaj dalej » 42