O trzech mydełkach słów kilka...

Witajcie Kochane!!!

Dzisiaj będzie krótko (mam nadzieję) i na temat.
A mianowicie. Chciałabym przedstawić Wam 3 mydełka, które udało mi się zdobyć podczas mojego ostatniego pobytu w PL. Mowa o mydełkach z firmy Alterra: lawenda, nagietek  konwalia. Chętnych zapraszam do recenzji.


Wszystkie prezentują się bardzo skromnie.


Każde mydełko wyposażone jest dodatkowo w papierowy kartonik, co osobiście bardzo lubię. Na każdym znajduję się zdjęcie obrazujące z jakim mydełkiem mamy do czynienia. Ogólnie cała szata graficzna bardzo mi się podoba.


Parę słów od producenta na przykładzie mydełka z lawendą.
Opis jest bardzo zachęcający. A jak działa samo mydełko?



U mnie na pierwszy ogień poszło mydełko konwaliowe. Co mogę o nim więcej powiedzieć.
Same dobre rzeczy. Mydełko dobrze się pieni i świetnie oczyszcza skórę dodatkowo jej nie podrażniając. Kostka jest twarda i dobrze zbita przez co podczas użytkowania nie mięknie i nie rozpada się w dłoniach gdy jest już na wykończeniu.
Każde z mydełek bardzo ładnie pachnie- bardzo naturalnie i nie jest to sztuczny, chemiczny zapach, który nie utrzymuję się zbyt długo na skórze.
Lawenda i nagietek jest równie świetna. Mają takie samo działanie i w sumie moim zdaniem różnią się jedynie zapachem i kolorem i oczywiście składem;)
Dla ciekawskich skład poniżej (od lewej lawenda, nagietek i konwalia):


Dla mnie mydełka są strzałem w 10. W końcu na takich kostkach się wychowałam:). Nie mam im nic do zarzucenia.
Cena, wydajność, działanie...Czego chcieć więcej.
Polecam każdemu z czystym sumieniem.
Dostępne w każdym Rossmanie.

                                                   A czy któraś z Was miała okazję je używać?
                                                         Jeśli tak, to co o nich sądzicie?

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Czytaj dalej » 8

Haul Zakupowy ostatnich 2 miesięcy:)

Witajcie Kochane!!!

Dziś postanowiłam pokazać Wam moje zdobycze zakupowe ostatnich 2 miesięcy.
Troszkę się tego nazbierało a ja znowu sobie obiecałam, że nie kupię nic dopóki nie zużyję kosmetyków które mam na stanie zachomikowane w swojej szafce.
W niektórych zakupach jestem nieco usprawiedliwiona ponieważ cena była naprawdę okazyjna a drugiej takiej szansy pewnie bym nie miała.
Nie przedłużając jednak przechodzę do sedna sprawy:


Tak prezentuje się całość. Poniżej postaram się przybliżyć Wam zakupione kosmetyki.


Zestaw 3 kosmetyków z Clinique. Dwufazowy płyn do demakijażu oczu (malutka poj. 30 ml), puder wykańczający w odcieniu 01 Fair (jest to wkład, podejrzewam, że tester) oraz coś z czego jestem najbardziej zadowolona czyli Clinique Redness Solution pełnowymiarowy produkt. Za każdą z tych rzeczy zapłaciłam: i tutaj uwaga 2 funty!!! Tak więc w tym przypadku jestem usprawiedliwiona:)


Zestaw Lily Lolo 3 błyszczyków w odcieniach nude. Zestaw ten zamawiałam z angielskiej strony i wraz z przesyłką zapłaciłam za niego mniej niż 15 funtów, co mnie bardzo zdziwiło ponieważ ten sam zestaw na polskiej stronie kosztuje niecałe 105 zł plus przesyłka. Polska cena nieco wygórowana tym bardziej, że po pierwszych testach błyszczyki nie wypadły jakoś rewelacyjnie;/


Scrub do ust Bubblegum z Lusha. Ostatnio moje usta nie są w najlepszym stanie. Myślałam, że scrub ładnie je wygładzi. Niestety. Po pierwszych paru użyciach szału nie widzę. Zobaczymy jak się będzie spisywał w przyszłości. Na pewno napiszę o nim coś więcej.


