Resibo multifunkcyjny peeling do twarzy

Resibo to marka która prężnie się rozwija a ich kosmetyki zdobywają uznanie wśród kobiet ceniących sobie naturalną pielęgnację. Asortyment stale się poszerza co niezmiernie mnie cieszy. 

Nie jestem osobą która ślepo kupuje jedynie naturalne kosmetyki ale muszę przyznać że coraz częściej po takie właśnie sięgam bo widzę ich dobroczynne działanie na swojej skórze. Tym razem skuszona pozytywnymi recenzjami zakupiłam multifunkcyjny peeling enzymatyczno-mechaniczny do twarzy od Resibo.



Na początku wspomnę jeszcze że z marką miałam już wcześniej styczność. Stosowałam ich krem pod oczy który był fajny ale to jeden z tych kosmetyków który owszem był ok ale to na tyle. Krem odżywczy i ultranawilżający to dla mnie niestety totalne niewypały i bardzo się cieszę że przed zakupem miałam możliwość przetestowania znaczną ilość próbek obu, bo dzięki temu zaoszczędziłam sporo pieniążków.



A dziś o peelingu słów kilka.

Każdy zachwyca się szatą graficzną kosmetyków Resibo i ja dołączam się do grona ich wielbicieli. Są po prostu świetne - no co tu dużo pisać.
Peeling o pojemności 75 ml przychodzi do nas w kartonowej tubie a na niej znajdziemy czytelny opis tego co najważniejsze.



Tubka wykonana z miękkiego plastiku z zamykaniem na "klik" co według mnie jest świetnym rozwiązaniem.
Konsystencja gęsta, kremowa, piaskowa z widocznymi dużymi drobinkami. Zapach przyjemny, delikatny i nie nachalny.







Skład:



Ten peeling chodził mi po głowie od dawna jednak nie miałam jak go zdobyć. Będąc w Polsce nie zastanawiałam się długo i go zamówiłam. Osobiście jestem wielką fanką zdzieraków zarówno do ciała jak i twarzy jednak peeling enzymatyczny to produkt po który sięgam coraz częściej i chętniej.

Skuszona obietnicami producenta jak najszybciej chciałam go przetestować więc na czystą, suchą buzię nałożyłam peeling. Trzymałam go 15 min, jak zaleca producent a później zwilżyłam dłonie i wykonałam dodatkowy masaż. Po zmyciu moja buzia była cała czerwona i widać była dokładnie gdzie peeling na tej buzi był. Nie zraziło mnie to jednak gdyż taki efekt już kiedyś miałam i wiedziałam że to "efekt uboczny" i znak że peeling faktycznie działa. Dodatkowo trzymając go na buzi czułam delikatne mrowienie/pieczenie szczególnie odczuwalne na policzkach i czole.
Po peelingu polecam użyć maski nawilżającej lub chłodzącej aby ukoić rozognioną skórę i ją dodatkowo nawilżyć. Taki duet: mocny peeling + dobra maseczka=promienna i zadbana skóra.



Skóra była faktycznie niesamowicie delikatna, rozjaśniona i nawilżona. Wszystkie suche skórki (miałam ich kilka na skrzydełkach nosa) wręcz zniknęły. Pory zostały oczyszczone i zwężone. Bardzo rzadko udaje mi się uzyskać taki efekt na mojej buzi. Czy wygładza zmarszczki? Tego nie jestem w stanie określić gdyż na szczęście takich jeszcze nie mam. Dodatkowo skóra wyglądała tak jakbym "ściągnęła" z niej jej starą, brzydką wierzchnią warstwę i odsłoniła zupełnie nową skórę. 



Na kartonowym opakowaniu znajdziemy informację: " całkowita odnowa twojej skóry"- to fakt. Jestem pod wrażeniem tego peelingu i przyznaję z czystym sumieniem że pierwszy raz spotkałam się z kosmetykiem który w ciągu 15 minut robi takie "czary mary" z moją buzią. Nie żałuję ani jednej złotówki wydanej na ten kosmetyk i wiem że będę stale do niego wracać. Gorąco polecam wszystkim. Cena może niektórych odstraszać (około 70-80 zł) ale uwierzcie mi na słowo- warto!!!



A czy Wy miałyście okazję go używać? Lubicie peelingi enzymatyczne?

