Hurraw! na ratunek spierzchniętym ustom

Od 2 lat borykam się z nieustannie z spierzchniętymi i bardzo problematycznymi ustami. Masełka, balsamy, wszelkiego rodzaju pomadki ochronne koiły moje usta na chwilkę a potem efekt był znów ten sam. 
Kilka miesięcy temu dowiedziałam się przypadkiem o balsamach do ust marki Hurraw! i postanowiłam że przetestuje je na swoich wymagających ustach.


Na wstępie parę słów o samej marce oraz o balsamach.

Firma ta nie testuje na zwierzętach co uważam za jeden z większych atutów, które sprawiają że jeszcze chętniej sięgam po ich kosmetyki. To co można powiedzieć o tych balsamach, to że są w 100% naturalne. Produkty z których otrzymano te kosmetyki są tzn "raw" - czyli nie poddane obróbce termicznej (w temperaturze nie większej niż 27 stopni Celcjusza) aby zachować ich właściwości. Nie znajdziemy w nich również produktów odzwierzęcych a co za tym idzie są również odpowiednie dla wegan.

Dziś będę pisać o trzech wariantach smakowych: zielona herbata, papaja i ananas oraz chyba nikogo nie zdziwie kokos:D


Papaja i Ananas:


Ta wersja z papaja i ananasem to stosunkowa nowość w ofercie firmy i zarazem jest nieco droższa niż pozostałe wersje. 
Bardziej wyczuwam ananasa niż papaję choć już na pierwszym miejscu w składzie znajduje się olej z papai.
Balsamy Hurraw! są "spłaszczone" i nie przypominają większości walcowatych pomadek. W niczym to jednak nie przeszkadza a zawsze to jakaś nowość. 
Balsam ma kolor żółto-pomarańczowy jednak na ustach jest przezroczysty. Zapach tak jak wspomniałam bardziej ananasowy niż papaja utrzymuje się na ustach.
Świetnie usta pielęgnuje i nawilża. Pozostawia delikatny/ olejkowy film dzięki czemu zabezpiecza je przed nadmiernym wysuszeniem. Nie skleja ust co jest dla mnie bardzo ważne. Świetnie radzi sobie z suchymi skórkami i w dosłownie kilka minut po aplikacji czuć już komfort. Przy regularnym stosowaniu usta odzyskują dobrą formę, skórki znikają. Goją się też małe rani które bardzo często powstają na moich ustach kiedy je "skubię". Nie "zjada się" szybko dzięki czemu dłużej na tych ustach zostaje a co za tym idzie dłużej je chroni.
Balsam chroni też moje usta przez bardzo niską temperaturą. W mojej pracy temperatura nie przekracza 4 stopni Celcjusza więc moje usta dodatkowo narażone są na niekorzystne warunki atmosferyczne. Balsamy Hurraw! i na te niedogodności pomagają.



Zielona Herbata:


Bardzo lubię "zielone"/ "ziołowe" zapachy w kosmetykach więc kiedy zobaczyłam wersję z zieloną herbatą długo się nie zastanawiałam.
Pachnie bardzo subtelnie i nie nachalnie więc nawet wrażliwe nosy nie powinny mieć problemu.
Kolor balsamu nie jest już tak intensywnie żółty jednak na ustach wygląda tak samo jak balsam opisany wyżej.
Działanie i właściwości są identyczne jak w przypadku wyżej wymienionej papai z ananasem. Różnicę widzę jedynie w smaku/zapachu.


Kokos:


Na koniec zostawiłam sobie wisienkę na tarcie. Kokos bo to o nim teraz będzie mowa to jak możecie się domyślać mój największy ulubieniec a zarazem faworyt wśród wszystkich smaków. 
Co go tak wyróżnia na tle innych balsamów? Oczywiście cudowny, słodki zapach kokosa, który utrzymuje się na ustach na prawdę długo. Zarówno podczas aplikacji jak i po, czuć go na ustach. Fanki kokosa będą zachwycone bo jest to autentyczny, nie chemiczny kokosek.
Nie wiem czy to moja wyobraźnia ale mam wrażenie że i jeżeli chodzi o właściwości nawilżająco - pielęgnujące to ta wersja jest o jeden punkt wyżej niż poprzednie. Sam też balsam utrzymuje się najdłużej na ustach. Oczywiście żaden z balsamów nie przetrwa ani jedzenia ani picia (po posiłku wskazana jest ponowna aplikacja) ale kokos pozostaje najdłużej. 
Wersja kokosowa była moją pierwszą pomadką jaką sobie zakupiłam i mam do niej największy sentyment. 




Wśród balsamów pielęgnacyjnych marki Hurraw! znajdziemy najróżniejsze smaki m.in: limonkę, cytrynę, wanilię, czekoladę, wiśnie, miętę, pomarańczę, migdał, grejfrut, cynamon a także inne dość oryginalne jak chai spice, earl grey, licorie, kapha, księżyc, pitta, piwo korzenne, vata, wersje bezzapachową, wersje z ochroną przeciwsłoneczną oraz wiele wiele innych.

