Projekt Denko Wrzesień

Witajcie Kochani!!!

Co miesięczne podsumowanie zużyć kosmetycznych czas zacząć...


Zapraszam:


Zacznę może od świecy z Yankee Candle o zapachu French Lavender. Lawendę zarówno jako kwiat jak i zapach w kosmetykach bardzo lubię a ta świeczka właśnie tak pachniała. Zapach był na prawdę bardzo intensywny więc przy dłuższym paleniu stawał się nieco uciążliwy. Wrażliwe nosy myślę że by się z nią nie polubiły.


Woda perfumowana od Hally Berry Reval. Zapach kupiłam bo pachniała nim moja koleżanka z pracy. Tak bardzo mi się spodobał że przeszukałam całego eBay-a aby go kupić. I co? Wielkie rozczarowanie. Na mnie ten zapach w ogóle się nie utrzymywał i po około 30 min nie pachniałam już w ogóle. Z buteleczką żegnam się więc bez większego żalu.

O maskarze Lash Architect 4D z L'oreala więcej będziecie mogły przeczytaj tutaj KLIK.

Kolejną maskarą również z firmy L'oreal jest Volume Milion Lashes So Couture. Jej pełną recenzję poznacie w najbliższych dniach. Powiem tylko tyle że dla mnie to jedna z najlepszych maskar jakie miałam okazję testować:)


Mydełko Dove w wersji Oryginal gości w mojej łazience od parunastu lat. Nie wysusza, ładnie pachnie i delikatnie pielęgnuje dłonie.

Antyperspirant Sanex okazał się wielką klapą. Nie chronił prawie wcale i na dodatek już po paru godzinach od aplikacji zapach był bardzo nieprzyjemny.

Za to nasza Rexona w wersji Anty Stress nie dość że pachniała pięknie- cytrusowo to jak zwykle mnie nie zawiodła i spisała się w naprawdę ekstremalnych warunkach.

Zmywacz do paznokci z Sally Hansen w wersji różowej to jak na razie stały bywalec w mojej kosmetyczce. Mam wielką ochotę spróbować hybryd więc kiedy zacznę już swoją przygodę z nimi zwykłe zmywacze nie będą mi potrzebne;)

I na koniec niezastąpiony Tisane. Ulubieniec chyba nas wszystkich:)


Soap & Glory to jeden z lepszych balsamów nawilżających jaki miałam okazję używać. Jeżeli jesteście ciekawi jego pełnej recenzji zapraszam tutaj KLIK.

Tołpa Botanic Czarna Róż odżywczy krem kokon do rąk. To jedna z słynniejszych wersji zapachowych firmy. Dla mnie nie jest to zapach zły ale też nie porywający. Kremu zużyłam jako krem do stóp gdyż nie miałam pod ręką strikte takiego produktu. Świetnie nawilżył stopy i otulał je niczym kokon. Bardzo mi się spodobał ten produkt i jestem ciekawa innych kosmetyków z serii Botanic.


O obu kosmetykach Simple więcej przeczytacie tutaj KLIK, a o peelingu z Sylveco tutaj KLIK.


Le Petit Marseiliais czyli żel pod prysznic z nektarynką i białą brzoskwinią to mój pierwszy produkt z tej firmy, który okazał się niezwykłym umilaczem codziennych kąpieli. Żałuję że nie miałam okazji przetestować innych wersji zapachowych (w zapasie mam jeszcze jeden zapach nektarynka (o ile się nie mylę) i orzech laskowy).

Nivea to żel do którego ciągle i ciągle wracam już od paru lat.

O mydle cedrowym od babuszki Agafii mogliście więcej poczytać tutaj KLIK.

Avon Planet Spa Herbal Steam Bath z naturalnym eukaliptusem czyli nic innego jak peeling do ciała to nowość w katalogu. Jak tylko przeczytałam że w swym składzie zawiera eukaliptus nawet się nie zastanawiałam tylko od razu zamówiłam. Niestety do eukaliptusa bardzo mu daleko ale jako peeling spisywał się na prawdę bardzo dobrze. Drobinki choć małe świetnie radziły sobie z martwym naskórkiem. 


Maska z Kwasem hialuronowym w formie nasączonego płata spisywała się całkiem przeciętnie. Maska złuszczająca z Holika Holika okazała się maską nawilżająca i przyznam szczerze, że jej działanie przypadło mi do gustu.
I w ramach rekompensaty zużyłam jeszcze maskę złuszczającą do stóp z L'biotica i jestem właśnie na etapie intensywnego złuszczania. Jej działanie i efekty są zadowalające.


