Sylveco rumiankowy żel do twarzy.

Witajcie Kochani!!!

Po zużyciu całego opakowania żelu rumiankowego z Sylveco przyszedł czas na recenzję. A skoro zużyłam całe opakowanie myślę, że moja recenzja będzie tym bardziej wiarygodna.
Podczas ostatniego pobytu w Polsce zdecydowałam się na zakup trzech produktów z tej firmy, o której ostatnio zrobiło się tak głośno.
W skład zamówienia wchodził lekki krem brzozowy, krem pod oczy (o nich dwóch również planuję recenzję jednak na chwilę obecną są one w fazie testowania więc nie będę wypowiadać się na ich temat) oraz właśnie rumiankowy żel do twarzy, który notabene przeznaczony jest do skóry tłustej, zanieczyszczonej, trądzikowej.
Dwie pierwsze klasyfikację zdaję śpiewająco więc go zamówiłam. 


Bardzo się cieszę, że żel jest z pompką. Kto jej nie lubi w kosmetykach? Bardzo ułatwia codzienną aplikację. Żel ponadto jest bardzo malutki. 100 ml buteleczka zaskoczyła mnie swoim rozmiarem (choć nie wiem czego się spodziewałam;)). W każdym bądź razie opakowanie jest jak najbardziej na plus i na dodatek higieniczne więc czego chcieć więcej.


Konsystencja jest rzadka i leista. Mimo to żel dobrze się rozprowadza.
Co do zapachu to tutaj widzę największy minus (pamiętajmy jednak że jest to kosmetyk o naturalnym składzie więc taki zapach jest normalny). Żel pachnie typowym rumiankiem. Nawet herbata rumiankowa ma ładniejszy zapach niż ten żel. Pierwsze kilka razy jego użytkowania wiązały się z wstrzymaniem oddechu. Osobiście bardzo lubię ziołowe zapachy ale ten odrzucał mnie na kilometr. Po około połowie opakowania zaczęłam się do zapachu przyzwyczajać i później był już on dla mnie znośny. Jednak bardzo wrażliwe nosy mogą być niezadowolone.



Na opakowaniu mamy 3 podstawowe zadania jakie żel ma spełniać. Z dwoma pierwszymi jak najbardziej mogę się zgodzić bo: faktycznie buzia jest dobrze oczyszczona (resztki makijażu również) i po bliższym przyjrzeniu się widać że pory również są oczyszczone. Za to wielki plus. Jednak redukcji wydzielania sebum niestety nie zauważyłam.
Sam żel ma bardzo przyjazny skład. Dobrze się pieni i jest bardzo wydajny choć na początku myślałam że taka mała buteleczka na długo nie wystarczy.
Używałam go dwa razy dziennie myjąc buzię rano i wieczorem po demakijażu w celu upewnienia się że buzia jest na prawdę czysta i gotowa na dalsze zabiegi pielęgnacyjne. 1-2 pompki wystarczały w zupełności.
Żel tworzył dobrą pianę która dokładnie wszystko oczyszczała. Zauważyłam też że lekkie ranki po wypryskach (które niestety pojawiły się w ostatnim czasie) ładnie goiły się a to zapewne za sprawą kwasu salicylowego 2 % który dodatkowo je lekko wysuszał. 
Żel mnie nie podrażnił ani nie uczulił. Uczulona byłam jedynie na jego niezbyt atrakcyjny zapach, który z czasem przestał mi przeszkadzać.


Skład:


Dodatkowe dane o produkcie:
Cena: na promocji około 16 zł, cena regularna około 20 zł
Pojemność: 150 ml
Dostępność: strona internetowa firmy, stoiska z naturalnymi kosmetykami
Termin przydatności: 6 miesięcy od otwarcia

Ogólnie rzecz ujmując z żelu jest bardzo zadowolona. Mogę mu wybaczyć nawet ten niezbyt ciekawy zapach i w przyszłości jak tylko będę miała taką okazję na pewno go zakupię.
Wszystkim mogę go polecić jednak tak jak już wspomniałam wcześniej wrażliwe nosy z początku mogą być nie za szczęśliwe. Ja się przełamałam i zużyłam produkt do końca. Dla mnie był "miłą" odmianą po tym nieszczęsnym żelu rumiankowym z Yves Rocher.