Wcześniej miałam okazję testować jeszcze wersje ziarna kawy (właśnie ją kończę) i muszę przyznać że jest równie fantastyczna i co jest najfajniejsze czuć autentycznie zmieloną świeżo kawę. Właściwości pielęgnacyjne podobnie jak w innych wersjach na piątkę z plusem. Drugim wariantem był migdał i o ile sam balsam równie dobrze się spisywał tak zapach/smak już nie do końca mi odpowiadał. Dla mnie pachniał jak aromat do ciasta migdałowy. Do tej akurat wersji nie powrócę.

Balsamy Hurraw! są w pojemności 4,3 g. Termin przydatności to 12 miesięcy od otwarcia. Koszt jednego balsamu waha się miedzy 13 a nawet 25 zł w zależności gdzie go kupimy. Cena może nie najmniejsza ale sam produkt jest wart każdej złotówki. W Polsce możecie go dostać m.in na Minti Shop oraz na Cocolita.pl gdzie aktualnie trwa na nie promocja. Dla osób mieszkających tutaj w UK polecam szukać ich na eBay a najbardziej korzystnie opłaca się je zamawiać na iHerb.

Balsamy Hurraw! na chwilę obecną podbiły pielęgnację moich ust i wyparły inne mazidła. Dzięki swojej poręczności łatwo wrzucić je do kieszeni i aplikować według swoich potrzeb. Dzięki temu że są wykręcane są higieniczne w użyciu.

Serdecznie polecam je wszystkim którzy podobnie jak ja borykają się z przesuszeniami ale też tym którzy po prostu lubią mieć na ustach coś co pielęgnuje i jednocześnie ładnie, naturalnie wygląda. 

A jakie są Wasze ulubione produkty pielęgnacyjne do ust? Chętnie poznam Waszych ulubieńców.

Ściskam

Justyna

piątek, 8 września 2017

Czytaj dalej » 31

Sierpniowe denko



Sierpień już za nami więc najwyższy czas podsumować miniony miesiąc.
Serdecznie zapraszam:

Zaczniemy tradycyjnie już chyba od produktów myjących, których jest zdecydowanie najwięcej.


Nie będę się rozpisywała na temat każdego produktu. Ja wiecie lub nie żele pianki, kremy pod prysznic to moja wielka słabość. Nie żałuję ich sobie i może też dlatego tak szybko mi się kończą. Pod prysznicem zawsze mam kilka butelek (żeby mi się nie znudziły). Na szczególną uwagę zasłużył mój ukochany Palmolive z olejkiem migdałowym (to już moje n-te opakowanie) oraz żel Crabtree & Evelyn z olejkiem jojoba. 


Pielęgnacja włosów:
Szampon O'Herbal wzmacniający okazał się dla mnie mało wystarczający. Miałam wrażenie jakby nie domywał moich włosów. Plus za piekny ziołowy zapach i to wszystko. Skończył go mój narzeczony a on z kolei nie przykłada większej wagi do szamponów. Dla niego był ok.

Szampony z Garnier z serii Ultimate Blends wersja z wodą kokosową i aloesem oraz rumianek z miodem akacjowym. Dobre, tanie, wydajne, pięknie pachnące. Nie powodują łupieżu ani swędzenia. Bardzo je lubię i często do nich wracam. Zmieniam jedynie wersje zapachowe.

Odżywka Garnier Fructis  do włosów suchych i zniszczonych to również moje n-te opakowanie i mam kolejne opakowania. Włosy dobrze się po niej rozczesywały, nie obciążała ogólnie bardzo poprawna odżywka.

Odżywka Desert Essence do włosów farbowanych- winogronowa. Włosów farbowanych nie mam a i za zapachem winogron w kosmetykach nie przepadam ale tą firmę darzę szczególnym zainteresowaniem. Oprócz zapachu który nie przypadł mi do gustu nie mam żadnych minusów jeżeli chodzi o tą odżywkę. Wydajna, świetnie nawilżała włosy, ułatwiała rozczesywanie, wygładzała. W zapasie mam jeszcze jedną. Gorąco polecam ogólnie produkty do włosów tej marki.


Pielęgnacja ciała:

Uwaga uwaga!!! Zużyłam aż 3 balsamy/masła do ciała. Tak wiem to wielki szok a to dlatego że wzięłam się ostro za siebie i oprócz zmiany swojego odżywiania wspomagam tez skórę dobrym nawilżeniem.

Masło do ciała Trader Joe's dostępne jedynie i niestety tylko w Stanach nad czym niemiłosiernie ubolewam. Wiem że w Stanach kosztuje około 5$ a ceny na eBay dochodzą niekiedy do 20 Ł za sztukę plus koszt przesyłki. Niestety nie mam jak zdobyć to masło ponownie więc póki co do niego nie wrócę. Wersja z dynią pachniała fantastycznie. Kusi mnie oczywiście zapach kokosa oraz lawendy. Samo masło natomiast miało niespotykaną konsystencję. Niby to masło/balsam/budyń/mus ciężko to nawet określić. Świetnie nawilżało na długo, Cudownie pachniało. Pozostawiało na skórze delikatną warstewkę ale nie było to nic nieprzyjemnego ani uciążliwego. Ogólnie fantastyczny produkt. Szkoda że tak trudno dostępny.