Gigantyczne opakowanie 1500ml odżywki intensywnie regenerującej z Goldwell starczyło mi na ponad rok (nie regularnego) używania. Po zużyciu całej odżywki jestem w stanie stwierdzić że jest to jedna z najlepszych odżywek jakie miałam szanse kiedykolwiek używać i sama dziwię się sobie dlaczego nie napisałam o niej oddzielnej recenzji.
Serdecznie ją polecam.


Pozostając przy włosach zużyłam kolejne opakowanie suchego szamponu z Batiste oraz wielką 400 ml butle szamponu przeciwłupieżowego z Garnier zakupionego w Biedronce. Szampon dobrze mył i oczyszczał ale strasznie swędziała mnie po nim skóra głowy.
Natomiast szampon z Macadamia Natural Oil świetnie działał. Nawilżał, oczyszczał, pielęgnował, ułatwiał rozczesywanie, pięknie pachniał i był wydajny. W przyszłości zakupię pełnowymiarowe opakowanie.


I na sam koniec denka i włosomaniactwa;) 3 odżywki.
Isana Oil Care fajnie odżywiała włosy, ładnie pachniała, ułatwiała rozczesywanie ale niestety była bardzo rzadka i szybko się zużyła.

Maska z Seboradin miała pomóc aby nasze włosy nie wypadały. Firma chyba coś zmieniła w składzie bo maska nie pachnie tak jak dawniej a i żadnych dobroczynnych wpływów nie zauważyłam jeżeli chodzi o włosy.

I na koniec znana i lubiona przez was i mnie również odżywka z Garnier Oil Repair. No jest po prostu świetna i tyle...:)

Na produktach do włosów kończę swój projekt i zaczynam zbierać kolejne puste opakowania;)

Październik ogłaszam miesiącem bez zakupów. Mam nadzieję że wytrwam w swoim postanowieniu:)

A jak Wasze denka? Pochwalcie się:)

Ściskam

Justyna

wtorek, 29 września 2015

Czytaj dalej » 36

Naustna armia

Witajcie Kochani!!!

Nadchodzący okres jesienno zimowy dla wielu z nas nie będzie łaskawy. Usta jako iż są wystawione na bezpośrednie działanie czynników zewnętrznych będą przesuszone, spierzchnięte a i żaden kosmetyk kolorowy nie będzie na nich wyglądał dobrze. 

Pielęgnacja tak wrażliwych miejsc nie jest łatwa. W dzisiejszym poście przedstawię Wam parę kosmetyków które według producentów mają nam pomóc w uzyskaniu pięknych i zadbanych ust.


Zaczynajmy:

Na pierwszy rzut pójdą produkty "apteczne". 
-Vichy Aqualia Thermal
-La Roche Posay Cicaplast


Firma Vichy do całej serii Aqualia Thermal dorzuciła również sztyft ochronny. Forma sztyftu bardzo mi się spodobała gdyż jest najbardziej higieniczna i można ją zabrać do torebki, kurtki. Sztyft ma pojemność 4.7 ml i ma za zadanie regenerować suche i popękane usta oraz je koić. Przyznam szczerze, że faktycznie dobrze się spisywał i obietnice producenta w tym przypadku zostały spełnione. W mroźne dni fajnie "otulał" usta delikatna warstwą dzięki czemu miałyśmy pewność, że usta nie popękają (tak jak często w moim przypadku bywało, byle mróz, wiatr i na ustach miałam skorupę). Dodatkowo bardzo przyjemnie pachniał i dawał delikatny, bezbarwny połysk na ustach. Nawilżenie jednak nie było długo trwałe i z chwilą kiedy produkt znikał nam z ust znikało również nawilżenie więc aplikację trzeba było koniecznie ponawiać. Mimo wszystko w przyszłości jak tylko zużyję swoje gigantyczne zapasy z chęcią bym do niego wróciła. Cena to około 10-15 zł i jest dostępny m.in w aptekach.