Embryolisse słynny krem polecany m.in przez siostry Pixiwoo. Jestem niezmiernie go ciekawa, jednak ciekawość musi jeszcze troszkę poczekać aż wykończę kremy, które obecnie używam. Kremik zakupiony na eBayu.
Pharmaceris R. Krem kupiła mi siostra i podesłała do UK:) Używam go od około 1 miesiąca. Więcej na pewno powiem o nim w osobnym poście. Jak na razie spisuje się na 4.


Kosmetyki do pielęgnacji ciała Palmer'sa. Głównie do ujędrnienia ciała. Jeżeli chodzi o rozstępy nie liczę na to, że w jakiś magiczny sposób zniknął ale mam nadzieję, że się  chociaż wygładzą. 
Pierwszy kosmetyk od lewej używam już od około 1.5 tygodnia. Jest rewelacyjny i z czystym sumieniem mogę polecić go każdemu. Jest wart każdej złotówki (w tym przypadku funta:)) wydanego na ten krem. Pozostałe 2 czekają na swoją kolej.


Dove odżywka do włosów. Uległam bo była w promocji za 1 funta. Teraz pluję sobie w brodę bo nie wiem kiedy ja to wszystko zużyję;)
Po udanej odżywce z Aussie do włosów zniszczonych o której pisałam tutaj KLIK postanowiłam wypróbować ich inną/ nową wersję Shine. Co już teraz mogę o niej powiedzieć? Na pewno pachnie lepiej niż jej poprzedniczka. Ceny dokładnie już nie pamiętam ale to chyba ok. 3.50 funta.


Trzy różne rodzaje chusteczek do demakijażu firmy Simple. Wiele angielskich blogerek zachwalało je pod niebiosa. Moje się właśnie skończyły więc postanowiłam wypróbować te. 
Są świetne i o niebo lepsze od tych z nivea. 
Kupione w promocji 3 za cenę 5 funtów.

Dobrnełam do końca:)
Od tych zakupów mam kategoryczny "szlaban" na kupowanie czegokolwiek (oczywiście rzeczy pierwszej potrzeby nie wchodzą w grę). Znając jednak życie i stare, mądre przysłowie, które to mówi: "okazja czyni złodzieja" w najbliższym czasie znowu coś wpadnie w moje ręce.
Teraz jednak bardziej rozsądniej staram się gospodarować swoimi pieniędzmi i choć może wydać się to dziwne ale w 70% jakoś mi się to udaje.

Kończąc życzę Wam Kochane miłego i przede wszystkim ciepłego wieczoru.

sobota, 26 stycznia 2013

Czytaj dalej » 22

Clarins Gentle Foaming Cleanser with Cottonseed dla skóry normalnej i mieszanej.

Witajcie Kochane!!!
W końcu postanowiłam wziąść się w garść i napisać pełniejsze recenzję kosmetyków, które zostały ulubieńcami roku 2012. 
Szkoda by było nie powiedzieć o nich czegoś więcej. W końcu to ulubieńcy całego roku a produkt o którym będę dziś pisała u mnie zasłużył na miano KWC w 100%.
Mowa o delikatnej piance z Clarins z wyciągiem z nasion bawełny.
Chętnych zapraszam do lektury.


Piankę kupiłam za groszowe pieniążki. Jest to mniejsza wersja 75 ml nie dostępna w regularnej sprzedaży.


Opakowanie:
Zwykła, zgrabna tubka. Z łatwością możemy wydobyć z niej odpowiednią ilość produktu. Jest na tyle miękka, że jej ewentualne rozcięcie nie będzie sprawiało większego kłopotu. Bardzo podoba mi się szata graficzna wszystkich kosmetyków marki Clarins. Prostota a zarazem estetyka w tym wykonaniu jest jak najbardziej na tak.