Masło z Soap&Glory również było bardzo przyjemne i bardzo dobrze nawilżało. Skóry suche powinny być z niego mega zadowolone. No i ten słodki, długo utrzymujący się zapach. Raj dla zmysłów i skóry:)

Ostatnim balsamem jest arganowy balsam nawilżający od Nacomi. Skład jak przystało na markę na wielki plus. Zapach jak dla mnie już mniej. Był przyjemny, delikatny i nie duszący ale to nie jest to co lubię. Szybko się wchłaniał i pozostawiał po sobie uczucie nawilżenia. Dla fanek dobrych składów jak najbardziej polecam.


Misz masz:

Joanna Naturia Peeling myjący z kawą. Mój ulubiony pod względem zapachu. Niestety zawiera w swoim składzie te nieszczęsne drobinki które szkodzą naszemu środowisku i ze względu na to już więcej po niego nie sięgnę.

Żel do golenia Gilette o zapachu waniliowym. Nie ważne jaki zapach dla mnie te żele to numer jeden. Koniec i kropka.

Rexona Stress Control przywieziona z PL gdyż u nas wersja ta zapachowa nie występuje a szkoda bo jest po prostu najlepsza.

Nivea Antyperspirant to klasyczny zapach niebieskiego kremu. Skusiłam się i powiem szczerze że byłam bardzo zadowolona. Chronił, ładnie pachniał, był wydajny. Duży plus.

Krem do rąk zakupiony na iHerb Madre Labs okazał się miłą niespodzianką. Zapach nie był zbyt przyjemny ale za to działanie wynagradzało wszystko. Kremowałam nim dłonie na noc a rano budziłam się z fantastycznymi gładkimi i wypielęgnowanymi rączkami. Tani i wydajny. Jedyny problem to znów dostępność;/


Twarz: (jak się kończy to się kończy wszystko na raz)

Peter Thomas Roth różany żel do mycia buzi. Ogromne zaskoczenie. Żel kupiłam wraz z różaną maseczką. Pojemność 100 ml zdawała się nigdy nie kończyć. Żel był gęsty przez co bardzo wydany. Doczyszczał wszystko. Buzia po nim była gładka, świeża i rozjaśniona. Bardzo chętnie zakupię pełnowymiarowe opakowanie.

Pomadka ochronna Sylveco z betuliną to mój mały pomocnik kiedy moje usta przeżywają kryzys. Kolejne opakowanie zużyte ale na pewno nie ostatnie.

Serum wodne It's Skin 10 miało za zadanie rozjaśniać nam skórę i faktycznie to robiło. Oczywiście nie był to efekt "wow" ale jak na tego typu serum za taką cenę efekt był widoczny. Poza tym jak sama nazwa wskazuje to serum wodne więc skóry tłuste czy mieszane będą z niego bardzo zadowolone.

Serum stoi na kremie pod oczy i tu klops. Krem z wyciągiem z nasion chia zakupiłam w TKmaxx. Okazał się on tak wielkim bublem że nie zastanawiałam się zbyt długo i zużyłam go do ciała. Tak niemiłosiernie przesuszał skórę wokół oczu że szok. Pierwszy raz spotkałam się z kremem który zamiast nawilżać wysuszał tą delikatną skórę. Dlatego też zrobiłam zdjęcie i wyrzuciłam pojemniczek i nawet nie wiem jak nazywa się firma;/ (krem z bardzo dobrym i naturalnym składem) 

Malutki tonik do twarzy (wersja miniaturowa, na zdjęciu tylko 1 w rzeczywistości miałam ich kilka) The Seam Urban Eco Harakeke Toner okazał się świetnym nawilżaczem. Bardzo gęsty, pięknie pachnący i super nawilżający. Zastanawiam się nad pełnowymiarowym opakowaniem.

Yoskine Kirei Lifting 50+. Do 50 jeszcze mi daleko;). Krem dostałam na wypróbowanie kiedy moja skóra niesamowicie się przesuszyła. Pomógł mi/ jej "wyjść na prostą" i bardzo dobrze nawilżał. Jednak kiedy moja skóra wróciła już do normalności tzn. stała się znów skórą mieszaną w kierunku tłustej miałam wrażenie jakby ten krem przeciążał mi skórę. Troszkę dziwnie to brzmi ale takie właśnie miałam wrażenie. 

Maseczka z czerwoną glinką od L'oreal miała za zadanie oczyszczać i jednocześnie peelingować naszą skórę. Dla mnie była ok jednak ze wszystkich masek L'oreala najbardziej lubię jednak tę czarną.