Kiedy się ma mało czasu i robi się zakupy internetowe w "biegu" można się pomylić i zamiast kremu Cicaplast do twarzy wrzuca się do koszyka Cicaplast ale do ust;)
Kiedy otwierałam paczkę z moim zamówieniem nie kryłam radości że w końcu przetestuje słynny Cicaplast. Jakie było moje zdziwienie kiedy zobaczyłam małą 7.5 ml tubeczkę z aplikatorem;) Zdałam sobie sprawę że popełniłam gafę.
Zabrałam się do testów. Cicaplast jest zamknięty w miękkiej tubce z aplikatorem. Moja aplikacja wyglądała tak, że wyciskałam odrobinę na palec i dopiero później nakładałam na usta. Bezpośrednia aplikacja powodowała, że wokół zatyczki zostawał produkt i wiadomo, co później się tak mogło gromadzić. Do samego działania nie mam żadnych zastrzeżeń. Według producenta balsam miał stanowić barierę na naszych ustach i dodatkowo je naprawiać. Formuła była bardzo gęsta i treściwa i wystarczyła odrobina produktu na całe usta. Świetnie nawilżał i stanowił barierę przed zimnem i wiatrem. Nawilżenie było długotrwałe. Nadawał się jako baza pod pomadki. Był bardzo wydajny, bezzapachowy i nadawał lekki, bezbarwny połysk naszym ustom. Balsam bardzo pozytywnie mnie zaskoczył i mogę go serdecznie polecić. Cena to około 13 do 18 zł w zależności od miejsca zakupu. 



Od kosmetyków aptecznych przejdźmy do drogeryjnych.


Słynne masełko z Nivea o smaku jagodowym. Marka Nivea wypuściła różne wersje zapachowe/smakowe w metalowych puszeczkach. Przyznam, że niekiedy otwarcie tej puszeczki strasznie mnie irytowało;/ Forma mało higieniczna, więc balsam stosowałam jedynie w domu i to przeważnie na noc. Dzięki przyjemnemu jagodowemu zapachowi używanie tego masełka było przyjemne. Na ustach pozostawiał delikatną różową poświatę i śmiało mógł "robić" jako pomadka do dziennych makijaży. W kwestii nawilżania to niestety nic szczególnego. W skład masełka wchodzi parafia czyli produkt który daje nam złudne uczucie nawilżenia. Rano usta owszem były miękkie i nie spierzchnięte ale wystarczyła chwila aby znów wołały o dawkę jakiegoś smarowidła. Jako fajny gadżet tak, ale jako dobry nawilżacz niestety nie. Jednak wiele dziewczyn bardzo je lubi i chętnie go używa. Ja również lubię to masełko ale powrotu (po wykończeniu) nie planuje. Cena to około 10-14 zł. Ogólnodostępny.



Nivea Vitamin Shake Cranberry& Rapsberry to wspaniałe połączenie które pachnie jak guma mamba malinowa i najchętniej zlizywałabym ją z ust. Ta pomadka ochronna swego czasu biła rekordy popularności i bardzo ciężko było ją dostać. Po wielu próbach udało mi się. Jednak w kwestii nawilżenia niestety nieco się rozczarowałam. Efekt nawilżonych ust nie był spektakularny i często trzeba było ponawiać aplikacje. Dzięki, temu że jest w formie sztyftu można ją było zabierać do torebki i aplikacja nie wymagała lusterka. Na ustach pozostawała, delikatna, różowa poświata. Przyjemnie mi się jej używało ale wymagającym ustom na pewno by nie wystarczyła. Z racji swojego zapachu/smaku i ceny myślę, że w przyszłości chętnie bym po nią sięgnęła. Z Nivea bardzo przypadła mi do gustu pomadka z oliwką i limonką, która pachnie obłędnie i moim zdaniem nawilża nieco lepiej niż Vitamin Shake.



I na koniec produkt również drogeryjny ale wykonany w 100% z naturalnych składników. Burt's Bees z olejkiem z granatu. Firma Burt's Bees słynie z naturalnych kosmetyków i dodatkowo nie testuje na zwierzętach. To się ceni. Tak jak wspomniałam wcześniej pomadka ochronna wykonana jest w 100% z naturalnych składników. Ma za zadanie nawilżać nam usta. Dzięki zawartemu olejkowi faktycznie te usta nawilża i na dodatek efekt jest długotrwały. Pięknie pachnie i nadaje naszym ustom delikatną różową poświatę. Jest bardzo wydajna. Lubię ją używać kiedy wyskakuje mi opryszczka. Szybko pomaga mi się z nią uporać. Nie "leczy jej" ale nawilża świetnie obszar dotknięty zmianą dzięki czemu opryszczka szybciej się goi. Miałam inne wersje zapachowe tej pomadki ale tylko ta z olejkiem z granatu najbardziej mi odpowiada pod względem zarówno nawilżenia jak i smaku. Jej pojemność 4.25g jest ważna 12 miesięcy od otwarcia. Możemy ją dostać m.in w drogeriach Boots za cenę około 4-5 Ł. Często występuje w różnych promocjach i wtedy polecam na nią polować.