Ściskam
Kokos

wtorek, 29 października 2013

Czytaj dalej » 39

Zdenkowani w październiku.

Witajcie Kochani!!!

Koniec miesiąca znów za pasem więc pędzę czym prędzej pochwalić się swoimi pustymi opakowaniami. Chwalę się ponieważ październik był dla mnie miesiącem obfitującym w maksymalne zużycia z czego oczywiście bardzo się cieszę.
Wszystkich chętnych serdecznie zapraszam.



W kategorii pielęgnacja włosów udało mi się zużyć aż 2 odżywki. O nich samych będą oddzielne posty ponieważ obie są godne uwagi.

1. Garnier Ultra Doux Olejek awokado i masło karite.

2. Alverde odżywka z morelą i cytrynką.


I z kolorówki w końcu coś udało się wykończyć.

3. Pharmaceris F Fluid matujący. Miała wielkie nadzieje odnośnie tego podkładu i chyba za wysoką poprzeczkę mu postawiłam bo podkład jak dla mnie był zwykłym przeciętniakiem. Liczyłam na matowy efekt a było wręcz odwrotnie. Poza tym szybko znikał z mojej buzi. Więcej do niego nie powrócę.

4. Bell błyszczyk w przepięknym kolorze różo nudziaka (ale wymyśliłam). W każdym bądź razie za taką cenę błyszczyk spisywał się dobrze i chętnie po niego sięgałam. Niestety nie zauważyłam żadnych właściwości nawilżających, a sam błyszczyk z ust schodził bardzo szybko. Nie wrócę do niego gdyż w kolejce czeka milion innych które aż proszą się o wyzerowanie.


5. Perfecta płyn micelarny. Jest to już moje drugie opakowanie tego kosmetyku i jak na razie ostatnie. Płyn nie wyróżniał się niczym szczególnym. Usuwał makijaż w stopniu dobrym, jednak mimo wszystko i tak trzeba było użyć dodatkowo jeszcze np. żelu do buzi aby mieć 100% pewność, że makijaż jest usunięty.

6. La Roche Posay kojący tonik z fizjologicznym ph. Wspaniały produkt. Kupiłam go zupełnie przez przypadek i zupełnie o nim zapomniałam. Kiedy w końcu zaczęłam go używać byłam nim zachwycona. Pięknie koi buzię i jest idealnym wykończeniem dla pielęgnacji buzi. W przyszłości zdecydowanie do niego powrócę i gorąco polecam.

7. Yves Rocher rumiankowy żel do mycia twarzy. Zawiodłam się na tym produkcie na całej linii. Nie pienił się, nie oczyszczał dobrze i miałam wrażenie jakby ta buzia była nadal brudna. Dodatkowo zapach wcale do najładniejszych nie należał. Jego końcówkę zużyłam do mycia całego ciała. Nie polecam i nie kupię go ponownie.

8. Sylveco rumiankowy żel do mycia twarzy. O nim więcej będzie już wkrótce osobny post. Wspomnę jednak, że żel okazał się niezłym czyścikiem.

9. Bioderma Sebium płyn micelarny. Małą buteleczkę dostałam od Ani KLIK (za co jeszcze raz serdecznie Ci Kochana dziękuję) i dzięki Ani właśnie stwierdzam fakt, że tą biodermę wolę bardziej od Sensibio. Świetnie radziła sobie z makijażem oka ( nawet tym mocniejszym) przy czym nie podrażniała moich mega wrażliwych oczu. W przyszłości zdecydowanie kupię sobie większą pojemność (o ile znajdę ją w okazyjnej cenie, ponieważ cena regularna jest moim zdaniem stanowczo za wysoka.)