Ściskam
Justyna

wtorek, 7 listopada 2017

Czytaj dalej » 12

Estee Lauder Double Wear Stay-in-Place Makeup

Za niecały rok wychodzę za mąż. Dzień który zbliża się wielkimi krokami to dla wielu z nas dzień wyjątkowy, szczególny i chcemy aby w tym dniu wszystko było na medal. Oprócz oprawy weselnej, gości, sukni, dodatków, dobrze by było aby i makijaż był nienaganny i trzymał się na buzi jak najdłużej. Mój ślub przypada na początku sierpnia (gorące lato mam nadzieję) więc tym bardziej mi zależy aby podkład jak najdłużej utrzymał się na mojej mega wymagającej a zarazem tłusto-mieszanej cerze.



Ostro wzięłam się więc za testy różnych podkładów i dziś będzie kilka słów na temat kultowego już podkładu marki Estee Lauder Double Wear Stay-in-Place Makeup SPF 10.



Podkład Double Wear to klasyk i zna go większość z nas. Dostępny jest na rynku od wielu lat i chyba jest to jeden z bardziej kontrowersyjnych podkładów jakie przyszło mi testować. Jedni go kochają inni nienawidzą. Każdy oczekuje od niego czegoś innego a sam producent zapewnia nas:

Długotrwały podkład, przez 15 godzin zapewnia świeży i naturalny wygląd, bez względu na pogodę i twoją aktywność. Nie zmienia koloru, nie zostawia smug i śladów na ubraniu. Teraz gładka cera, którą widzisz rano, pozostaje z tobą przez cały dzień.

Podkład zapewnia średnie krycie (lub wyższe w zależności od ilości nakładanych warstw) i naturalne, półmatowe wykończenie.
Beztłuszczowy, niekomedogenny, bezzapachowy, testowany dermatologicznie (wizaz.pl)

Standardowa pojemność 30 ml zamknięta w eleganckiej, szklanej buteleczce (widać ile produktu nam jeszcze zostało), BEZ POMPKI!!!. Jest to jeden z głównych zarzutów jakie mam do tego podkładu bo za te około 180 zł można by było tej pompki oczekiwać. Nie rozumiem też samej firmy. Podkład jest kultowy a sama firma posłuchała by w końcu uwag klientów i tą pompkę dołączyła. To przecież nie majątek.



Cóż dalej. Podkład dobierała mi pani w perfumerii (o zgrozo) i jak zwykle został on źle dobrany (jest dla mnie za ciemny i o ile na twarzy wygląda ok tak na linii żuchwy/szyi znacznie się odcina). Ale pomińmy już sam odcień bo da się to wszystko ładnie ukryć a i sama kolorystyka Double Wear jest szeroka więc myślę że każdy znajdzie coś dla siebie. Polecam jednak brać próbki i nie sugerować się ślepo paniom i ich "dobrym radom". Mój odcień 2C1 Pure Beige jak sama nazwa wskazuje jest bardziej beżowy/wpada w ciepłe tony ale ja widzę w nim coś z różu co mi osobiście bardzo nie pasuje. Może to tylko moje "złe oko" ale ja nie mogę pozbyć się wrażenia że jest w nim coś różowego:/



Podkład nakładam mokrą gąbeczką beauty blender i ta forma aplikacji najbardziej mi odpowiada. Podkład dzięki niej ładnie wtapia się w skórę, nie robiąc przy tym smug. Na mojej buzi daje pół satynowe wykończenie i faktycznie po chwili zastyga więc trzeba się spieszyć z jego aplikacją. Nie ściąga buzi, choć mam wrażenie że odrobinę jednak wchodzi mi w pory a co za tym idzie, uwydatnia je (muszę kupić jakąś dobrą bazę i myślę że powinno być lepiej). 

Nie ciemnieje co jest dla mnie bardzo ważne i mnie nie zapycha. To druga bardzo ważna zaleta gdyż przy mojej buzi, która wręcz uwielbia się zapychać jest to zaleta kluczowa. Wiadomo. Na zadbanej twarzy wszystko wygląda o niebo lepiej.

Producent zapewnia że produkt jest bezzapachowy. Mi osobiście pachnie nieco alkoholowo ale ten zapach po aplikacji szybko znika.