Na koniec "ustnego" posta zostawiłam 2 najdroższe produkty. 


-Korres Lip Butter
-Nuxe Reve de Miel

Marka grecka Korres nie była mi dobrze znana aż do momentu kiedy zaopatrzyłam się w ich masełko do ust. Wybrałam odcień Jasmine czyli delikatny róż, który tak nawiasem mówiąc idelanie nadaje się do dziennych makijaży. Ma charakterystyczny zapach, który ciężko mi określić ale osobiście bardzo go lubię. Pojemność 6 g to koszt około 8-10 Ł czyli sporo jak na produkt do ust ale gwarantuje Wam że efekt nawilżenia jest tego wart. Masełko niestety nie jest zbyt higieniczne (choć marka wprowadziła formę sztyftów ale ich nie miałam okazji jeszcze używać) gdyż trzeba "grzebać" w nim paluchami. Ja osobiście używam pędzelka. Masełko jest bardzo gęste i kremowe. Gładko sunie po ustach i "przykleja" się do nich. Stopień intensywności koloru możemy dowolnie stopniować. Ja preferuje delikatnie, jedną warstwę produktu gdyż taka jest wystarczająca. Masełko świetnie nawilża usta. Nie podkreśla suchych skórek i dodatkowo pielęgnuje nam usta. Długo utrzymuje się na ustach ale oczywiście nie przetrwa nam próby podczas posiłku. Nie mam mu nic do zarzucenia. Obecny egzemplarz mam właśnie na wykończeniu. Po zużyciu chętnie zaopatrzę się w wersję Guava gdyż ona najbardziej mnie ciekawi. Serdecznie polecam.



Reve de Miel to jeden z czołowych produktów marki Nuxe. Prawie każdy o nim słyszał i wiele osób go posiada. Ja długo czaiłam się i w końcu kupiłam na promocji. Cena regularna 10 funtów za mały słoiczek nieco mnie zniechęcała ale nadarzyła się okazja więc capnęłam go za funtów 6. Konsystencja bardzo gęsta, zbita. W swoim składzie ma m.in miód który jest wyczuwalny. Mimo to zapach bardzo mi się podoba.
Masełka używam jedynie na noc. I tak. Na początku używania, gdzieś tak do połowy słoiczka nie widziałam żadnych rezultatów. Raz nakładałam cieńszą warstwę, raz grubszą. Codziennie rano budząc się nie widziałam ani mega nawilżenia, ani wypielęgnowanych ust. Głowiłam się nad tym, nad czym Ci ludzie się tak zachwycają. Rozczarowana kiepskim działaniem odstawiłam masełko na dno szafki i zaczęłam używać innych produktów. Jakieś 3 miesiące temu z moimi ustami zaczęło dziać się coś niedobrego. Pękały i to w taki sposób jakby ktoś pociął mi je nożem. Kąciki ust miały najgorzej i najbardziej "cierpiały". Nic nie pomagało. W końcu któregoś dnia wyciągnęłam zapomniane masełko i zaczęłam regularnie stosować. I stał się mały "cud". Usta przeszły metamorfozę. Zajady z dnia na dzień były mniej widoczne, pęknięte usta się regenerowały, suche skórki znikały (plus dodatkowo delikatny peeling), usta nabierały koloru. Nie twierdzę że to zasługa tylko tego masełka bo do poprawy stanu moich ust przyczyniła się też drastyczna zmiana mojej diety ale masełko na pewno pomogło zewnętrznie poradzić sobie z tą "masakrą" którą miałam na ustach. Zwracam mu honor i jak tylko się skończy na pewno kupię kolejne opakowanie:)



Ja oprócz tych przedstawionych w powyższym poście balsamów, masełek, sztyftów mam, stosuję i bardzo lubię również m.in słynny balsam Tisane (zarówno w słoiczku jak i w sztyfcie), jajeczka EOS, które dostałam od siostry ale one ze względu na swoje atrakcyjne opakowanie;) idealnie nadają się do torebki, oraz parę innych, które zapewne kiedyś pojawią się w którymś z denek:)

Uff...wywód długi jak Polska cała:D


Napiszcie jakie są Wasze ulubione produkty do ust?

Ściskam

Justyna

poniedziałek, 28 września 2015

Czytaj dalej » 30

Pod lupą część II

Witajcie Kochani!!!