Konsystencja:
No właśnie. Producent określa nam produkt jako piankę. Mi tutaj bardziej pasuje określenie musu. Po wyciśnięciu produktu na dłoń i po roztarciu, można dostrzec mnóstwo maleńkich pęcherzyków powietrza (będzie to widoczne na zamieszczonym zdjęciu). Konsystencja jest bardzo oryginalna.



Zapach i kolor:
Pianka jest koloru białego i ma bardzo charakterystyczny zapach. Dla niektórych osób może nie być on przyjemny z czego zdaję sobie świetnie sprawę jednak mi się on bardzo podoba. Jest nieco chemiczny ale mi osobiście kojarzy się z czystym praniem:) (cóż za porównanie).


Moja opinia:
Rok 2012 owocawał w odkrycia produktów o konsystencji musu. Aby zacząć używać ten produkt musiałam wykończyć swoje już otwarte kosmetyki i przyznam, że nie mogłam się doczekać momentu kiedy to zacznę testować swoja piankę. W końcu nadszedł ten dzień.
Pierwsze wrażenie po jej użyciu dosłownie powaliło mnie na kolana. Nigdy wcześniej nie miałam okazji używać produktu, który już podczas pierwszego użycia zrobi na mnie aż tak wielkie i pozytywne wrażenie.
Mogłabym o niej pisać godzinami tak bardzo ją lubię, jednak postaram się nieco skrócić swój wywód na jej temat:)
Co jest w niej takiego wyjątkowego?
Wszystko.
Dosłownie i w przenośni.
Pięknie pachnie, super oczyszcza buzię ze wszystkich zanieczyszczeń przy czym nie podrażnia i co najważniejsze nie wysusza. 
Buzia po jej użyciu jest tak czysta, że aż "piszczy" tzn. po dotknięciu miałam takie wrażenie jakbym wypolerowała buzię szmatką z mikrofibry. Po zmyciu nie pozostawia żadnych osadów na skórze. Z tego co wyczytałam na wizażu wiele dziewczyn określa stan buzi po umyciu jako "tępy". Dla mnie uczucie oczyszczonej i świeżej buzi jest niezastąpione.
Dodatkowo zauważyłam jakby buzia troszkę bardziej się uregulowała w kwestii wydzielania sebum. Przestała się już tak mocno przetłuszczać w strefie T.
Piankę stosowałam podczas wieczornej pielęgnacji, po demakijażu w celu jeszcze lepszego oczyszczenia buzi z ewentualnych resztek makijażu. Kiedy miałam gorsze dni stosowałam ją zamiast produktów do demakijażu. Co mnie najbardziej zaskoczyło? Fakt iż zmywa dosłownie wszystko łącznie z tuszem do rzęs (nie wodoodpornym) i kredką przy czym nie podrażniła moich mega wrażliwych oczu ani skóry wokół nich. Nie wierzyłam kiedy spojrzałam w lustro więc dla pewności przetarłam jeszcze oczy wacikiem z płynem micelarnym. Był czysty. 
Opakowanie 75 ml starczyło mi na ponad 4 miesiące użytkowania 1 raz dziennie. Jest mega wydajne i wystarczy dosłownie niewielka ilość aby dokładnie oczyścić całą buzię.
Czego chcieć więcej? Aby produkt był tańszy choć gdy popatrzymy na jego wydajność cena jest adekwatna co do jakości i wydajności produktu.


Dane ogólne:
Pojemność: moje opakowanie to 75 ml, w standardzie to 125 ml
Cena: za swoje małe opakowanie zapłaciłam 2 funty (szczęśliwy traf), produkt jednak w tej pojemności nie jest sprzedawany, opakowanie 125 ml to koszt około 15 funtów.
Data ważności: 12 miesięcy od otwarcia
Dostępność: stanowiska Clarins, internet


Podsumowując:
Nie wiem czy trzeba jeszcze coś dodawać. Dla mnie numer 1.

                                                              A Wy co o niej sądzicie?
                                                            Może miałyście okazję ją używać?

wtorek, 22 stycznia 2013

Czytaj dalej » 2

Aussie 3 Minute Miracle Reconstructor for Damaged Hair.