Ściera się. Tak. Mimo iż zastyga i jego ścieralność jest lepsza niż u innych to mimo wszystko po upływie kilku godzin i lekkim przetarciu zostawia ślady. Nie spotkałam jeszcze podkładu który by tego nie robił. No nie oszukujmy się. Skóry tłuste czy mieszane produkują więcej sebum i podkład po upływie czasu po prostu się ściera. Taka kolej rzeczy. 



Krycie określiłabym jako średnie z możliwością budowania choć osobiście tego nie polecam gdyż kolejne warstwy będę wyglądać nienaturalnie i po prostu brzydko. Ja osobiście nakładam jedną cienką warstwę która w zupełności mi wystarcza. Do zagruntowania podkładu używam pudrów transparentnych- sypkich bo takie najlepiej się u mnie sprawdzają. Do tej pory w duecie z Double Wear najlepiej wypada puder sypki Mac Prep+Prime Transparent Finishing Powder. Vichy Dermablend też jest ok ale to w ostateczności Mac lepiej trzyma go w ryzach:) Kusi mnie jeszcze spróbować Kryolan Anti-Shine ale póki co nie mam do niego dostępu. 



Zapewne niektóre z Was pomyślą sobie że moja buzia wygląda jak płaski mat. Nic bardziej mylnego. Mi takie wykończenie (satynowo-półmatowe) podoba się najbardziej a jeżeli już chcę aby moja buzia nabrała bardziej trójwymiarowego wyglądu używam mojego jedynego różu Nars Deep Throat który zawiera w sobie mikro drobinki które pięknie mienią się w słońcu i zapewniają zdrowy wygląd. Za mega rozświetleniem nie przepadam.

Double Wear to podkład "ciężki", zastygający i czuć go na buzi (choć dla mnie osobiście jest bardzo komfortowy w noszeniu-w szczególności jedna cienka warstwa podkładu plus dobrze nawilżona buzia) ale póki co na chwilę obecną nie znalazłam podkładu który pod pasował by mi do tego stopnia żebym była nim zauroczona i prawdę powiedziawszy wątpię czy taki podkład w ogóle istnieje. Wszystko jednak przed nami. Przemysł kosmetyczny tak szybko się rozwija że tylko patrzeć a na rynek wprowadzą kolejne cuda;)

Czy będzie to mój podkład ślubny? Zdecydowanie tak-chyba że znajdę coś jeszcze lepszego. Mimo swoich kilku wad w chwili obecnej klasyfikuje się u mnie na 1 miejscu. Spełnia większość moim wymagań i najbliżej mu do ideału. Jest dla mnie niezastąpiony kiedy mam ważniejsze wyjście i muszę liczyć na to aby makijaż był nienaganny przez wiele godzin.



A jakie podkłady najczęściej goszczą na Waszych buziach?

Ściskam

Justyna

ps. do osób które miały okazję używać podkład Duoble Wear. Bardzo Was proszę o podanie mi odcienia w którym są jedynie żółte tony. Będę niezmiernie wdzięczna za wszelkie sugestie, rady i spostrzeżenia. 

piątek, 3 listopada 2017

Czytaj dalej » 11

It's Skin Have a Banana Cleansing Foam

Z formą zbitych pianek do mycia twarzy pierwszy raz spotkałam się używając pianek azjatyckich m.in Tony Moly Pokemon. Tym razem sięgnęłam po piankę marki It's Skin bananową która strikte nie jest przeznaczona do mojego typu cery. A jak się sprawdziła?





Bananowa pianka zamknięta jest w miękkiej tubie z prostą ale jednocześnie elegancką szatą graficzną. Osobiście bardzo mi się podoba prostota grafiki. Zamykanie na "zatrzask" ułatwia otwieranie. Nie trzeba nic kręcić ani przekręcać;)



Sama pianka jest zbita jednak dzięki temu że tubka jest wykonana z miękkiego plastiku bez problemu można ją wydostać z opakowania. Problem może pojawić się przy samym końcu. Wtedy troszkę możemy się pomęczyć aby ją wycisnąć. Polecam wtedy po prostu opakowanie przeciąć. Będzie nam łatwiej zużyć ją do końca. 





Zapach jak sama nazwa wskazuje bananowy choć dla mnie nieco chemiczny. Nie spotkałam się jeszcze z kosmetykiem który w sposób bardzo realny odzwierciedli takie zapachy jak banan czy truskawka. Mimo to nie jest nieprzyjemny choć wrażliwe nosy po jakimś czasie może męczyć.