Dziś kolejny odcinek serii postów zapoczątkowanych na moim blogu pod tytułem "Pod lupą". Jeżeli nie widzieliście pierwszej części serdecznie zapraszam Was tutaj KLIK.
W dzisiejszym "odcinku";) będziecie mogły przeczytać m.in o...:

Simple żel do mycia buzi i płyn micelarny.


Oba produkty noszą miano numer 1 w UK. Nad czym te zachwyty?
Zacznę może od żelu. Jak dla mnie żel jak żel, który nie szkodzi ale też nie robi wielkiego "wow". Średnio się pienił i dawał na skórze uczucie śliskiej bazy silikonowej. Podczas porannego mycia, owszem odświeżał buzię ale o domyciu makijażu już nie było mowy. Na szczęście nie ściągał buzi, nie wysuszał ani nie podrażniał ale mimo wszystko to nie jest żel dla mnie i więcej do niego nie wrócę.
Plus za opakowanie, dzięki któremu możemy zobaczyć ile produktu nam jeszcze zostało i możliwość zużycia żelu do samego końca. Cena za pojemność 150 ml jest różna i waha się między 2-5 funtów. W UK ogólnodostępny.

Jego brat, płyn micelarny jest porównywany przez wiele osób do słynnego płynu micelarnego z Garniera. Ja osobiście tak nie uważam. Używałam go głównie do demakijażu oczu. Parę razu zdarzyło mi się również usunąć nim makijaż twarzy i w tej roli spisał się całkiem nieźle. Z oczami radził sobie różnie w zależności jak mocny miałam makijaż. Z delikatnym rozprawiał się ogólnie ok ale trzeba była więcej czasu poświęcić niż podczas wykonywania demakijażu płynem choćby z Garniera. Z mocnym makijażem już nieco gorzej tzn. trzeba było zużyć więcej płatków, więcej płynu i...więcej czasu. Również mnie nie podrażnił ani nie uczulił ale podobnie jak w przypadku żelu z tej firmy powrotu do tego micela nie przewiduje.
Opakowanie 200 ml kosztuje w granicach 3-5 funtów w zależności od miejsca zakupy i promocji. Ogólnodostępny w UK.

Od mojej kochanej Justynki dostałam zestaw do włosów z Planeta Organica. Turecki szampon do włosów i marokańską odżywkę.


Od szamponu może zacznę. Szata graficzna jest prosta i skromna za co wielki plus. Dodatkowo pompka czyli to co większość z nas również uwielbia. Sam szampon ma bardzo charakterystyczny cynamonowy zapach i nie każdemu on może się podobać. Utrzymuje się on dość długo na włosach. 
Ogólnie rzecz ujmując moje włosy za naturalnymi kosmetykami nie za bardzo przepadają. Zdecydowanie bardziej wolą coś "silikonowego" ale ja staram się wprowadzić do swojej pielęgnacji raz na jakiś czas coś bardziej naturalnego.
Szampon zaskoczył mnie mega pozytywnie. Bardzo dobrze się pienił przez co wystarczyła niewielka ilość na umycie włosów. Dobrze oczyszczał skórę głowy jak i włosy. Nie plątał ich. Włosy po umyciu były gładkie, miękkie i bardzo dobrze się układały. Nie podrażnił mojego skalpu a wręcz przeciwnie. Koił problematyczne miejsca dzięki czemu mniej się drapałam. Dzięki pompce aplikacja była łatwiejsza a i wydajność oceniam na wysokim miejscu. Jestem bardzo zadowolona z tego produktu i jak tylko będę miała okazję z pewnością do niego wrócę.

Marokańska odżywka również zamknięta jest w opakowaniu z pompką i pachnie już zupełnie inaczej...bardziej męsko moim zdaniem ale osobiście ten zapach podobał mi się i nie miałam z nim problemu. Konsystencja nieco rzadka ale nie uciekała przez palce. Do odżywki miałam jeszcze większe obawy niż do szamponu. Okazały się one bezpodstawne bo odżywka spisała się równie dobrze co szampon. Przede wszystkim wygładzała włosy nadając im blask. Ułatwiała rozczesywanie dzięki czemu nie musiałam wyszarpywać sobie garści włosów.
Włosy po jej użyciu stawały się przyjemne w dotyku, gładkie i lśniące. Oba produkty choć naturalne bardzo przypadły moim włosom do gustu i z przyjemnością do nich wrócę.
Ich cena to 10-15 zł za sztukę dostępne np. na Skarby Syberii.