Nacomi peeling do twarzy. Cera tłusta z problemami. Bardzo dobry peeling i jednocześnie delikatny. Wydawać by się mogło że drobinki korundu są tak małe że nie poczujemy żadnego efektu ale po zmyciu go czuć dogłębne oczyszczenie i nawilżenie. Bardzo polecam. Z chęcią wypróbuję inne wersje.

Glam Glow nawilżający czyścik do mycia buzi. O nim więcej możecie poczytać tutaj KLIK.

Kiehl's Midnight Recovery Concentrate to mój KWC pielęgnacyjny więc nic dodawać już nie muszę.

Innisfree próbka kremu nawilżającego z zieloną herbatą. Bardzo fajny, lekki...podstawowy krem, świetnie nadający się pod makijaż. 

Pai krem normalizujący. Zapach jak przystało na naturalne kosmetyki nie za specjalny. Działanie również. Nawilżenie podobnie. Powrotu nie planuję i niestety nie mogę polecić.

Elemis Tri-Enzyme Resurfacing Facial Wash kremowy żel do mycia buzi. Nieziemsko wydajny, pięknie pachnący, świetnie oczyszczający a zarazem bardzo delikatny dla podrażnionej skóry. Niestety też bardzo drogi jak na produkt do mycia buzi. Mimo wszystko gorąco polecam.


I na koniec znalazło się i coś z kolorówki.

Clinique Superprimer Universal Face Primer. Czy ją nałożyłam czy też nie dla mnie efekt był taki sam. Nie zauważyłam aby jakoś wpływała na trwałość makijażu. Niestety nie mogę jej polecić.

I na sam koniec żel do brwi L'oreal Brow Artist Plumper wersja bezbarwna. Kolejne zdenkowane opakowanie świadczyć może o tym że jest to mój ulubiony żel do układania brwi i trzymania ich w ryzach. Polecam gorąco.

To by było na tyle. Śmieci lecą do kosza:)

A jak poszło Wam zużywanie kosmetyków w sierpniu?

Ściskam
Kokos

piątek, 1 września 2017

Czytaj dalej » 50

Bielenda Ujędrniająca Karboksyterapia CO2 Skoncentrowany Korektor Cellulitu

Witajcie Kochani!!!

W magiczne działanie kremów wyszczuplających lub innych tego typu specyfików za bardzo nie wierzę. No bo jak kosmetyk jest w stanie zmniejszyć nam obwód ud, pupy czy brzucha? Jednak przy odpowiedniej diecie i dobrze dobranych ćwiczeniach tego typu kosmetyki są już w stanie nam pomóc a przede wszystkim ujędrnić naszą skórę.



Od pewnego czasu wzięłam się za siebie. Zmieniłam dosłownie wszystko. Począwszy od zmiany diety, sposobu myślenia, skończywszy na ćwiczeniach. Pracy jest co niemiara nie ma co ukrywać ale efekty są. Aby jednak wspomóc skórę w jej jędrności staram się smarować różnymi specyfikami. Dziś na tapetę wezmę Bielenda Slim Cellu Corrector Ujędrniająca Karboksyterapia CO2 Skoncentrowany Korektor Cellulitu.

Skoncentrowany Korektor Cellulitu to stosunkowa nowość od Bielendy. W skład tej serii wchodzi jeszcze Wygładzająca Krio Mezoterapia o działaniu chłodzącym oraz Wyszczuplająca Radiofrekfencja RF (cokolwiek to znaczy) o działaniu rozgrzewającym. Ja wybrałam wersję bez żadnych efektów bo zarówno chłodzenie ani rozgrzewanie nie za bardzo mi odpowiada.

(zdjęcie pochodzi z internetu)

Cellulitu jako takiego nie mam mimo swojego wyglądu jednak skóra bardzo potrzebuje ujędrnienia i wymodelowania.

Skoncentrowane korektor cellulitu zamknięty jest w miękkiej tubie. Wygodne dozowanie i możliwość nie wkładania paluchów do środka to duży plus. Tuba jest miękka więc bez problemu będziemy mogły wykorzystać produkt do samego końca.

Zapach jest bardzo przyjemny choć mi na samym początku nieco przeszkadzał. Jednak z czasem przyzwyczaiłam się do niego. Dla osób wrażliwych dodam że na moim ciele utrzymywał się dość długo.


Konsystencja kremowo-żelowa łatwo się rozsmarowuje i szybko wchłania. Raz dwa po nałożeniu możemy się ubierać. Pozostawia jednak na skórze taką jakby delikatną powłoczkę/skorupkę. Nie jest to nic uporczywego. Mi to osobiście nie przeszkadza jednak trzeba o tym wspomnieć.