Witajcie Kochane!!!
Dziś recenzja kultowej już odżywki Aussie 3 Minute Miracle Reconstructor for Damaged Hair. Która z Was nie słyszała o tej odżywce?
Jest to jednak z najsłynniejszych odżywek. Przez jednych uwielbiana przez innych znienawidzona. 
Co ja o niej myślę? O tym poniżej.


Pare słów od producenta:


Opakowanie:
Bardzo wygodna tubka, dzięki której bez problemy możemy dozować odpowiednią ilość produktu. Otwór zabezpieczony jest silikonowym dziubkiem coś jak w niektórych ketchupach, co dodatkowo sprawia, że aplikacja jest jeszcze bardzej ułatwiona. Jedyne na co trzeba uważać to na fakt iż plastik z którego wykonana jest odżywka jest dość twardy i trzeba będzie uważać podczas ewentualnego rozcinania tubki.


Zapach:
Jak dla mnie niezbyt przyjemny choć dla większości jest "nieziemski". Mi kojarzy się z chemiczną gumą balonową. Jednak po jakimś przyzwyczaiłam się do niego a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że go nawet troszkę polubiłam. Jednak gdy odstawię tę odżywkę na jakiś czas i potem znów do niej wracam zapach mimo wszystko przez pierwszych pare użyć jest dla mnie nieco niemiły.

Konsystencja i kolor:
Typowa kremowa odżywka o lekko brzoskwiniowym kolorze.



Moja opinia:
Kto by co nie mówił ja jestem z niej bardzo zadowolona. 
Choć jak twierdzą niektórzy to ta odżywka jest bombą silikonową (dla dociekliwych skład podany poniżej). 
Ale do rzeczy.
Odżywka świetnie poradziła sobie z moimi puszącymi się włosami. Wygładziła je również i problemów z naelektryzowanymi włosami już nie było:)
Nie przetłuszcza włosów, łatwo się spłukuje, świetnie nawilża. Włosy po zmyciu są miękkie i "lejące". Nie ma mowy o czymś takim jak problem z ich rozczesaniem. Odżywka bardzo je nabłyszcza. Dodaje witalności przez co włosy lśnią własnym blaskiem a wkońcu o to nam chodzi:)
Jest bardzo wydajna. Wystarczy doprawdy niewielka ilość aby pokryć całe włosy.
Producent poleca aby trzymać ją na włosach 3 minuty. Przyznam, że czasami najzwyczajniej w świecie nie mam czasu i trzymam ją zaledwie 1 minutę a efekty i tak są rewelacyjne.
Zdarzyło się i tak, że trzymałam ja dłużej niż 15 i też było ok. Nie przetłuściła mi włosów ani nic z tych rzeczy.

Dane ogólne:
Pojemność: 250 ml
Cena: różnie od 3 funtów do nawet 6, w zależności gdzie ją kupimy
Termin ważności: 12 miesięcy od otwarcia
Dostępność: ogólnodostępna w UK: Boots, Superdrug, internet


Podsumowując:
Jestem bardzo zadowolona z tej odżywki a przede wszystkim z jej działania. Napewno do niej wrócę choć tym razem może wybiorę jakiś inny wariant, który będzie ładniej pachniał;)
Gorąco polecam ją każdemu. Jest warta każdego grosika:D

                                                                  A czy Wy miałyście okazję ją używać?
                                          Co o niej sądzicie?

sobota, 19 stycznia 2013

Czytaj dalej » 10

Organix Moroccan Argan Oil, szampon i odżywka. Miłe zaskoczenie czy kolejne rozczarowanie?

Witajcie Kochane!!!
Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją szamponu i odżywki firmy Organix Moroccan Argan Oil. Oba te produkty kupiłam, a raczej wymieniłam za punkty, które uzbierałam sobie na swojej karcie do drogerii Boots.
Przyznam szczerze, że wziełam je w celu przetestowania jeszcze raz tej firmy. Swego czasu posiadałam również szampon i odżywkę tylko w wersji z kokosem, która okazała się kompletną klapą. 
Jak sprawdziłam się ta wersja? Zapraszam do przeczytania recenzji.