10. Vichy Idealia krem do skóry normalnej i mieszanej. Chociaż jestem posiadaczką skóry tłustej muszę stwierdzić, że krem spisał się u mnie na 5. Nie jestem pewna czy tak dobrze radził by sobie w zimniejsze dni (jesień/ zima) ale na okres letni okazał się miłą odmianą. 
Dobrze nawilżał, świetnie spisywał się pod makijaż, ładnie się wchłaniał nie pozostawiając tłustej warstwy. Skóra faktycznie była bardziej rozpromieniona nawet kiedy zdarzały jej się gorsze dni. 


11. Avon mydełko do rąk. Po zużyciu całego wykorzystałam opakowanie i dolałam inny płyn (stąd ta niebieska resztka na dole opakowania). Mydełko pięknie pachniało ale niestety to tak jak i inne z avonu bardzo wysuszają dłonie więc zużyję kupione zapasy ale do nich już nie wrócę.

12. Yves Rocher perfumowany dezodorant, który dostałam od firmy kiedy robiłam zakupy po raz pierwszy. Róża damasceńska to główna nuta tego dezodorantu. Za zapachem róż w kosmetykach nie przepadam więc sama sobie go nie odkupię. Zadziwiła mnie jednak jego trwałość, która była na naprawdę wysokim poziomie. Zapach był wyczuwalny na mojej skórze nawet do 8-10 godzin co było dla mnie miłym zaskoczeniem. 

13. Dove tradycyjne mydełko w kostce. Tego mydełka chyba przedstawiać nikomu nie trzeba. Po prostu klasyka wśród mydeł.

14. L'occitane krem do rąk z 20% masłem shea. Bardzo lubię te kremy i również w najbliższej przyszłości pojawi się o nich oddzielny post. Jedyne co mogę mu zarzucić to cena. Mimo wszystko jest nieco za wysoka w porównaniu do samego działania.


15. Radox sól do kąpieli która ma za zadanie rozluźnić zbolałe mięśnie. Używałam jej do moczenia stópek i spisała się super. Zapach tymianku (który jest w składzie) odświeżał i relaksował zbolałe stopy. Widziałam jeszcze inną wersję i chętnie ja wypróbuję.

16. Paloma cukrowy peeling do dłoni. O nim pisałam tutaj KLIK. Podtrzymuję swoje zdanie na jego temat jednak nie powrócę do niego ze względu na to że pozostawia tłustą powłokę a tego w żadnych kosmetykach znieść nie mogę.


17. Joanna kawowy peeling antycellulitowy. Pisałam o nim wczoraj KLIK. Dla mnie jest fenomenalny:)

18. Perfecta odświeżający żel do higieny intymnej. Zwykły przeciętniak i powiem szczerze, że cieszę się że się już skończył. Na dzień dzisiejszy wróciłam do swojego faworyta Lactacyd który jak do tej pory jeszcze mnie nie zawiódł.

19. Burt's Bees żel pod prysznic. On również doczekał się oddzielnego posta KLIK. Mimo swojej ceny nie mogę się mu oprzeć i w najbliższym czasie na pewno go odkupię bo zapach mnie zahipnotyzował.

20. Radox żel z limitowanej edycji, która limitowana chyba już nie jest;). Jest to już moje niezliczone opakowanie. O nim więcej poczytacie tutaj  KLIK. Uwielbiam ten żel i będę go kupowała dopóki będą go produkować:)

21. Palmolive żel pod prysznic kupiony tutaj w pobliskim funciaku a "instrukcje" obsługi wypisane są w naszym ojczystym języku:) Żel jak żel. Niczym szczególnym się nie wyróżniał a zamiast do ciała wykorzystałam go jako mydełko do rąk.  

22. Marion peelingujący żel z białą czekoladą i pomarańczą. Fenomenalny kosmetyk. Świetnie myje dodatkowo peelinguje naszą skórę i dodatkowo cudownie pachnie. Czego chcieć więcej. 


I na koniec dwa mega buble.

23. Isana rumiankowy krem do rąk. Kupiłam go ze względu na jego gramaturę. Miał służyć mi w pracy i ...nie posłużył. Zostawiał na dłoniach tłustą warstwę, wchłaniał się bardzo długo i w ogóle był koszmarny. Nie, nie i jeszcze raz nie.