Na składach przyznam szczerze nie za bardzo się znam choć stale pogłębiam swoją wiedzę w tej dziedzinie. Sam jednak skład bardzo mnie zaskoczył bo już na 5 miejscu mamy olej z awokado a potem jest już całkiem nieźle:


-Alga Chlorella ma za zadanie pobudzać mikrokrążenie oraz oczyszczać skórę z toksyn
-Kwas DHA intensywnie nawilża, odżywia i zapobiega starzeniu się skóry
-Garcinia Cambogia hamuje odkładanie się tłuszczu w komórkach 
-Kigelia Africana wzmacnia i ujędrnia skórę, zapobiega jej wiotczeniu



Stosuje się do zaleceń producenta i energicznymi, okrężnymi ruchami wsmarowuję koncentrat w uda, pośladki, brzuch i ramiona choć łydek też nie omijam. Po około 3 tygodniach użytkowania widać różnicę zarówno w jędrności jak i gładkości skóry. Jest ona napięta, bardziej elastyczna i odżywiona. Słyszałam że ten balsam do zadań specjalnych (tak go nazwijmy) może powodować przesuszenie skóry. Ja takich objawów u siebie nie zaobserowałam.

Co obiecuje nam producent?

Tak jak wspomniałam jeżeli chodzi o cellulit nie wypowiem się gdyż takiego nie posiadam (na szczęście).
Ujędrnienie- tak jak najbardziej.
Modelowanie sylwetki- tutaj największą zasługę przypisuję ćwiczeniom jednak jakby nie było Skoncentrowany Korektor też przyczynił się do obecnego stanu mojej skóry.

Pojemność 250ml. Cena około 15-20 zł. Ogólnodostępny. Termin przydatności 6 miesięcy od otwarcia.

Skoncentrowany Korektor Cellulitu bardzo pozytywnie mnie zaskoczył pod każdym względem. Jestem w stanie gorąco go polecić. Jeżeli połączymy używanie go z ćwiczeniami na pewno będziemy bardzo zadowolone z jego efektów.

A czy Wy używanie tego typu specyfików? Jeśli tak pochwalcie się czy i Wy widzicie działanie tego typu kosmetyków?

Kokos

piątek, 25 sierpnia 2017

Czytaj dalej » 21

Minimalizm kosmetyczny. Co ja o nim sądzę i czy jestem minimalistką?

Witajcie Kochani!!!

Minimalizm kosmetyczny to ostatnimi czasami bardzo modne określenie. Używa go coraz więcej osób a i każdy określa go inaczej.

Mnie samym zagadnieniem kilka miesięcy temu "zaraziła" Aga z Nowego Jorku znana jako Nissiax83. Po oglądnięciu wszystkich jej filmików postanowiłam i ja przejrzeć swoje miejsce dowodzenia i zrobić w nim nieco porządku.

Zanim jednak przejdę do omówienia chciałabym zaznaczyć że minimalistką w żadnym stopniu się nie czuję. Wręcz przeciwnie. Nadal uważam że mam za dużo kolorówki jednak jak zobaczycie/przeczytacie poniżej wiele kosmetyków kolorowych mam na wykończeniu więc stan końcowy w najbliższym czasie na pewno jeszcze się uszczupli.
Zakupy nadal "popełniam" i raz na jakiś czas skuszę się na coś co albo okaże się bublem (w moim przypadku) lub kosmetykiem który jest fajny ale...no właśnie ale leży i zalega a termin ważności nieubłaganie mija. Niestety zdarza się czasami i tak że kupuję coś co kompletnie mi się nie przyda/ nie używam tego typu kosmetyku a skuszę się pod wpływem impulsu. Na szczęście tego typu zakupy odchodzą już w niepamięć i zdarzają się niezmiernie rzadko z czego bardzo się cieszę.

Ilość kosmetyków jaką zobaczycie poniżej dla jednych może wydawać się duża dla innych wręcz przeciwnie. Ja uważam że póki co jest ok (i tak jak już wspomniałam powyżej kilka kolejnych kosmetyków w niedługim czasie się skończy). Czy mogło by być ich mniej? Jak najbardziej! Czy mogłoby być więcej a i owszem ale póki co cieszę się z tego co mam i to staram się zużyć.


Moja toaletka to tak na prawdę biurko z Ikea znane i z tego co widzę lubiane. Często służy właśnie jako toaletka. Chciałabym mieć tą dłuższą wersję jednak wymiary nie mieszczą się w mojej sypialni. Plus tego jest taki że wszystko muszę zmieścić w jednej szufladce.:D a co za tym idzie nie mogę i nie chcę szaleć z kolorowymi zakupami.
W przyszłości chciałabym zakupić sobie jeszcze na toaletkę szybę którą można dostać również w Ikea. Ułatwiała by mi bardzo porządek a i rozlany podkład nie był by straszny:)
Fotel również pochodzi z Ikea.
Narzutka to taki pluszak (oczywiście sztuczny) imitujący skórę chyba owieczki;) W każdym bądź razie jest bardzo milusi. Narzutka kupiona na carboot.

A w środku...



Pomieszanie z poplątaniem. 

Co ja robię?
Posłuchałam się rady Nissiax83 i na początek wyjęłam wszystko z szuflady. Biały separator to tak na prawdę pojemnik na sztućce również z Ikea ale świetnie sprawuje się jako organizer do szuflady. Mieści wszystko co jest mi potrzebne, jest funkcjonalny i bardzo łatwo się czyści.