Opakowanie:
Buteleczki wykonane są z bardzo mocnego plastiku. Bardzo ciężko było je rozciąć tak aby się nie skaleczyć. Nie jest to zbyt dobre wyjście. Standardowa pojemność to 385 ml i buteleczka jest bardziej pękata co wcale nie ułatwia sprawy. Sama szata graficzna jest jak najbardziej na plus ale niestety opakowanie na minus.


Zapach:
Mi osobiście przypadł do gustu. Trudno jest mi co prawda go opisać, ale wyczuwam odrobinę nutki cytryny. Może to tylko takie moje odczucie. Zapach utrzymuję się bardzo długo na włosach za co dodatkowo go cenię.

Konsystencja i kolor:
Szampon- ma  żółte zabarwienie i "glutowatą" konsystencję, co wcale fajne nie jest. Ciężko jest wydobyć odpowiednią ilość na samym początku. Z czasem staje się już to dużo łatwiejsze.
Odżywka- również ma lekko żółtawe zabarwienie i kremową konsystencję. 


Powyżej konsystencja szamponu. Na zdjęciu nie widać, że jest "glutkiem". Musicie uwierzyć mi na słowo:)


I odżywka.


Moja opinia:
Szampon wraz z odżywką mają za zadanie wzmocnić i odnowić nasze włosy.
Czy tak się stało?
Na wstępie zaznaczę, że miałam mniejsze wersje pojemnościowe więc tak naprawdę trudno jest mi ocenić czy po tak krótkim okresie stosowania mogę zauwać jakieś diametralne zmiany.
Jednak i dużo zastrzeżeń również nie będzie. Oprócz tej nieszczęsnej konsystencji szamponu tak naprawdę nie mogę się zbytnio do niczego doczepić.
Zacznę możę od szamponu.
Byłam troszkę sceptycznie nastawiona do niego. Pamiętam jak wersja z kokosem dała w kość moim włosom. Nie dość, że tamten prawie wogólę się nie pienił to na dodatek plątał włosy jak mało który szampon.
Dlatego też po użyciu tego czekała na mnie bardzo miła niespodzianka. Włosy pięknie pachniały, nie było problemów z rozczesaniem (nawet kiedy nie użyłam odżywki). Jednak co mnie najbardziej zaskoczyło to fakt iż szampon się bardzo dobrze pieni i wystarczy doprawdy niewielka ilość aby uzyskać dość pokaźną pianę. Włosy po umyciu czuć było, że są świeże i nie obciążone. Niestety nie mogę stwierdzić czy szampon pomógł odbudować moje włosy. Czy je wzmocnił? Hmm...Napewno im nie zaszkodził a to już wielki plus. 


Skład dla ciekawskich.

Odżywka. Okazała się również miłym zaskoczeniem.
Pachniała tak samo pięknie jak szampon. Była kremowa i dość gęsta przez co aplikacja jej na włosy nie była uciążliwa. Dzięki swej idealnej konsystencji nie spływała z włosów. Włosy po zastosowaniu były gładkie, lśniące i nie było wogóle problemów z rozczesaniem. Dodatkowo odżywka nie obciążyła mi włosów. Spektakularnych zmian nie zauważyłam (podobnie jak w przypadku szamponu). Może gdybym miała większą pojemność mogłabym lepiej ocenić działanie obu kosmetyków. Mimo wszystko jestem bardzo z niej zadowolona.



Dane ogólne (wersja travel size):
Pojemność: 88.7 ml
Cena: 1.99 f za sztukę
Termin ważności: 18 miesięcy od otwarcia
Dostępność: drogerie Boots, internet


Podsumowując:
Z obu produktów jestem bardzo zadowolona. Po trefnej serii z kokosem ta okazała się być całkiem udanym produktem tej firmy.
Czy kupię ją ponownie?
Zdecydowanie w przyszłości TAK (jak tylko wykończę swoje obecne zbiory).
Polecam każdemu kto ma ochotę wypróbować:)

A czy Wy miałyście okazję testować tę serię?

czwartek, 17 stycznia 2013

Czytaj dalej » 10

Lirene- oczyszczający żel peelingujący do mycia twarzy.