24. Origins Peeling gommage do twarzy. Zapachem do złudzenia przypominał mi Dark Angels z Lush-a. Gęsty/ "gumiasty", ciężko się rozprowadzał. Ale czemu stał się bublem? Omijałam okolice oczu jak się tylko dało ale wystarczył sam "zapach/ opar" unoszący się a oczy tak niesamowicie piekły i łzawiły, że musiałam go jak najszybciej zmyć z twarzy. Nie chcę sobie nawet wyobrażać co by było gdyby choć mała drobinka dostała się do oka. Nie polecam i przestrzegam przed nim. Uważajcie bo to na prawdę nieciekawy produkt.

Puste opakowania wylądowały w koszu. Teraz czas na nowe denko, które mam nadzieję będzie równie duże jak to.

Wam życzę wspaniałego tygodnia a sobie szybkiego powrotu do zdrowia (choróbsko i mnie dopadło).

Ściskam
Kokos

niedziela, 27 października 2013

Czytaj dalej » 29

Kawowa rozkosz pod prysznicem która...nie trwa długo.

Witajcie Kochani!!!

Za kawą jako tako nie przepadam. Od czasu do czasu skuszę się na filiżankę małej czarnej z mlekiem lub tak jak dzisiaj nowość od Starbucks pumpkin spice latte, która nawiasem mówiąc nie powaliła mnie na kolana i zdecydowanie zostanę przy tradycyjnej latte. 
Ale nie o kawie (pitnej) dzisiaj ma być.
Tak jak za spożywczą kawą nie przepadam tak za kawą w kosmetykach lub jej aromatem wręcz szaleję. Każdy kosmetyk, który ma w sobie nuty kawowe musi być mój. Tak więc dzięki swojej fanaberii stałam się posiadaczką dwóch kawowych smakołyków. 


Pierwszym z nich jest peeling antycellulitowy z kawą gruboziarnisty z Joanny a drugim żel pod prysznic brazylijskie ziarna kawy z Yves Rocher. Tak jak pierwsze stał się moim ulubieńcem, tak na tym drugim troszkę się zawiodłam. Ale po kolei.



Jak każdy zapewne wie peelingi z Joanny w tej wersji są bardzo tanie i łatwe do zdobycia. Wiele osób je chwali i często po nie sięga. I ja dopiszę się do tej grupy zadowolonych.
Omijając jedynie fakt, że peeling do wydajnych niestety nie należy ze względu na swoje 100 ml ale wybaczam mu wszystko za ten wspaniały zapach.
Peeling sam w sobie bardzo dobrze zdziera martwy naskórek, dzięki swoim średnio ostrym drobinkom, które nie rozpuszczając się podczas masażu a sam peeling się nie pieni. Mimo swojej troszkę galaretowatej konsystencji nie spływa ze skóry. Skóra po zastosowaniu jest wyczuwalnie gładka i miła w dotyku. Peeling nie pozostawia tłustej warstwy co dodatkowo u mnie punktuję gdyż tłustości znieść nie jestem w stanie. Jednak największą jego zaletą moim zdaniem jest cudownie realistyczny zapach kawy. Zero sztucznych nut. Osobom, które za kawą nie przepadają polecam wypróbować inne wersje zapachowe, których jest mnóstwo i każdy znajdzie coś odpowiedniego dla siebie. 
Moim zdaniem jest to jeden z najlepszych peelingów jakie miałam okazję testować i jeszcze nie jeden raz wrócę do tej wersji zapachowej. Prosiłabym jednak firmę Joanna aby pomyśleli nad powiększeniem gramatury tych "małych" perełek:)