Po opróżnieniu separatora/ pojemnika na sztućce;) jak kto woli, pierwsze co robię to go myję i suszę/osuszam. Następnie wycieram szufladę.
Wszystkie kosmetyki wyciągam, segreguję według kategorii i je również czyszczę.


(wydaje się tego sporo)

Następnie sprawdzam kosmetyki każdy po kolei tzn. sprawdzam ich odcienie, termin przydatności, ogólny stan i robię selekcję. Kosmetyki które się nie sprawdziły u mnie zazwyczaj lecą w świat, inne oddaje rodzinie. Rzadko je jednak sprzedaje gdyż na najbliższą pocztę mam kawałek drogi a brak czasu sprawia że nie mam kiedy się tym po prostu zająć. Poza tym cieszę się że kosmetyk przeze mnie nieużywany może komuś innemu sprawić radość.


Odseparowanie kosmetyki tym razem to:

- baza pod cienie z Urban Decay w odcieniu Eden. O ile wersja Oryginal sprawdzała się u mnie od paru dobrych lat tak tym razem diabeł mnie podkusił i kupiłam inny odcień. Owszem ładnie wyrównuje kolor na powiekach, zakrywa drobne żyłki czy przebarwienia ale cóż z tego skoro nie spełnia swojej najważniejszej roli czyli nie utrzymuje cieni na powiekach. Owszem mam bardzo tłuste powieki ale jej fioletowa siostra spisywała się u mnie o wiele lepiej dlatego też odcienia Eden niestety nie mogę osobiście polecić a sama baza wędruje dalej.

- bronzer z MAC w odcieniu Matte. Nie wiem co podkusiło mnie do jego zakupu. Odcień bardzo ciemny i zdecydowanie nie dla dziewczyn o jasnych karnacjach. Plus za matowe wykończenie, trwałość ale nic poza tym. Panu również dziękujemy.

- przezroczysty żel do brwi Brow Artist Plumper od L'oreal to mój ulubieniec, który właśnie się skończył dlatego ląduje w pojemniku do projektu denko jednak dla osób które oczekują że ich niesforne włoski będą mega ujarzmione niestety się nie nadaje. Za małe utrwalenie. 

- i na koniec pomadka w matowym wykończeniu Please Me również z MAC, którą dostałam od koleżanki. Kolor piękny, trwałość na 3 z plusem jednak dla osób które tak jak ja mają żółtą kość zębową niestety ten kolorek nie będzie odpowiedni. Za bardzo podkreśla "żółtość" zębów.

Po segregacji i oczyszczeniu kosmetyków układam je z powrotem w odpowiednie miejsca i kolejności która mi najbardziej odpowiada.


Przegródka, która będzie w głębi zapełniła się kosmetycznymi zapasami, próbkami i innymi pierdółkami. Zapasów staram się nie robić a i na promocje oferujące kilka rzeczy za darmo lub 3 za 2 coraz rzadziej się kuszę. Mimo to jestem zdania że skoro i tak w najbliższym czasie będę potrzebowała np. korektora to dlaczego nie mam zaoszczędzić i nie kupić go sobie podczas promocji a to że poleży i poczeka na swoją kolej miesiąc...przecież nic mu się nie stanie. 


Kolejna przegródka to róże, bronzery i pudry.

Róż posiadam w liczbie 1. Dlaczego? Zdecydowanie wole bardziej bronzery gdyż do róży nie mogę się przekonać. Wynika to bardziej chyba z tego że nie mam dobranego odpowiedniego koloru. Mój jedyny róż z Narsa Deep Throat jest różowy z podtonami... ja wiem...brzoskwiniowymi i z bardzo drobnymi złotymi drobinkami, których praktycznie nie widać, ale jest mocno na pigmentowany więc muszę uważać żeby nie zrobić z siebie klauna. 

Rozświetlaczy mam AŻ 2. Dlaczego AŻ 2 skoro rozświetlaczy na co dzień nie używam wcale???!!! To bardzo dobre pytanie. Dlaczego nie używam? Przy mojej tłustej cerze jakoś mi się to nie widzi. Czasami ale to bardzo rzadko zaznaczam sobie kości policzkowe i efekt nawet mi się podoba ale na co dzień nie umiem się przemóc.

Za to bronzery kocham miłością bezgraniczną szczególnie te w ciepłych odcieniach. Te chłodne powodują na mojej twarzy efekt "brudnego policzka". Dlatego zdecydowanie wolę ocieplać swoją twarz niż ją konturować.
Na chwilę obecną posiadam bronzer z Mac z limitowanej kolekcji Ellie, Hoola z Benefit-u oraz MUFE  w odcieniu 25L jednak ten ostatni wydaje się być dla mnie za pomarańczowy. Po testuję go jeszcze przez jakiś czas i wtedy zdecyduje co z nim zrobić.