Co obiecuje nam producent?


  • pianka przeznaczona do oczyszczania twarzy
  • zawiera ekstrakt z banana
  • doskonale oczyszcza twarz z zanieczyszczeń, resztek makijażu i sebum
  • pianka posiada przyjemny bananowy zapach
  • przeznaczona do cery suchej i wrażliwej
Sposób użycia:Nałożyć niewielką ilość preparatu na lekko zwilżoną skórę twarzy, omijając okolice oczu. Dodać odrobinę wody i delikatnie masować skórę przez kilkanaście sekund, następnie dokładnie spłukać.
(opis ze strony cocolita.pl)

Pianka przeznaczona jest do skóry suchej i wrażliwej i choć moja skóra faktycznie niekiedy jest aż nadwrażliwa to sucha jedynie wtedy kiedy przedobrze z kwasami. Mimo to używałam jej i nie zauważyłam żeby zrobiła mi krzywdę, wręcz przeciwnie.
Tak jak obiecuje producent pianka na prawdę dobrze oczyszcza skórę twarzy. Używałam jej raz dziennie do wieczornego oczyszczania twarzy po wykonaniu demakijażu. Większość tego typu pianek pozostawia po sobie uczucie ściągnięcia i wysuszenia a niekiedy nawet efekt "skrzypiącej" skóry. W tym przypadku tak nie jest. Skóra faktycznie jest czysta, resztki makijażu usunięte a buzia delikatna, gładka i miękka w dotyku.
Pianka jest na tyle miła i delikatna że mnie nie podrażniła ani nie uczuliła jednak zwracam uwagę aby uważać na oczy bo po dostaniu się do oka piecze niemiłosiernie- stosując się do zaleceń producenta:)
Piankę o pojemności 150 ml możecie zakupić m.in na Cocolita.pl za cenę 29.90 zł. 


Podsumowując piankę mogę serdecznie polecić fanom azjatyckiej pielęgnacji i nie tylko. Sama do tej akurat wersji zapachowej nie wrócę ale firma It's Skin ma jeszcze w swojej ofercie piankę z jajkiem (membraną jajka), pomarańczą, granatem czy z zielonymi winogronami. Osobiście swe kroki skieruję najprędzej do jajka i pomarańczy:)
A czy Wy miałyście okazję jej używać? Czym Wy myjecie swoje buzie?
Ściskam 
Justyna

poniedziałek, 30 października 2017

Czytaj dalej » 36

Październikowe denko

W tym miesiącu denka miało nie być ponieważ nie nazbierałam pustych opakowań zbyt wiele (jak na mnie przystało). Jednak koniec końców stwierdziłam że jednak post z zużytymi produktami zamieszczę gdyż zbiór z dwóch miesięcy mógłby przepełnić mój koszyczek a i post byłby niemiłosiernie długi. Tak więc serdecznie zapraszam na małe październikowe denko:


L'biotica maska silnie oczyszczająca z efektem bąblowania. Pierwszy raz miałam tego typu maseczkę i muszę przyznać że wyglądałam w niej...kosmicznie. Sama maska jednak spełniła wszystkie obietnice producenta i byłam z niej mega zadowolona. Poza tym to pierwsza maska w płachcie która po zmyciu nie pozostawiła na mojej buzi żadnego filmu czy klejącej mazi. Za to ogromny plus. Gorąco polecam. Z pewnością w przyszłości jeszcze do niej wrócę.


Aż trzy opakowania chusteczek do zmywania makijażu. Dlaczego? Bo miałam pootwierane je w różnych miejscach i postanowiłam w końcu wykończyć zanim wszystkie wyschną. Chusteczki z Cien (Lidl) oraz Simple były świetne i robiły wszystko to, co od tego typu kosmetyków oczekuję czyli usuwały resztki makijażu przy czym nie podrażniały skóry. Nie miały zapachu co również było dla mnie ważne.
Natomiast chusteczki z L'oreal do skóry suchej i wrażliwej były perfumowane (róża i jaśmin) do tego stopnia że aż mnie mdliło. Dla mnie ten zapach to totalna porażka a dodatkowo materiał z którego była wykonana chusteczka był szorstki i nieprzyjemny. Za taką cenę w Lidlu mam dwa opakowania a niekiedy i 3 chusteczek Cien. Tych nie polecam i na pewno do nich nie wrócę.