Yves Rocher żel pod prysznic z ziarnami kawy. Kiedy to dowiedziałam się o istnieniu tego żelu śnił mi się on po nocach. Nie dość, że mam "świra" na punkcie żeli pod prysznic to jeszcze ten był z ziarnami kawy. Bez wahania zamówiłam go z angielskiej strony internetowej z nadzieją, że spełni moje zapachowe chciejstwo. Niestety tak się nie stało. Żel owszem pachnie ładnie i kawa jest wyczuwalna ale to nie jest to czego się spodziewałam. Dla mnie to raczej czekolada z domieszką kawy.
Mimo tego iż zapach stał się niewypałem na żel narzekać nie mogę. Dobrze się pieni i ładnie oczyszcza skórę nie wysuszając jej przy tym. Jest średnio wydajny. Otwieranie pod prysznicem to jedna wielka męka. Nie wiem czy ja mam felerne opakowanie czy każde tak ciężko się otwiera (choć przy innych żelach tej firmy też miałam z tym problem). W składzie mamy SLS ale tak jak już wspomniałam o tym w poprzednich postach dla mnie nie jest to problemem. Liczyłam jeszcze, że zapach po umyciu utrzyma się na skórze ale i tym razem się zawiodłam.
W przyszłości na pewno już po niego nie sięgnę. Będę szukać dalej swojego kawowego ideału.



Podsumowując dzisiejszy kawowy post powiem krótko i na temat. 
Joanna górą:)

O innym kawowym ulubieńcu pisałam tutaj KLIK. Chętnych zapraszam do poczytania.

Jeżeli któraś z Was ma jeszcze jakieś kosmetyki "kawowe" chętnie o nich poczytam.
Piszcie więc jakie są Wasze perełki.

Ściskam
Kokos

sobota, 26 października 2013

Czytaj dalej » 32

Korres szampon do włosów z łupieżem i suchą skórą głowy.

Witajcie Kochani!!!

Jakiś czas temu pokazywałam Wam swoje małe łupy w których znalazły się m.in produkty greckiej marki Korres. Firma jako tako nie jest dla mnie dobrze znana. Do tej pory miałam okazję używać od nich 2 produkty (masełko do ust oraz rumiankowe mydełko) i byłam (i nadal jestem) z nich mega zadowolona. O obu gagatkach więcej możecie poczytać tutaj KLIK.
Szampon kupiłam przypadkiem podczas nie zaplanowanych zakupów. Będąc w TK Maxx-ie zauważyłam go stojącego razem z "bratem"(ten z kolei jest do włosów przetłuszczających się ale o nim będzie innym razem) na półce. Nie zastanawiając się ani chwili oba wylądowały w moim koszyku.


Pierwsze co rzuca się w oczy to szata graficzna. Prosta i jak dla mnie bardzo elegancka. Opakowanie "działa" tzn. spełnia swoje funkcję bez zarzutu. Otwieranie nawet pod prysznicem nie sprawia kłopotu. Jedynym minusem w tej dziedzinie może być fakt, że opakowanie nie jest przezroczyste i nie widzimy ile produktu zostało nam do końca. Mi osobiście to nie przeszkadza.


Konsystencja szamponu jest gęsta, jednak bez problemu wydostaje się z opakowania. Sam szampon cudownie pachnie. Czuć w nim nutki listka laurowego zmieszanego z czymś jeszcze. Niestety tego drugiego zapachu nie mogę rozróżnić.



Kilka słów od producenta oraz sposób aplikacji:


Moja opinia:
Na pierwsze jego użycie nie mogłam się doczekać. Kiedy w końcu obecny szampon skończył swój żywot pierwsze co zrobiłam to sięgnęłam po ten szampon. Wybór padł na niego (w zapasie czeka jeszcze cała armia innych) ponieważ ostatnio zauważyłam na swojej głowie łupież. Tym bardziej byłam ciekawa czy szampon sobie z nim poradzi. W końcu do tego został stworzony.
Po wyciśnięciu na dłoń zdziwiła mnie jego gęstość. Szampon natomiast mimo samych naturalnych składników świetnie się pienił. Dopiero później zauważyłam dlaczego. Już na drugim miejscu w składzie mamy osławiony SLS. Osobiście mi to nie przeszkadzało. Byłam ciekawa samych efektów.
Dzięki swojej gęstości szamponu wystarczyła mała kropla na umycie całych włosów a co za tym idzie stał się on mega wydajny (fakt dużej wydajności stwierdzam na podstawie innych szamponów, które dość szybko mi się kończą;)). Włosy po umyciu aż "skrzypiały". Taki efekt bardzo lubię ponieważ mam wrażenie, że włosy faktycznie są dobrze umyte. 
Producent zaleca nam podwójne mycie szamponem a przy drugim użyciu odczekać chwile i następnie spłukać. Ja włosy myłam tylko raz i to w zupełności mi wystarczyło.
Po każdym umyciu używam odżywki. Mimo to zapach potrafił przebijać przez prawie każdą co mi osobiście bardzo odpowiadało gdyż zapach w moim odczuciu jest cudowny.
Włosy po umyciu były niesamowicie gładkie, miękkie i pachnące. 
Szampon mnie nie uczulił, wręcz przeciwnie.
Spisał się na medal bo łupież zniknął. Na szczęście w obecnej chwili nie mam już takiego problemu z łupieżem jaki miałam będąc dzieckiem kiedy to zawodziły wszystkie specyfiki i dopiero po tym jak na rynek wyszedł słynny Nizoral moja skóra głowy w końcu pozbyła się tego "świństwa". Z czasem Nizoralu używałam jedynie profilaktycznie. Teraz niestety skończyły mi się jego zapasy a tutaj w UK dostępu do niego nie mam. Więc Korres okazał się dla mnie jedyna deską ratunku. 
Spisał się na medal za co jestem mu dozgonnie wdzięczna;)

Skład:


Dodatkowe dane o produkcie:
Pojemność: 250 ml
Termin przydatności od otwarcia: 12 miesięcy
Cena: Ja za swój w TK Maxx zapłaciłam 4.99 funta, natomiast cena regularna waha się między 7-9 f.
Dostępność: Strony internetowe, ebay, TK Maxx


Podsumowując:
Szampon umilał mi chwile spędzone pod prysznicem pięknym zapachem i dodatkowo pozbył się mojego uciążliwego problemu. Cena dla niektórych może się wydać nieco za wysoka mimo to uważam, że jest wart każdej złotówki (funta) i zdecydowanie wrócę do niego za jakiś czas.
Gorąco polecam.

Ściskam
Kokos

środa, 23 października 2013

Czytaj dalej » 14

Estee Lauder Pure Color Gloss czyli wspomnienie lata na ustach.

Witajcie Kochane!!!

O tym błyszczyku miałam pisać jeszcze podczas lata. Niestety moja skleroza "zapomniała" o nim i takim oto sposobem dowiecie się o nim dopiero teraz kiedy to na ustach królują już nieco mocniejsze i bardziej stonowane kolory. Ale co tam:)


Opakowanie jak przystało na markę jest jak zwykle proste i eleganckie. Na kartonowym opakowaniu znajdziemy wszystkie niezbędne informacje dotyczące błyszczyka plus oczywiście skład. Za zapachem tego produktu niestety nie za bardzo przepadam. Jest nieco słodkawy ale i mdły. Na ustach czuć go przez kilka minut po aplikacji.
Precyzyjny aplikator pozwala nam bez problemu i dokładnie nałożyć produkt na usta. Dzięki przezroczystemu opakowaniu widzimy ile produktu zostało nam do końca. Sam aplikator jest na tyle długi, że resztki błyszczyka możemy "wygrzebać" do samego końca.



Kolor błyszczyka (Impulsive Coral Shimmer) urzekł mnie od pierwszego wejrzenia:) Piękny koralowy kolorek z mnóstwem złotych drobinek, które są bardzo drobno zmielone i na ustach dają efekt pięknej "tafli".



Sam natomiast błyszczyk nie klei się na ustach przez co unikniemy przyklejonych włosów do ust. Utrzymuje się średnio długo tzn. bez jedzenia i picia około 3-4 godzin. Czas ten skraca się automatycznie jeśli jemy. Schodzi z ust równomiernie. 
Daje efekt nawilżonych ust jednak nie jest to takie nawilżenie jakie mogłybyśmy się spodziewać po dobrze nawilżającym balsamie do ust. Najważniejsze, że tych ust dodatkowo nie wysusza i nie podkreśla suchych skórek. Jest bardzo wydajny. Kolorek jest średnio na pigmentowany i nie mamy możliwości "budowania" koloru na ustach.
Wady jakie w nim widzę to oczywiście cena. Oryginalna cena to około 90 zł więc moim zdaniem dużo. Za tą cenę mogę kupić sobie np. błyszczyk z Clarins-a Natural Lip Perfector i jeszcze mi zostanie (a ten drugi zdecydowanie bardziej wolę niż recenzowany dzisiaj). Oprócz tego ten zapach, który jest na prawdę bardzo uciążliwy i mi przeszkadza. 