Pudry to też moja wielka miłość i tak...jestem pudernicą. Jak widzicie mam pudry sypkie bo takich najłatwiej mi się używa. Transparentne bo łatwo je dopasować do cery (choć niektóre bielą troszkę bardziej niż inne). Na chwilę obecną mam puder korygujący z Kiko, który okazał się puderem bardziej rozświetlającym i używam go pod łuk brwiowy, gdyż na buzi tworzy efekt kuli dyskotekowej a przy mojej cerze taki efekt jest najmniej pożądany. Następny to puder transparentny z MUFE Hd bardzo drobno zmielony, puder z Vichy i puder z MAC Prep+ Prime. Ten ostatni jest dla mnie póki co numerem jeden.

Troszkę tego jest- trzeba to przyznać ale same pudry są już na wykończeniu. Największy problem jest z rozświetlaczami ale je używam jako cienie do powiek i w tej roli sprawdzają się fantastycznie. A bronzery? Bronzerów nigdy dość:D



Pomadki i błyszczyki.

Stan moich pomadek i błyszczyków który widzicie powyżej na chwile obecną oceniam na 5. Jeszcze parę miesięcy temu szufladka nie domykała się z nadmiaru tego typu produktów. Teraz uszczupliłam swoje zapasy i jestem z tego powodu bardzo zadowolona. Kilka błyszczyków (Dior, Lily Lolo) oraz pomadek (Mac, Revlon, Tarte) jest na wykończeniu więc w najbliższych miesiącach ten stan też ulegnie zmianie. Jeżeli chodzi o pomadki w najbliższym czasie nie mam zamiaru nic dokupywać tzn. uzbierało mi się już około 12 pustych opakowań z Mac (za każde 6 pustych opakowań dostaje się 1 wybraną przez siebie pomadkę z regularnej kolekcji) więc może wymienię sobie je na jakieś pomadki (w głowie krążą mi Velvet Teddy, Whril) a jeżeli chodzi o błyszczyki to zarówno Dior Lip Maximizer jak i Lily Lolo bardzo lubię i prędzej czy później i tak dokupię sobie kolejne ich opakowania. Dla mnie to jedne z najlepszych błyszczyków jakie miałam okazję testować.


Największa przegródka należy do kosmetyków, które używam codziennie. 
Tusz Miss Sporty Studio Lash, kredka do brwi Catrice, baza pod cienie z Mac, żel do brwi z Collection- nowość i mam nadzieję że się sprawdzi, korektor Pro Longwear z Mac i podkład z tej samej linii. Do utrwalenia makijażu używam Catrice All Matt, jak widzicie jest i duże denko, oraz kulek Guerlain ale nie codziennie. 
Pęseta Tweezerman niekwestionowany ulubieniec też musi być pod ręką.


Ostatnia przegródka to podkłady.

Jest ich sporo ale na swoje usprawiedliwienie dodam że w przyszłym roku wychodzę za mąż i szukam dobrego i przede wszystkim trwałego podkładu na ten jeden z najważniejszych dni w życiu każdej z nas. 
Testy idą pełną parą.
Na chwilę obecną na miejscu pierwszym klasyfikuje się nie kto inny jak Double Wear od Estee Lauder. Niestety ten odcień był dla mnie źle dobrany i jeżeli już zdecyduję się na niego będę musiała kupić podkład w innym odcieniu.
Pozostałe są dobre i bardzo dobre (większość z nich też jest na wykończeniu choć tego na zdjęciu nie widać) ale jednak coś mi w nich nadal brakuje.


Po ogarnięciu wszystko prezentuje się mniej więcej tak.

Pozostały nam jeszcze cienie.

Staram się nie kupować już gotowych palet a to dlatego że zawsze w takich paletach znajdują się cienie których nigdy tak na prawdę nie będę używać. 
Przykładem może być limitowana paleta Gwen Stefani dla Urban Decay. I o ile cienie neutralne wpadające w beże, brązy, nude zużyję z przyjemnością tak cienie po prawej stronie i na samym dole podejrzewam że nie wykorzystam nawet w 5%.
Paleta sama w sobie jest piękna i nie pozbędę się jej. Wykorzystam cienie które najbardziej mi pasują a resztę podejrzewam że wyrzucę.


Paletkę z Inglota dostałam od narzeczonego. W niej znajdują się cienie zarówno Inglot jak i Mac. Kompletuję ją sobie sama i wiem że kolory przeze mnie wybrane będą mi służyły do samego końca. W niektórych jest już i spore denko. Uwielbiam samą paletę jak i cienie. Są świetnej jakości i nie wykluczam że jeszcze kiedyś w przyszłości dokupię parę kolorów z Inglota.


Naked od Urban Decay. Pierwsza z coraz bardziej rozrastającej się rodziny Naked paleta a w środku cienie bardzo różne. Jest ona tak znana że nie trzeba jej nikomu przedstawiać. Ale co z opakowaniem. Welur (tak się chyba ten materiał nazywa) "łapie" wszystkie kłaczki, kurz, drobinki i wszystkie odciski palców.