Umilacze pod prysznicowi:

Radox Feel Enchanted wersja limitowana, niestety już wycofana, moja ulubiona, przywołująca miłe wspomnienia. W zapasie mam ostatnią już buteleczkę tego zapachu.

Nivea olejek pod prysznic. Nie wiem czy zmienili coś w składzie czy w zapachu ale mój ulubiony olejek zaczął śmierdzieć do tego stopnia że zużyłam go na kilka razy wręcz wylałam go na siebie żeby jak najszybciej go zużyć. 

Dr Organic to wielkie zaskoczenie. Choć sam zapach oliwek nie do końca przypadł mi do gustu tak sam żel był super. Nie wysuszał, był bardzo wydajny, miał dobry skład, dobrze się pienił, oczyszczał i nie podrażniał. Mam jeszcze wersję z granatem ale zdecydowanie przetestuję inne zapachy od Dr Organic.

Soap& Glory Scrub'em and Leave'em to mój ulubiony drogeryjny peeling który mam zawsze pod ręką.


Dwa produkty pomagające w walce z cellulitem. O Nacomi możecie poczytać tutaj KLIK a o Bielendzie tutaj KLIK.


W projektach denko nigdy nie pokazuję Wam past do zębów ale ta zasłużyła na szczególne wyróżnienie więc się tutaj znalazła. Mowa o paście z granatem pomagającej w walce z krwawiącymi dziąsłami (i nie tylko) o miętowo owocowo odświeżającym smaku, która była na prawdę świetna. Dobrze czyściła i faktycznie pomagała moim dziąsłom które od czasu do czasu niestety krwawią. Do tej na pewno wrócę i na pewno wypróbuję inne które Dr Organic ma w swojej ofercie.

Reszta to już same miniatury oprócz jajeczka EOS (nawet nie pamiętam jaki to był smak ) ale odkąd odkryłam balsamy Hurraw! EOS poszły w zapomnienie.
DR G krem przeciwsłoneczny był tak "ciężki" na skórze i ją oblepiał że nawet nie myślę o zakupie dużej wersji. Olejek do demakijażu z Caudalie był bardzo dobry, emulgował z wodą, dobrze zmywał makijaż ale za taką cenę wolę coś tańszego a działającego podobnie. Tonik aloesowy z Ubran Eco był świetny i zastanawiam się nad zakupem dużego opakowania. I na koniec krem minimalizujący pierwsze zmarszczki do skóry suchej i bardzo suchej od Madara który był bardzo lekkim kremem, szybko się wchłaniał, nie pozostawiał tłustego filmu i bardzo dobrze nawilżał. Mimo to nie skuszę się na pełne opakowanie. Będę testować coś innego;)

A jak Wasze denka? 

Ściskam 

Justyna

piątek, 27 października 2017

Czytaj dalej » 25

Wielkie zakupy z Polski i nie tylko

Przez ostatnich kilka tygodni a nawet miesięcy zużywałam moje gigantyczne zapasy aby móc zaopatrzeć się w Polskie dobroci (wiedziałam że czeka mnie wyjazd do Polski), bo nie oszukujmy się...choć rynek zagraniczny jeżeli chodzi o kolorówkę jest bardzo okazyjny tak pielęgnacja (a w szczególności ta bardziej naturalna) nadal kuleje i ciężko jest znaleźć jakąś perełkę w rozsądnej cenie.
Dlatego dziś zapraszam Was na moje DUŻE zakupy.

ps. proszę być tolerancyjnym i mieć na uwadze fakt że na co dzień nie mam dostępu do Polskich "skarbów" kosmetycznych;)

Zaczynamy:


Zacznę od kremów marki Miya myWONDERBALM o których ostatnio tak wszędzie głośno:
(od lewej)
-Call Me Later
-I'm Coco Nuts
- Hello Yellow
Na pierwszy ogień poszedł nie kto inny jak kokosek i póki co mam mieszane uczucia. Pozostała dwójka czeka na swoją kolej.