Dwa produkty do twarzy, dwa do włosów a teraz czas na coś do ciała;)

Mydło cedrowe i miodowe od Babuszki Agafii również miałam możliwość przetestowania dzięki Justynie, bo to ona obdarowała mnie mydłem cedrowym a ja skuszona pozytywnymi opiniami zdecydowałam się na zakup miodowego.


Oba produkty mają aż po 300 ml pojemności i kosztują w zależności od miejsca od 13-do nawet 20 zł za sztukę.
Można je używać jako mydeł pod prysznic jak i jako szamponu do włosów. Osobiście używałam i nadal używam;) ich tylko jako mydeł pod prysznic. Nie mogę się przekonać aby użyć ich jako szamponów a powinnam bo wiele dziewczyn zachwala je również pod tym względem.
Jako mydła pod prysznic spisując się na 5 z plusem choć praktycznie w ogóle się nie pienią. Tworzą jedynie delikatną piankę. Niesamowicie dobrze oczyszczają naszą skórę przy czym jej nie wysuszają ani nie podrażniają. Robią to co każde dobre mydło robić powinno. Minusem może być ich wydajność= lub też fakt że ja sobie ich nie szczędzę;)
W kwestii zapachowej wygrywa oczywiście mydło cedrowe (jak mogło być inaczej) gdyż pachnie jak las i co najważniejsze naturalnie. Uwielbiam takie zapachy, dlatego mydło wygrywa jednym punktem od miodowego dzięki zapachowi. Oczywiście miodowe równie ładnie pachnie ale da się w nim wyczuć miód a niektórzy nie przepadają za tym zapachem w kosmetykach.
Podsumowując, z obu mydełek jestem bardzo zadowolona i z przyjemnością zakupię kolejne opakowania jak tylko te dobiją dna.

A na sam koniec będziecie mogły poczytać o słynnym duecie z firmy Vichy. Krem do twarzy Aqualia Thermal w wersji bogatej/riche i serum z tej samej linii Aqualia Thermal.


Firma Vichy zmieniła opakowania swoich kremów i dodała na wieczko lusterko. Fajny gadżet wg mnie. Poza tym szklany słoiczek zawsze kojarzył mi się z luksusem (sama nie wiem dlaczego). 
Do tej pory zawsze wybierałam wersje lekką ale tym razem postawiłam na bogatą aby przekonać się na własnej skórze czym tak na prawdę obie wersje się różnią. 
Fakt jest taki, że dla mnie obie wersje są praktycznie identyczne ale dziś będzie mowa o wersji riche.
Sam krem ma bardzo przyjemny zapach, lekką kremową konsystencję. Łatwo się rozprowadza na skórze. Trzeba chwilkę odczekać aby się wchłonął. Nie wchłania się do matu i pozostawia na skórze wyczuwalny film ale nie jest to nic nieprzyjemnego.
Kremu używałam na noc podczas wieczornej pielęgnacji. Jak działał. Przyznam szczerze, że nie miałam zbyt wielu oczekiwań odnośnie niego ale mile się rozczarowałam.
Krem bardzo dobrze nawilżał i łagodził ściągniętą skórę. Na drugi dzień rano skóra była miękka i bardzo dobrze nawilżona. Nie podrażnił mnie ani nie uczulił. Nie było wysypu nieprzyjaciół.
Ogólnie rzecz ujmując bardzo mi się spodobał i gdyby nie to, że odkryłam magiczną moc olejków nie wykluczone, że wracałabym do niego. Póki co pozostaje wierna olejkom;)


Natomiast serum jak dla mnie jest bardzooo przeciętne.
Dzięki przezroczystej buteleczce z pompką widzimy ile produktu zostało nam do końca. Aplikacja jest higieniczna.
Serum również ma przyjemny zapach charakterystyczny dla całej serii Aqualia Thermal, wodnistą konsystencję i łatwo się wchłania.
I tak na prawdę dla mnie to produkt zbędny, który owszem nie zaszkodził mojej skórze, ale też jej nie nawilżał w jakiś szczególny sposób. Używam go zarówno pod makijaż jak i pod krem na noc, w duecie z kremem. Nie widzę żadnych pozytywnych skutków podczas używania serum.
Zużyje je do końca ale powrotu na pewno nie planuje.

I w dzisiejszej części to by było na tyle.

Miałyście może okazje używać któryś z wymienianych kosmetyków?