Witajcie Kochane!!!
Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją peelingującego żelu z Lirene.
Kosmetyk ten kupiłam będąc ostatnim razem w Polsce. Czekał grzecznie na swoją kolej i się doczekał:)


Tradycyjnie zacznę od opakowania:
Opakowanie to zwykła miękka tubka. Łatwo można przez nią dostrzec ile produktu nam jeszcze zostało. Co prawda jeszcze dna nie dobiłam;) ale myślę, że większego problemu nie sprawi również jej ewentualne rozcięcie.



Zapach:
Kosmetyk w swym składzie zawiera wyciąg z soku z cytryny (czy faktycznie zawiera tego nie wiem, jak na razie składu kosmetyków dopiero się uczę) przez co zapach jak dla mnie jest bardzo przyjemny. Da się wyczuć cytrynę/cytrusy przełamane jeszcze jakimś innym zapachem, którego bliżej określić nie umiem.


Konsystencja:
Typowo żelowa z mnóstwem małych drobinek. Średnio się pieni a wręcz praktycznie wogóle jednak rewelacyjnie odświeża i oczyszcza skórę.

Moja opinia i parę słów od producenta:


Żelu na początku miałam używać codziennie do dziennej i wieczornej pielęgnacji. Niestety moja cera ostatnio przechodziła nie najlepszy okres i dosłownie wszystko ją podrażniało. Codzienne więc ścieranie musiałam odłożyć do momentu poprawy stanu skóry.
Dlatego też żel ten posłużył mi jako peeling. Używam go 2-3 razy w tygodniu i z racji tego że ma bardzo ładny zapach udało mi się nawet namówić swojego chłopaka aby zaczął go używać.
Co do samego działania.
Po raz kolejny nie zawiodłam się na tej firmie.
Peelingujący żel jest fenomenalny. Bardzo dokładnie oczyszcza skórę ze wszystkich zanieczyszczeń i dodatkowo ją odświeża. Skóra po użyciu jest widocznie gładsza i delikatniejsza w dotyku. 
Dużym plusem jest również fakt iż produkt faktycznie nie wysusza nam buzi. 
Ze względu na obecny stan swojej skóry nie stosuję go codziennie ale osoby, które nie mają takich problemów jak ja podejrzewam, że codzienne jego używanie będzie samą przyjemnością i nie wyrządzi żadnej krzywdy ze względu, że drobinki są bardzo delikatne i nie są ostre;)
Gdy tylko uporam się z obecnym stanem swojej buzi napewno zacznę używać go systematycznie.
Dodatkowo wydajność jest bardzo dobra. Używamy go od ponad miesiąca i nawet tubka w połowie pusta nie jest.



Dane ogólne:
Tubka o pojemności 150 ml.
12 miesięcy ważny od otwarcia.
Cena: około 10-13 zł
Dostępność: Ja swój żel kupiłam w rossmanie więc napewno tam i oczywiście wszystkie źródła internetowe.



Podsumowując.
Jestem bardzo zadowolona z tego produktu. Gorąco mogę polecić go każdemu.
W przyszłości jak tylko wykończę swoje zapasy napewno do niego wrócę.

Kończąc życzę każdemu miłego wieczorku.
Buziaki 
Wasz
Kokos

niedziela, 13 stycznia 2013

Czytaj dalej » 13

Cienie Inglota cz. I

Witajcie Kochane.
Dzisiaj zaczynam pierwszą część mojej inglotowskiej kolekcji.
W przeciągu roku 2012 udało mi się zgromadzić niemałą kolekcję, z której jestem bardzo dumna i cieszę się, że wkońcu miałam okazję przetestować te cienie.
Dzisiaj pokażę Wam pierwszą paletkę, którą dostałam od hoshi777. Większość cieni wybrałam sama a resztę wybrała hoshi. W drodze wymianki umawiałyśmy się na same cienie. Kiedy otworzyłam swoją paczuszkę cieszyłam się jak dziecko bo oprócz wybranych cieni dostałam również paletkę na 10 cieni Freedem System.
W skład mojej pierwszej paletki wchodzą: 3 matowe cienie oraz 4 o wykończeniach m.in AMC shine, pearl czy double sparkle. Zostały jeszcze 3 miejsca, które mam nadzieję z czasem zapełnić:)
Nie przedłużając zaczynam prezentację oraz pokrótce napiszę swoje zdanie na temat poszczególnego cienia.