Mgiełki do włosów od Nivea stały się moim wybawieniem podczas pobytu w Polsce gdyż woda w moim rodzinnym miasteczku nie służy moim włosom, które się puszą, plączą i robią wszystko żeby mi tylko uprzykszyć życie. Bez tej mgiełki ich rozczesanie nie było by możliwe. Wzięłam więc jedną na zapas a będąc w Biedronce skusiłam się na dwufazowy elixir od L'oreal, który ma również za zadanie m.in pomóc rozczesać niesforną szopę.


Resibo.
Balsam odżywczy, wyszczuplający oraz peeling od bardzo dawna były na mojej wishliście i w końcu są moje. Pierwsze testy jeszcze przede mną.


Jestem chyba ostatnią osobą w blogsferze i nie tylko, która jeszcze nie testowała słynnej pomadki z peelingiem od Sylveco o_O. Teraz mam okazję sama sprawdzić czy faktycznie jest tak dobra. Dodatkowo wzięłam również nowość- pomadkę miętową z peelingiem. 
Rumiankowy żel darzę szczególną sympatią (podobnie jak tymiankowy żel) dlatego powróciłam do kolejnej buteleczki.
Hibiskusowy tonik również od dawna mnie ciekawił więc oto i on:)
Nie udało mi się zdobyć jedynie lipowego płynu micelarnego ale może innym razem...


Zima to ciężki czas dla naszych dłoni więc nie mogłam sobie odmówić również słynnych kremów Evree: głęboko nawilżający i odżywczy.


Napadłam na Rossmana a że była akurat promocja na żele i szampony wzięłam wszystko jak leci z półek;)
-Szampon do wrażliwej skóry głowy
-szampon z kofeiną
-szampon nadający objętości z papają


-żele...


oraz dwie nowości czyli olejki do ciała.


To jeszcze nie koniec:

Płyn do kąpieli dla mam kupuję z sentymentu do zapachu za każdym razem gdy jestem w Polsce. I tym razem nie mogło być inaczej.

Olejek pod prysznic marki Lirene to dla mnie nowość. Zapach mango i jaśminu w opakowaniu pachnie super i mam nadzieję że tak samo fajnie będzie się spisywał.


Duży płyn micelarny od Eveline do skóry wrażliwej i suchej dorwałam w Biedronce na jakiejś dużej promocji.

Żel myjąco-energetyzujący przyciągnął mnie swoim kolorem, zapachem i ceną.

Płyn dwufazowy od Ziajki dostałam od siostry.

Mixa oczyszczający żel bez mydła przeciw niedoskonałościom. Taki żel zawsze mam "pod ręką" no bo nigdy nic nie wiadomo...;)


Mydło siarkowe w płynie kupiłam z myślą o swoim dekolcie na którym od jakiegoś czasu pojawiają się nieprzyjaciele a ja nadal szukam ich przyczyny.

Dwa miniaturowe opakowania pudru ryżowego i bambusowego kupiłam w celu przetestowania. Jako "stara pudernica" wszelkiego rodzaju pudry utrwalające są u mnie bardzo mile widziane.

Maska-Krem do skóry wokół oczy od Ziaja Pro mam nadzieję pomoże mojej skórze wokół oczu która woła o nawilżenie każdego dnia.

Olejek tamanu od Nacomi ma pomóc na nieprzyjaciół.

Lady Speed Stick to powrót po wielu latach. Jestem ciekawa czy nadal tak dobrze się sprawdza jak kiedyś...


Przez wiele z Was zachwalany szampon Isana 7 ziół musiał w końcu znaleźć się i u mnie. Po kilku użyciach jestem bardzo pozytywnie zaskoczona.

Oliwka Hipp to klasyk w mojej łazience i ulubieniec od wielu lat tak więc na jej temat nie będę już więcej się rozpisywać.

Evree peeling do ust o smaku poziomki. Tak jak lubię tą firmę tak ten peeling to jakaś pomyłka ale o nim w oddzielnym poście.


Balsamy i smarowidła dla lepszej jędrności i nawilżenia mojej skóry:

-Natura Estonica Body Cream

-Bielenda Vegan Friendly masło do ciała kokos

-Zielone Laboratorium Mleczko do ciała kokosowe

-Tołpa Odżywcze mleczko wygładzające


Sylveco nawilżający balsam na rozstępy. Pierwsze testy tego balsamu już za mną i choć na pełną recenzję jest jeszcze zdecydowanie za szybko tak już teraz mogę powiedzieć że ten balsam ma moc super nawilżenia.