Ściskam

Justyna

sobota, 26 września 2015

Czytaj dalej » 18

Czas na zmiany

Witajcie Kochani!!!

W końcu przyszedł taki czas kiedy chciałam "coś" zmienić w moim blogowym światku:)
Po długich rozmyślaniach odezwałam się do Karoliny, która tworzy niesamowite szablony i sama prowadzi własnego bloga. Na dodatek jest bardzo sympatyczna i służy swoją wiedzą i doświadczeniem.
Wysłuchała moich pomysłów i w taki oto sposób powstał mój nowy szablon.
Jest prosty, klasyczny i przejrzysty i jest taki jaki chciałam mieć.
Mam nadzieję, że i Wam się spodoba mój nowy "domek" i jeszcze chętniej będziecie do mnie zaglądać.


Karolinie jeszcze raz serdecznie dziękuje za czas poświęcony mi.

Ściskam

Justyna

A jak Wam podoba się mój nowy szablon?

piątek, 25 września 2015

Czytaj dalej » 26

L'oreal Lash Architect 4 D

Witajcie Kochani!!!

Jak wiecie lub nie, od kilku dobrych lat (w zasadzie odkąd zaczęłam się w ogóle malować) byłam i nadal jestem wielką fanką tuszu z Max Factor 2000 Calorie. 
Tusze z firmy L'oreal również cieszą się ogromną popularnością. Chcąc sprawdzić o co tyle szumy kupiłam Lash Architect 4 D.


Opakowanie tuszu jest "kosmiczne" ale też eleganckie;)
Szczoteczka tradycyjna, wygięta jest odrobinę. Włoski są gęsto rozstawione ale na szczęście nie "kują" powiek podczas malowania.

Swój egzemplarz posiadam w odcieniu brązowym. Na oczach wygląda bardzo naturalnie i do dziennych, delikatnych makijażu będzie w sam raz.





Jak zapewnia nas producent: 

Laboratoria L`Oreal Paris wprowadziły do formuły tuszu technologię długich włókien `relief 4D`. Wyjątkowo miękkie i niewykrywalne, włókna te stanowią materiał do rzęs. Twoje rzęsy w 4D są fenomenalnie wydłużone, podkręcone. Twoje spojrzenie jest zaznaczona we wszystkich kierunkach.
Szczoteczka Architekt 4D została specjalnie zaprojektowany, aby nadawała efekt sztucznych rzęs, bez ich obciążenia. W swojej finezji i plandeka ergonomiczny, ułatwia stosowanie włókien na rzęsy, włącznie z najmniejszymi rzęsami kącika oka. Umieszczone w regularnych odstępach szczeciny pozwalają na równomierne rozmieszczenie włókien i uzyskanie wspaniałego efektu,bez grudek.

Jak możecie zobaczyć na zdjęciach, po odkręceniu, maskara od razu miała dość gęstą konsystencję. Z reguły jest tak, że tusze są bardziej wodniste i trzeba dać im tydzień lub dwa na to aby bardziej zgęstniały i dawały lepsze rezultaty podczas malowania.
W tym przypadku od razu mieliśmy "gotową" formułę, która tak nawiasem mówiąc była całkiem ok. Szczoteczka też świetnie rozdzielała rzęsy.
Dzięki dość długiej i precyzyjnej szczoteczce można było dokładnie pokryć każdą rzęskę, nawet te najkrótsze.
Producent wprowadził do maskary formułę długich włókien. Na szczoteczce po dokładniejszym przyglądnięciu się faktycznie są one widoczne, jednak na rzęsach już nie.
Czy dawała efekt sztucznych rzęs? 
Hmm... moje rzęsy z natury są dość długie, ale dzięki tej maskarze faktycznie stawały się jeszcze dłuższe. Z podkręceniem niestety bym nie przesadzała. Owszem, delikatnie je podkręcała ale nie był to efekt jaki możemy uzyskać zalotką. 
Jedna warstwa nie dawała dużej objętości ale już 2 spokojnie te rzęsy pogrubiały. Niestety kiedy nałożyliśmy już trzecią warstwę, efekt nie przypominał sztucznych rzęs.
W komentarzach dziewczyny bardzo narzekały na nią pod względem, że bardzo się osypuje i lubi się odbijać tworząc efekt "pandy". Przyznam szczerze, że ja nie miałam problemu ani z jednym ani z drugim.
Podczas demakijażu, łatwo dawała się usunąć.
Wydajność standardowa. Ja z reguły staram się wymieniać tusze co 3-4 miesiące ze względu na bardzo wrażliwe oczy.