Mam na to sposób. Klejącą rolkę do ubrań ma chyba każda pani domu i to nią właśnie czyszczę swoją paletkę. 


Prawda że wygląda o dużo lepiej:) ? 


Po wyczyszczeniu wszystkich kosmetyków i ich ułożeniu na swoich miejscach zabieram się za wolne przestrzenie które pozostały w szufladzie.


A na obrzeżach mieszczą się gąbeczki do makijażu, lakiery do paznokci, 2 temperówki oraz patyczki kosmetyczne.
Schemat jest ten sam. Sprawdzam, robię swatche, analizuję i odrzucam rzeczy, które już nie są mi potrzebne.


Pozostawiam tylko swoje ulubione koloru. Z racji swojej pracy nie mogę na co dzień mieć lakieru na paznokciach dlatego też tak rzadko po nie sięgam. Mimo to warto mieć klasyki w swojej szufladce na "specjalne okazje".


Reszta wędruje w świat:)

Pozostały jeszcze pędzle bez których ciężko o dobry i staranny makijaż.


Pędzle mam w dwóch pojemniczkach. Te do oczu trzymam w lampionie z Ikea a te do twarzy w szklanym pojemniku po wypalonej świeczce.

Wszystkie bez wyjątku idą "do prania" plus gąbeczki i puszki.



Pędzle myję albo mydłem lub olejkiem pod prysznic takim który emulguje. 
Wszystkie rozkładam i segreguje. Te do twarzy, te do oczu.


I podobnie jak wcześniej analizuję które tak na prawdę używam i dobrze się sprawdzają a które nie nadają się do niczego. Odrzuciłam ich dość sporo.


Dlaczego akurat te?
Zaczynając od lewej.
Pędzel z Real Technique, który jest do pudru. Ja puder wciskam w twarz albo pędzlem z Eco Tools- grubaskiem albo zwykłym puszkiem. Tym pędzlem nawet tego się nie da zrobić. Do innych czynności też mi nie pod pasował.
Kolejny z Real Techniques jest do różu. Zachwalany niemal że wszędzie ale ja nie widzę go u siebie. Jedyny plus jest taki że świetnie radzi sobie z mega na pigmentowanymi różami czy bronzerami gdyż nabiera niewielką ilość produktu i nie można nim zrobić sobie plam.
Kolejne to Sigma i Hakuro do podkładów. Tak jak wspomniałam podkład nakładam beauty blenderem i nie wyobrażam już sobie powrotu do tradycyjnych pędzli.
Ten dziwak z Eco Tools nawet nie wiem do czego ma służyć. 
Kolejny z RT do korektora. Korektor również rozprowadzam BB a poza tym ten pędzelek ma bardzo zbite włosie i ogólnie ciężko z nim współpracować.
Sigma pencil brush. Był użyty przeze mnie może 3 razy.
RT do nakładania pomadki- bubel.
Pędzel z Mac do brwi lub eyelinera. Do brwi używam kredek a do eyelinera kompletnie się nie nadaje.
Kolejny pędzel do eyelinera jak widać umarł śmiercią naturalną. 
I na koniec puszki i jeden mały kabuki z H&M. 

Te które pozostały to:

Do twarzy


 I do oczu.


Do oczu mam wszystko co na tę chwilę potrzebuje amatorka w makijażu, natomiast do twarzy przydał by mi się porządny pędzel do bronzera. Jeżeli macie coś godnego do polecenia chętnie poznam wasze propozycje.

Końcowy efekt prezentuje się następująco:




Dużo rzeczy się nie pozbyłam ale co nieco ogarnęłam. To co mam starczy mi na kilka dobrych miesięcy a w najbliższym czasie nie mam w planach jakichkolwiek zakupów kosmetycznych kolorówkowych. 
W najbliższym tez czasie wiele rzeczy mi się pokończy bo jest po prostu na wykończeniu więc i więcej miejsca na pewno się zrobi. Może raz na jakiś czas wrzucę małą aktualizację mojej toaletki.

Jak widzicie minimalistką nazwać się nie mogę ale staram się dążyć do "perfekcji". Makijaż w miarę ogarnęłam tak samo jak pielęgnację twarzy. Jeżeli chodzi natomiast o pielęgnację ciała nadal kuleję gdyż największy problem mam z nie czym innym jak z żelami pod prysznic. Gdzie tylko zobaczę coś nowego nie mogę się powstrzymać przed zakupem. Wierzę jednak że trening czyni mistrza i za niedługo i w tej kwestii pochwalę się swoimi "małymi osiągnięciami".

Tym samym na dziś tyle. Rozpisałam się jak mało kiedy.

Jeśli macie jakieś pytania piszcie śmiało. Jeżeli interesuje Was konkretny kosmetyk również. Postaram się odpowiedzieć na wszystkie Wasze pytania.

Ściskam

Kokos

sobota, 19 sierpnia 2017

Czytaj dalej » 29