Cała paletka prezentuję się następująco.
Zacznę od górnego rzędu od lewej strony.



328 Matte- zwykły "cielaczek". Idealnie nadaję się na całą powiekę i jako baza pod inne cienie. Czasami nawet używam go pod łuk brwiowy chociaż jest nieco za ciemny jeżeli o mnie chodzi. Mimo wszystko bardzo go lubię.



337 Matte- niestety mój aparat nieco przekłamał kolorek tego cienia. W rzeczywistości jest nieco jaśniejszy coś a'la kawa cappucino;) Idealny cień którego używam na całą ruchomą powiekę ale sprawdza się równie dobrze w celu blendowania oraz w "zacieraniu" granic przy innych cieniach.



357 Matte- Typowa kawa z mlekiem. Używam tego cienia w załamanie powieki. Bardzo ładnie współgra z niebieską tęczówką.


Tak cienie prezentują się roztarte na dłoni.
Od lewej 328, 337, 357.



111 AMC Shine- delikatne jasne złoto. Niestety z obecnych cieni jest to cień, którego najbardziej nie lubie. Nie wiem w sumie czemu. Może dlatego, że u mnie na oku bardzo niekorzystnie wygląda. Gasi kolor mojej tęczówki i jest tak jakby mało "kryjący"/napigmentowany.



456 Double Sparkle- jest to najpiękniejszy cień w całej mojej inglotowskiej kolekcji. Aparat po raz kolejny nie oddał piękna tego cienia. Idealny do makijażu dziennych jak i wieczorowych. Cudny beż z domieszką maleńkich drobinek, które na oku wyglądają nieziemsko. Kto jeszcze nie ma tego cienia gorąco polecam. Jest najlepszy.



407 Pearl- róż z brzoskwinką i domieszką koralu, z zatopionymi drobinkami złota, które na oku zmieniają się w piękną taflę. Bardzo ciekawy odcień, który podobny jest do cienia z MAC Expensive Pink. 407 ma w sobie więcej różu i złotych drobinek natomiast ten z maca wpada troszkę bardziej w fiolet. Różnica (na żywo) jest doprawdy niewielka.


Z lewej Inglot z prawej Mac.



405 Pearl- ostatni już w dzisiejszym poście. Bardzo przypomina mi również cień z Mac w odcieniu Woodwinked. Pięknie wygląda na oku z niebieską tęczówką. W połączeniu z np. duraline może tworzyć przepiękne kreski. Cień wielofunkcyjny. Bardzo go lubię, szczególnie w mocniejszych/wieczorowych makijażach.



Cienie roztarte na dłoni. Wyżej w zwykłym świetle, poniżej w świetle sztucznym.
Od lewej: 111, 456, 407, 405.

Tak oto prezentują się cienie w mojej pierwszej paletce. Po pierwszych testach już wiedziałam, dlaczego tak dziewczyny zachwalają te cienie. One są naprawde świetne. Niestety w swoim rodzinnym miasteczku inglota nie mam więc mam bardzo ograniczony dostęp do tych kosmetyków. Dzięki uprzejmości hoshi777 udało mi się przetestować te cienie.
Kochana jeszcze raz Ci dziękuję za Twoje dobre serduszko.

Już wkrótce pokażę Wam kolejne cienie w swojej małej kolekcji.

                                                       Kochane i na koniec prośba do Was.
                                                        Jakie cienie inglota Wy polecacie?

Życzę Wszystkim miłego i słonecznego dnia. U mnie słonka nie było od ponad tygodnia:(

środa, 2 stycznia 2013

Czytaj dalej » 10