Organic Shop. Dwa a tak na prawdę trzy peelingi (jeden kawowy niestety pękł podczas transportu w paczce) organiczne kakao i pomarańcza.


Dla włosomaniaczki takiej jak ja maska od Anwen to must have. U mnie wersja do włosów wysokoporowatych kiełki pszenicy i kakao.


Zapas past Ecodenta...


I moje perełki od marki Iossi peelingi do ciała w wersji "testowej". Już nie mogę się doczekać kiedy zacznę je używać.
Niestety z marki Iossi również nie udało mi się kupić wszystkiego co chciałam ale to może w późniejszym czasie uda mi się zrealizować.


Kolejna perła peeling śliwkowy Ministerstwo Dobrego Mydła. Pachnie tak że mogłabym go po prostu zjeść:D


Z Polskich zakupów to były by już wszystko. Teraz kilka kosmetycznych produktów kupionych już tu na miejscu.

Czekając na moją paczkę z PL skończyły mi się wszystkie żele do mycia buzi dlatego też sięgnęłam po żel oczyszczający regulujący przetłuszczanie z węglem drzewnym od marki Sukin i póki co jestem z niego bardzo zadowolona.

Odżywka na bazie wody kokosowej marki Maui Moisture nadal jest w fazie testów.

Olejek Tisserand drzewo herbaciane pachnie obłędnie i działa niezwykle relaksująco.

Natomiast dezodorant o tym samym zapachu mam wrażenie potęguje nieprzyjemny zapach:/


Organik Botanik to firma z którą pierwszy raz spotkałam się w TKMaxx-ie. Pierwszy peeling jaki kupiłam to kawowy. 
Wiem że aby wydać opinię na temat jakiegoś produktu trzeba go najpierw trochę po testować ale po pierwszym użyciu tego peelingu byłam tak zaskoczona działaniem, konsystencją, zapachem i ogólnie wszystkim że postanowiłam przetestować inne. I tak podczas kolejnych zakupów skusiłam się na solno-kokosowy oraz na wersję z brązowym cukrem.
O całej rodzince zamierzam napisać oddzielny post bo są godne bliższej uwagi.


Wpadły też dwie rzeczy z kolorówki.

Błyszczyk Marc Jacobs w pięknym kolorze Sugar Sugar (jest to miniatura błyszczyku 1.7ml) oraz słynny na zagranicznym YouTube tusz CoverGirl Clumb Crusher.

Na zdjęciach nie ukazały się jeszcze inne kosmetyki które "idą" lub "lecą" do mnie zamówione np. na eBay jednak chciałam już opublikować ten post aby móc w spokoju zacząć testować moje "kosmetyczne skarby".

Kosmetyki kupiłam lub zamówiłam: Rossman, Cocolita, MintiShop, Iossi oraz Ministerstwodobregomydla.pl za własne pieniążki. 

Zapasy mam uzupełnione na kilka najbliższych miesięcy i choć nie wykluczam że w najbliższym czasie coś mi jeszcze "wpadnie" w ręce to większych zakupów nie planuje.

Odnosząc się do mojego postu sprzed kilku tygodni dotyczącego minimalizmu kosmetycznego prostuję że poczynione przeze mnie zakupy to w większości pielęgnacja do której na co dzień nie mam dostępu. Polskie kosmetyki są "wyjątkowe" i niektóre są prawdziwymi "perełkami". Dziewczyny mieszkające za granicą wiedzą o czym mówię;) gdyż angielskie drogerie są na prawdę "ubogie" jeżeli chodzi o dobrą pielęgnację w rozsądnych cenach. Poza tym pielęgnacja schodzi zdecydowanie szybciej niż kolorówka.
Zakupy robiłam z głową i choć mogłoby się wydawać że są chaotyczne i nieprzemyślane to tak nie jest. Wszystko kupowałam z głową i z myślą że następne zakupy w Polsce będę miała możliwość zrobienia najszybciej za kilka miesięcy. Tyle w tym temacie;)

Czy znacie jakieś kosmetyki w/w? Jeśli tak chętnie poznam Wasze zdanie na ich temat.
Kończąc...
Ściskam

Justyna

piątek, 20 października 2017

Czytaj dalej » 33