Tusze L'oreala nie należą do najtańszych i za Lash Architect 4 D musimy zapłacić około 60 zł. Często jednak są różnego rodzaju promocje i to właśnie wtedy polecam skusić się na te maskary.
Pojemność 12 ml, ważna 6 miesięcy od otwarcia. Ogólnodostępna.

Ogólnie tusz ujmując jest na tak i nie mam mu nic do zarzucenia. W przyszłości mam do testowania inne tusze z L'oreal więc do tego póki co nie powrócę.

A jakie są Wasze ulubione tusze do rzęs?

Ściskam
Justyna

wtorek, 8 września 2015

Czytaj dalej » 19

Soap & Glory The Daily Smooth Body Butter...na ratunek suchej skórze

Witajcie Kochani!!!

Na moim blogu bardzo rzadko można poczytać na temat smarowideł do ciała. Wynika to z tego, że w kwestii nawilżania swojego ciała jestem strasznie leniwa i jakiekolwiek próby systematycznego smarowania zawsze kończyły się niepowodzeniem.
Jednak raz na jakiś czas nachodzi mnie "faza" na smarowanie;) i wtedy uda mi się coś nawet zużyć. Tak jest i w tym przypadku. Produkt z Soap& Glory The Daily Smooth spodobał mi się do tego stopnia, że postanowiłam poświęcić mu oddzielny post.


Jak przystało na markę Soap& Glory opakowanie jest dziewczęce. Na nim również znajdziemy mnóstwo informacji dotyczących masła.
The Daily Smooth Body Butter czyli masło w odróżnieniu od pozostałych maseł z tej firmy zamknięte jest w 250 ml tubce co w tym przypadku nie jest najlepszym rozwiązaniem, gdyż masło jest niezwykle gęste i trzeba się czasami nieźle napocić żeby wydostać go z opakowania. Pod koniec produktu konieczne jest rozcięcie opakowanie. Za takie masełko musimy zapłacić około 8 Ł w sklepie Boots.

Masło ma biały kolor i tak jak wspomniałam wcześniej jest bardzo gęste.



Nuty zapachowe wg. producenta to bergamotka, czarna porzeczka, magnolia, frezja, wanilia i piżmo. Takie same występują m.in w peelingu Scrub'em & Leave'em czy w mgiełce zapachowej Mist You Madly's
Pachnie słodko i kobieco jednak dla niektórych osób może być to zapach męczący.



Składnikami, które mają zapewniać naszej skórze odpowiedni poziom nawilżenia jest olej z dzikiej róży i masło kakaowe.
Mimo swej treściwej konsystencji masło dość dobrze rozprowadza się na skórze, jednak lubiło ją troszkę bielić. Jest to oczywiście efekt bardzo krótkotrwały i tak na prawdę po paru ruchach znika.
Jako posiadaczka skóry normalnej (i tylko w niektórych obszarach skóry suchej m.in ramiona i łydki) nie mam się do czego przyczepić.
Masła używałam dość regularnie (tj. 3-4 w tygodniu) i taka częstotliwość w zupełności mi wystarczała.
Masło świetnie nawilżało moją skórę i codzienna aplikacja nie była konieczna gdyż nawilżenie utrzymywało się nawet do 3 dni. Podejrzewam jednak, że osoby ze skórą suchą musiały by jednak częściej po niego sięgać. 
Skóra była niesamowicie miękka i gładka w dotyku, a sam zapach był wyczuwalny przez wiele godzin. Masło zostawiało na skórze delikatny film, jednak nie było to nic nieprzyjemnego czy tłustego (tego bym raczej nie zniosła), a po aplikacji szybko się wchłaniało. Używałam je zarówno w okresie zimowym jak i letnim (tegoroczne lato w UK wyglądało jak wczesna jesień) jednak na Polskie upały wybrałabym jednak coś lżejszego;)



Jednym słowem robiło to co dobre masło powinno robić i dzięki temu zdołałam je zużyć (pojawi się w denku). W przyszłości myślę że chętnie bym po nie sięgnęła jak tylko zdołam zużyć to co do tej pory zalega na mojej półce, a uwierzcie mi na słowo jest tego mnóstwo;/ a mój zapał do smarowania raz jest a raz go nie ma;)

A jakie są Wasze ulubione smarowidła do ciała?

Ściskam

Justyna

niedziela, 6 września 2015

Czytaj dalej » 16