Dodatkowe dane o produkcie:
Pojemność: 6 ml
Cena: około 90 zł
Dostępność: strona internetowa marki, stoiska Estee Lauder

Tak wygląda na dłoni.


Niestety aparat nie oddał piękna tego koloru a ja chciałam Was przeprosić, że nie pokazuje błyszczyka na ustach. Wiem, że takie fotki lepiej oddają kolor i można zobaczyć jak dany produkt prezentuje się na ustach. Uczę się dopiero robić tego typu zdjęcia (jak widać z mizernym skutkiem) ale staram się bardzo i mam nadzieję, że już w niedługiej przyszłości będę mogła Wam prezentować już wszystko tak jak powinno być:) Jeżeli ktoś ma jakieś dobre sposoby na robienie tego typu zdjęć byłabym wdzięczna gdyby podzielił się ze mną w komentarzach tymi złotymi wskazówkami.

Czy mogę go polecić? Hmm...sama nie wiem. Jeżeli ktoś ma ochotę i pieniążki, żeby tyle za niego zapłacić...czemu nie. Ja osobiście jestem tego zdania, że sam produkt nie jest wart swojej ceny. Zużyję go oczywiście do końca jednak powrotu do niego nie planuję przede wszystkim ze względu na chemiczny zapach, który w tego typu kosmetykach znieść nie mogę.

Ściskam
Kokos

wtorek, 15 października 2013

Czytaj dalej » 13

Home & you czyli o sklepie, który został stworzony z myślą o "mnie".

Witajcie Kochane!!!

Podczas mojego ostatniego pobytu w Polsce w końcu udało mi się znaleźć i odwiedzić jeden ze sklepów, o którym już dawno słyszałam i bardzo chciałam zobaczyć co też ciekawego się w nim znajduje.
Kiedy dowiedziałam się że w mieście niedaleko mnie sklep ten istnieje nie pozostało mi nic innego jak tylko go odwiedzić:)
O jaki sklepie mowa???

                                                                            Home & You

Zanim jednak przejdę do opisania swoich spostrzeżeń dodam, że ze sklepem nie jestem w żaden sposób związana (moja opinia jest niewymuszona) a wszystkie zaprezentowane rzeczy kupiłam za własne pieniążki. 

Ale do rzeczy.
Sklep Home & You jak sama nazwa wskazuje to sklep z rzeczami do domu. Znajdziemy w nim artykuły dekoracyjne, wyposażenie domu, kubki, zegary, obrusy, świeczniki i czego jeszcze dusza zapragnie.
Sam wystrój wnętrza i wystawa urzekły mnie już na wstępie.
Wchodząc do środka nie wiedziałam na co się patrzeć a z racji tego, że bardzo lubię takie "pierdółki" do domu byłam w siódmym niebie. Gdyby tylko fundusze mi na to pozwoliły zapewne wykupiłabym cały sklep;)

Wybrałam jednak tylko 4 rzeczy. Miałam jeszcze ochotę na świecznik/kominek sowę (tak wiem sów już u mnie macie dość ale cóż poradzić) ale niestety ostatnią sztukę pani sprzedała kilka minut przed moim przyjściem;/

Sama zdecydowałam się na:


Serwetkę w kształcie liścia. Chciałam dokupić jeszcze jedną tak do pary ale również asortyment już był wyprzedany. Serwetka prezentuje się idealnie na stole (i nie tylko) i jest idealna na obecną jesień.



Utrzymana w jesienny klimacie zielona mata z filcu z ozdobnymi brzegami. Za filcem nie przepadam. Dla mnie to typowy kurzołap;) Mimo wszystko mata prezentuje się równie pięknie. Kolorystyka i wzór idealne na tę porę roku.

I do kompletu dokupiłam jeszcze tę:



Kolor niestety jest nieco przekłamany. W rzeczywistości to piękny, żywy pomarańcz.

I na sam koniec serwetki papierowe. W tej kategorii wybór był ogromny i najchętniej wykupiłabym je wszystkie. Wybór padł jednak na moje ukochane muszle. W serwetniku prezentują się ślicznie. Taka mała rzecz a cieszy:D




Cały sklep urzekł mnie swoim pięknem. Podejrzewam jednak, że trafiłam na "końcówkę" w sklepie i większość rzeczy, które jeszcze mi się podobały zostały już po prostu wyprzedane. Mimo wszystko do sklepu na pewno jeszcze wrócę nie raz.

A czy Wy lubicie takie gadżety do domu?
Ja przyznam, że lubię podpatrywać wystroje wnętrz różnych osób i potem sama czerpię inspiracje na swój "własny kącik".

Życzę Wam słonecznej niedzieli (u mnie znów pada deszcz)...

Wasz
Kokos

niedziela, 13 października 2013

Czytaj dalej » 27

Misz i masz zakupowy.

Witajcie Kochani!!!

Letnie wyprzedaże (które jeszcze trwają) skłoniły mnie po raz kolejny do zakupów ale tym razem nie tylko kosmetycznych (choć i kosmetyczne się zdarzyły;))
Co więc wpadło w moje raciczki w październiku...???
Oto nowości.


W Marie Claire po raz kolejny pojawiły się moje ukochane kremiki do rąk L'occitane. Tym razem skusiłam się na jaśmin i fiołek.
O nich planuję oddzielny post bo są warte większej uwagi.
Natomiast w gazecie In Style był zestaw 3 mini produktów marki Ren, której notabene nie znam ale z miłą chęcią się z nią zapoznam:D




Firma L'occitane zmieniła nakrętki i teraz widzimy je w formie kwiatuszków. Dodatkowy plus i "zachęcacz" do zakupu.





Od swojego chłopaka dostałam breloczek do kluczy. Przyda się bo mój obecny woła o pomstę do nieba. 
Ten jest o wiele bardziej klasyczny niż jego poprzednik, ale mi się podoba.
Zwykły, skromny...to coś dla mnie:)


Małe wkrętki, które urzekły mnie swoją prostotą do tego stopnia, że bez wahania postanowiłam je zamówić.
Cena 0,99 pensa plus darmowa przesyłka...czego chcieć więcej.

I na koniec zakupy ciuchowe.
Większość z New Look-a, gdzie były mega obniżki. Dzięki temu, że znam swój rozmiar zdecydowałam się na zamówienie internetowe. Wszystkie rzeczy pasują idealnie. Na zbliżającą jesień i zimę niestety nie będą się nadawały ale cena była tak kusząca, że żal było ich nie wziąć. Poza tym "temu się jeść nie daje" więc poczekają sobie na cieplejsze dni.
Przepraszam Was jednak, że wszystkie ciuszki prezentuję w takiej formie a nie na sobie, jednak brak mi jeszcze odwagi aby pokazać siebie. 
Mam nadzieję, że mi to wybaczycie.




Szara myszka...???
Ale tylko na bluzie. Kolejny prezent od mojego lubego.
Dla jednych może wydać się infantylna ale przecież w każdy z nas jest jakaś cząstka dziecka:)
Sama bluza jest niezwykle ciepła i "wygodna" w noszeniu. Na jesienne spacery z moją sunią będzie idealna.



Zwykła bluzeczka w której urzekły mnie łaty na łokciach.



Szara koszulka z skórzanymi wstawkami (oczywiście to skóra nie jest;))


Tak wiem...znowu sowa ale ostatnio mam małego świra na nich punkcie;)
Będzie idealna do leginsów ponieważ ma dłuższy tył, który bez problemów zakryje tyłek.


Kilka zwykłych koszulek.

I na koniec 


Uroczy okularnik.

Dobrnęłam do końca.

Życzę Wam spokojnej nocki

Kokos

sobota, 12 października 2013

Czytaj dalej » 24